Psychologia · 22 min czytania
jak to jest naprawdę
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Siedzę w "domu"... O ile można go tak nazwać... Dwa pokoje i prowizoryczna kuchnia zaaranżowana z trzeciego pokoju, w opuszczonym pustostanie. Przez powybijane szyby wieje wiatr. Jedynym źródłem światła jest gruba, biała świeca w koncie pokoju. Nie daje oczekiwanych efektów. Światło jest blade, smutne, niestabilne; zachwiane każdym najmniejszym podmuchem wiatru. Nadaje pomieszczeniu atmosferę nierealności. Mam wrażenie, że znajduje się gdzieś poza rzeczywistym światem, zaraz za jego krańcem, w miejscu gdzie zło założyło przed wiekami swoje królestwo i od tej pory jestem tu jedynym gościem. Słyszę tykanie zegara; jedynego sprzętu elektrycznego znajdującego się w mieszkaniu. Tyk! Tyk! Tyk! Nie do zniesienia. Coraz głośniej: Tyk! Tyk! Tyk! Sekunda za sekundą, tyk! Tyk! Tyk! Chwilami jest tak natarczywy, że mam ochotę wstać, zdjąć go ze ściany i roztrzaskać o podłogę! Sama nie wiem co mnie powstrzymuje. Może resztki świadomości, która podpowiada, że nie uda mi się nawet dojść do przeciwległej ściany... To mnie przygnębia... Tak bardzo, że tykanie zegara, które przed chwilą miało moc młota pneumatycznego, wbijającego się w moją głowę, staje się ledwo słyszalne. Teraz moje myśli wypełnia szyderczy śmiech nieistniejących ludzi. „Popatrz teraz na siebie! Już nie jesteś taka cwana i pewna siebie?! Ooo…! Jakie to smutne… Ha! Ha!” Niech to się skończy! Błagam! Nie… To nie może być rzeczywistość. Przecież ja to kontroluję! Ja nie mogłabym skończyć jak te wyrzutki z Centralnego… Nie ja! Dotykam przegubów swoich rąk. Czuję swoje piętno. Obrzydliwe blizny i jeszcze świeże jątrzące się rany od… igieł… Kiedy to się stało??? Kiedy stałam się tym czego najbardziej się bałam- zwykłą, żałosną ćpunką? Czy to było, kiedy pierwszy raz okradłam własną matkę? A może jak pierwszy raz sprzedałam się za działkę?? Nie!!! Nie!!! Cisza… Zastanawiam się chwilę. Paranoja… Pff! Przecież ja mam wszystko pod kontrolą… Mogę przestać brać jak tylko zechcę. Powtarzam te słowa na głos, bo w myślach nie brzmią zbyt przekonująco. Krzyczę: To ja tu rządzę! Ja mam kontrolę Nie ty!!! I znowu słyszę ten sam irytujący śmiech. „Kogo ty chcesz okłamać?! Sama w to nie wierzysz! Ha! Ha!” Przez moment rozglądam się po pokoju. Mogłabym zabić za te słowa…! Tylko że nikogo nie ma. Pusto. Wariujesz dziewczyno! Już całkiem ci mózg wyżarło od tego gówna! Nie, nie, nie! Chwilka… Próbuję się ogarnąć. Co chwila powtarzam sobie półszeptem, że to tylko wyobraźnia, jestem przemęczona i to wszystko. Wpadam w panikę. Przygryzam wargi tak mocno, że w ustach czuję smak krwi. Prawie nie czuję bólu. Żaden nie może równać się z tym, co czuje narkomanka na głodzie… To jakby ktoś wbijał mi miliony szpilek w każdy zakątek mojego organizmu. Ból wypełnia, każdy organ, każdy mięsień, każdą komórkę mojego ciała… Czasem w najgorszych momentach wydaje mi się, że bolą mnie nawet włosy i paznokcie. A do tego jeszcze ten smród… Nie pamiętam kiedy ostatnio się myłam. Fakt, że to ja tak cuchnę przeraża mnie. Brzydzę się samej siebie! Cała moja skóra, włosy, ubrania- wszystko oblepione brudem, potem i różnego rodzaju plwocinami. Kiedyś biały biustonosz, bardziej przypomina teraz kolorem uwiędłą trawę zaraz po roztopieniu się śniegu… Przypominam sobie dawne czasy euforycznych uniesień, które odeszły w przeszłość. Nie wrócą. „Kop” od dawna pozostaje marzeniem. Tęsknię za nim. Dobrze pamiętałam stopniowe, ale intensywne drętwienie, które doprowadzało do tak silnej rozkoszy. Kulminacyjny efekt odbierałam całą sobą. Czułam się zmniejszona do rozmiaru główki od szpilki, na którą równomiernie naciera lawina skondensowanej fizycznej przyjemności. Była nieludzka, nie do ogarnięcia! Pierwszy ,,kop” był Bogiem przy pastuszku- orgazmie. Teraz jednak tęsknię także do orgazmu. Właściwie to tęsknię do czegokolwiek, co pozwoliłoby mi wypełnić pustkę. Czuję się coraz gorzej. Przez chwile przez myśl przebiega mi żeby się zabić, tak po prostu. Myśl, że nie mam lepszego, a właściwie żadnego wyboru. Nie… Nie tym razem, nie w ten sposób. To jeszcze nie koniec. Z sekundy na sekundę pomysł samobójstwa staje się coraz bardziej absurdalny i irracjonalny. Nigdy nie byłam zbyt uczuciowa i sentymentalna. Paradoksalnie chyba to jedyne pozostało mi z mojej dawnej osobowości do dziś. Zawsze racjonalna, opanowana, chłodno i bez emocji patrząca na rzeczywistość. Nawet myśli samobójcze staram się sobie wytłumaczyć. Szukam powodów, dla których miałabym żyć. Nagle w głowie robi mi się kompletna pustka. Kiedy to sobie uświadamiam mimowolnie wpadam w panikę. Skoro przez około 10 minut nie znalazłam ani jednego powodu, to chyba jest znak że nie powinno mnie być wśród żywych. Nie mam po co żyć… Staram się uspokoić i jeszcze raz skupić. Nie mogę się zabić! Już wiem dlaczego! Nie mogę dać im tej satysfakcji! Kochani rodzice pewnie tylko na to czekają. W końcu nie musieliby więcej się wstydzić za wyrodną, niewdzięczną córeczkę. Na samą myśl o rodzicach robi mi się niedobrze. Kiedy ostatni raz widziałam matkę, spotkałam ją przypadkiem na ulicy. Podeszła do mnie. Akurat byłam po „strzale” i nie było ze mną żadnego kontaktu. Zanim zdążyłam coś powiedzieć, napluła mi w twarz, ale nie to było najgorsze. Jej wzrok… Jeszcze mam go przed oczami. Pełen pożałowania, nienawiści, obrzydzenia i żalu jednocześnie, a paradoksalnie jakiś obojętny. To bolało… Dawno już powiedziała mi, że nie ma córki. Zdążyłam się z tym pogodzić, a mimo to tak strasznie zabolało coś w środku. Nie chcę już o tym myśleć! Próbuje się odprężyć. Opieram się o ścianę. Czuję jej przenikliwe zimno. Dziwnie kojące… Zamykam oczy. Staram się zasnąć, choć na chwilę przestać czuć, myśleć, być świadomą. Domyślam się, że nie mogę pozwolić sobie na ten luksus. Ból nie pozwala zasnąć. Zaczynam modlić się o sen. Trwa to dobra chwilę , zanim uświadamiam sobie, co ja do cholery robię?! Ogarnia mnie spazmatyczny śmiech, którego nie umiem opanować. Ja już wariuję! Ha! Ha! Przecież Boga nie ma! Wymyślili Go sobie ludzie, żeby w chwilach załamania mieć jakieś oparcie, nadzieję. Wymyślili Go żeby nadać sens życiu, a przede wszystkim śmierci. Nie potrafili sobie tego wytłumaczyć więc stworzyli Boga. Bali się śmierci, końca, tego że nagle mogliby tak po prostu zniknąć. Wolą myśleć, łudzić się, że jeśli będą żyć tak jak nakazuje im ich „Bóg”, koniec będzie nowym początkiem. Śmierć będzie etapem przejściowym pomiędzy dotychczasowym ziemskim życiem, a idealną krainą wiecznego szczęścia, gdzie gniew, pogarda, cierpienie i rozpacz nie istnieją. Ach… jakie to żałosne. Tak się cieszę, że jestem świadoma prawdy. Pod tym względem czuje się lepsza od innych. To uczucie dodaje sił. Tak więc- Boga nie ma. Jestem zdana sama na siebie. Teraz już tylko porządna działka czystej heroiny może mi pomóc. Oddałabym wszystko, żeby tylko sobie „władować”. Skąd wziąć towar??? Skąd??? Skąd??? Przeglądam książkę telefoniczną mojego telefonu. Piotrek- odpada… Paweł- znając go, jest pewnie w takiej samej sytuacji co ja. Rafał! Że tez wcześniej o tym nie pomyślałam! Na pewno mi coś załatwi! Rafał… To on dał mi pierwszy raz zaćpać. Pamiętam jakby to było wczoraj, a to już ponad 2 lata… Powiedział : „ This is HEROINA. This is my father and your mother. HEROINA.” Tak to się zaczęło. Nagle się uspokajam. Realna myśl o działce w zasięgu ręki dodaje skrzydeł. Drżącą ręką powoli staram się napisać smsa. „Zadzwoń proszę! Jestem w potrzebie. Tylko ty mi zostałeś. Zuza” „Wyślij” I gotowe. Z niecierpliwością czekam aż usłyszę melodię z „Gumisiów”, którą ustawiłam jako dzwonek. Zerkam na wyświetlacz co kilkanaście sekund. Czuję niepokój, bo słyszę na klatce schodowej kamienicy kroki i szepty kilku osób… Z pewnością nie jest to Rafał. Coś mi mówi, że to się dla mnie źle skończy. Właśnie w tym momencie do „mieszkania” wpadają jacyś ludzie. Z trudem rozpoznaje wśród nich mojego ojca w towarzystwie kilku policjantów. Raptem wszystko staje się dla mnie obojętne; skąd wiedzieli, że tu jestem? Kto im to powiedział? Co się teraz ze mną stanie? Tylko jedno nie daje mi spokoju… Dlaczego??? Myślałam, że rodzice już dawno przestali się mną interesować, że przestało im zależeć. Następne co pamiętam to tylko droga do szpitala radiowozem i ta nieznośna cisza wdzierająca się w każdy zakamarek mojej świadomości. Oddałabym wszystko żeby gliniarze chociaż włączyli radio, żeby przeleciała jakaś mucha… cokolwiek byle tylko przerwać tę ciszę. Nic. Nie wiem jak się znalazłam w samochodzie. Jakaś czarna dziura w mojej pamięci. Co jakiś czas zerkam na ojca. Nie w celu nawiązania rozmowy; to dla mnie tak abstrakcyjne jak wycieczka na Księżyc. Chcę tylko sprawdzić jego nastawienie, dostrzec choć cień emocji, jakiś szczegół, który powiedziałby co mam myśleć. Znowu nic. Tylko cisza, ciemność i niepewność dookoła. Ojciec nawet nie patrzy w moją stronę. Cała ta sytuacja staje się coraz bardziej nieludzka z każdą minutą. Ból fizyczny spowodowany głodem narkotykowym, w połączeniu z tą psychiczną torturą zgotowaną przez ojca… Nie da się opisać słowami tego uczucia. Do tego ta bezradność, uczucie przytłoczenia… Zadaje mi się, że momentami przybiera to fizyczne wrażenia. To jakby duszności, jakby brakowało mi powietrza, a jakiś niewyobrażalny ciężar przygniatał moje piersi. Droga ciągnie się w nieskończoność. Sekundy zdają się minutami, minuty-kwadransami, kwadranse-godzinami. Czuję, że nie wytrzymam tej podróży. Oczyma wyobraźni już widzę, jak wyskakuje z samochodu na pierwszych światłach i biegnę gdzieś przed siebie, zatrzymując się pośrodku niczego w oczekiwaniu na śmierć. Znam ją tak dobrze… mimo moich zaledwie siedemnastu lat. Moja przyjaciółka Śmierć. Każdej chwili staram się od niej uciec, wyrwać z jej lodowatych objęć, ale przynosi to wręcz odwrotny skutek. Każda sekunda zbliża mnie do Niej nieodwracalnie. Koniec. Nareszcie dojechaliśmy. Mogę wyjść z samochodu. Czekałam z utęsknieniem na tę chwilę przez całą, prawie godzinną drogę. Myślałam, że napięta atmosfera rozwieje się od podmuchów świeżego powietrza. Myliłam się. Nic się nie zmieniło. Ciągle czuję bezradność, przytłoczenie i ciężar na piersiach. Wiem, że to co czeka za sterylnie białymi drzwiami szpitala mnie przerasta… przynajmniej na razie. Znienacka do głowy przychodzi mi, pomysł wycofania się. Mogłabym uciec stąd teraz, zaraz, w tej chwili…! Wegetować tak, jak przez ostatnie dwa lata i nikt nie miałby nawet pretensji. Brnąć dalej w te bagno, każdego dnia okłamywać samą siebie i zbliżać się do horyzontu, za którym nie ma już nic oprócz niemal namacalnego upokorzenia. Dlaczego nie robię tego, co najbardziej do mnie podobne-czemu nie uciekam? Tego nikt chyba nie wie. W mojej głowie rodzą się setki pytań, wątpliwości. Jedyne czego jestem pewna to to, że czekają mnie najgorsze chwile mojego życia. Czuję w środku ogromny ból… Jakby jakieś mikroskopijne obce ciało dostało się tam, gdzie absolutnie być go nie powinno. Maleńka żarząca się iskierka, która pali od wewnątrz…