biografia · 8 min czytania
Jak w opowiadaniach Londona
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Dawno, dawno temu, gdy w Bieszczadach panował jeszcze pułkownik Doskoczyński, postanowiliśmy z kolegą zabawić się w traperów i zrobić sobie taką zimową wyprawę w nieznane, o jakich pisał London. Co prawda Bieszczady to nie Alaska, ale i nam było daleko do Londonowskich bohaterów. Toteż wyprawa miała być i na miarę gór, i uczestników – tylko dwudniowa. Planowaliśmy dojechać autobusem do Rajskiego, a stamtąd doliną Sanu dojść do Tworylnego. Wiedzieliśmy, że tam jest juhaski szałas i w nim chcieliśmy po trapersku zanocować. Na drugi dzień mieliśmy już dotrzeć do ludzi, czyli do Zatwarnicy. Był początek marca, śnieg zleżały, pogoda niezła – więc wszystko powinno było pójść jak z płatka. Do Rajskiego dotarliśmy koło południa i od razu wyruszyliśmy na trasę. Szliśmy brzegiem Sanu, bo drogi – jeśli w ogóle jakaś tam była – nie było widać. Już wkrótce okazało się, że śnieg nie wszędzie był zleżały, a nad rzeką rozmiękły i kopny. Szliśmy więc dużo wolniej, niż planowaliśmy i halę Tworylnego zobaczyliśmy już dobrze pod wieczór. Juhaski szałas, na szczęście, był nieuszkodzony i w środku bez śniegu. – O! Jest tu nawet ława do spania – ucieszył się kolega. – Niestety jest jednoosobowa i musimy losować, komu przypadnie – zarządził, obejmując samozwańczo dowództwo naszej wyprawy. Zalosowaliśmy i ława przypadła jemu. Na środku szałasu było serowarskie palenisko, a do szczęścia potrzebne nam było jeszcze tylko drewno na ognisko. Mieliśmy to szczęście, bo trochę suchego drewna było w środku, a na zewnątrz spod śniegu wystawało kilka rozłupanych pieńków. – Jest dobrze. Jak nie będziemy robić dużego ognia, to nam to wystarczy do rana – stwierdził kolega. Rozpaliliśmy ogień, zjedliśmy kolację, wypiliśmy herbatę i nieco czegoś mocniejszego na lepszy sen, nadmuchaliśmy materace i zawinęliśmy się w śpiwory. Planowaliśmy wstać wcześnie i skoro świt ruszyć w drogę, by przed nocą dotrzeć do Zatwarnicy. Na zewnątrz zapadła nocna cisza, w szałasie pełgało ognisko, a my powoli zasypialiśmy. Wszystko było jak w opowiadaniach Londona i bardzo nam się to podobało. Po jakimś czasie obudziło mnie zimno ciągnące od ziemi i odczucie, że leżę na gruzie. Okazało się, że z mojego materaca zeszło powietrze. Zapaliłem latarkę i wtedy zobaczyłem, że ognisko zgasło. – Czego się tłuczesz? – zamruczał kolega ze swojej ławy. – Mój materac nie trzyma powietrza i ognisko zgasło. Za chwilę będzie tu zimno jak w psiarni – odpowiedziałem. Kolega wygrzebał się ze śpiwora i wzięliśmy się do reanimacji ogniska. Pod popiołem było jeszcze trochę żaru, ale żeby rozniecić ogień, potrzebne było suche drewno, którego już nie mieliśmy. Znalezione wieczorem pieńki były za grube i za mokre. Świecąc latarkami, przeszukaliśmy szałas i znaleźliśmy niewielką deskę. Była sucha, ale gruba i twarda. – Ciule jesteśmy, nie traperzy! – złościł się kolega. – Nie wzięliśmy siekiery! Miał rację. Mieliśmy tylko noże, które nadawały się do krojenia chleba i otwierania puszek, ale teraz musiały zastąpić siekierę. Ja świeciłem latarką, a kolega, pobijając nóż kamieniem, zaczął łupać deskę. – Nie wal za mocno, bo jak złamiesz nóż, to moim scyzorykiem już nic nie zrobimy – ostrzegłem go. – Nie gadaj, tylko dobrze świeć, żebym sobie palców nie poranił – odwarknął i zaczął walić jeszcze mocniej. Udało się. Nóż wytrzymał, deska zmieniła się w stosik suchych szczapek i ognisko zostało uratowane. Nasza zwycięska walka o ogień skończyła się około czwartej, więc postanowiliśmy już nie spać, tylko zjeść śniadanie, spakować się i o świcie…