Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Western · 8 min czytania

"Jak z bandyty stałem się Piorunem" - R

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

{font:impact}"Jak z bandyty stałem się Piorunem"{/font}

{b}Rozdział 1 "Złote wagony"{/b}

Był gorący dzień a słońce paliło pomarańczowy piasek, który co pewien czas zaczynał wirować w powietrzu wzburzony przez przejeżdżający dyliżans. Większość ludzi z miasteczka jakby uśpiona, ukrywała się w saloonie za szklankami złotej Whisky. Pomiędzy głośnymi rozmowami grających przy stolikach w pokera mężczyzn unosiły się szybkie dźwięki jakiejś melodii granej na pianinie przez starego kowboja ukrywającego swą twarz za skórzanym kapeluszem. Mężczyzna ten wydawał się tym bardziej tajemniczy, że posiadał tylko cztery palce u prawej ręki. Ubytek ten nie przeszkadzał mu jednak w jego pięknej i melodyjnej kompozycji. W pewnym momencie drzwiczki saloonu głośno uderzyły o ściany, a w przejściu stanął mężczyzna o posępnej twarzy, którą uszlachetniały dwa siwe wąsy i zadbana biała broda. Był to Max - miejscowy kowal, uważany przez wszystkich za najlepszego w swoim fachu. Z każdym jego potężnym krokiem rozmowy cichły, a powietrze stało się na tyle duszące, że nawet uporczywa mucha, która przez cały ten czas uprzykrzała życie barmanowi, teraz spoczęła spokojnie na bujającym się z lekka żyrandolu. Max zajął miejsce przy jednym ze stolików gdzie przywitał swych znajomych mocnym uściskiem dłoni. Przez dłuższy czas nic nie mówił, tylko marszczył brwi jakby czymś zaniepokojony. - Powiadają, że do miasta przyjeżdża Toby Morgana - odpowiedział Max głośnym i silnym w brzmieniu głosem. Wtem zapadła grobowa cisza, a pianista jakby oparzony białymi klawiszami dębowego instrumentu odsunął w pośpiechu od nich dłonie. W powietrzu unosił się tylko cichy świst wiatru przemykającego przez wystrzeloną w szybie dziurę i przytłumiony gwizd jadącego ćwierć mili z owego miejsca pociągu.

W tym czasie jechaliśmy z mym przyjacielem do Treacherous Town, by odebrać zamówiony przeze mnie rewolwer. Podróż zdawała się bez końca, zapewne przez niezwykle upalny i smętny dzień. Mimo wszystko byłem jednak podniecony jak małe dziecko, które dostanie swój pierwszy w życiu rower, nie miała być to bowiem zwykła broń, jak pierwszego lepszego opryszka z miasta. Miałem zwyczaj dobierać wszystko tak starannie, że często z niemiłym uśmiechem żartowali sobie ludzie "idź pan do krawca, ten ci dopasuje", najczęściej ginęli następnego dnia w nieznanych okolicznościach. Mój wierzchowiec też nie był przypadkowy, był to koń, który miał zostać przerobiony na towar do sklepu mięsnego z tegoż powodu, iż żaden kowboj nie potrafił utrzymać się na jego grzbiecie dłużej niż 6 sekund. Jak można się domyślić, mi udało się to pierwszemu. Wybrałem go bo był silny, wyjątkowo silny. Po drodze wstąpiliśmy do jakiegoś saloonu i kupiliśmy sobie po dwa kufle ciemnego piwa by ugasić pragnienie. Gdy dotarliśmy w końcu na miejsce, Stanley wyjął owinięty w aksamit rewolwer, a kiedy tylko chciał coś powiedzieć, rzuciłem pęczek banknotów na ladę. - Znam jego cenę. - Coś jeszcze Pan sobie życzy? - odparł Stanley lekko przestraszonym głosem - naboje - które? - najmocniejsze. Ledwie zdążyłem zapłacić, kiedy usłyszeliśmy donośny stukot pociągu, który wprawiał ziemię w lekką wibrację. Kompan spojrzał na mnie w ten sposób, że już wiedziałem jakie są jego plany. Załadowałem więc nowo kupiony rewolwer z lekkim żalem, że jeszcze nieskażona prochem lufa nie na długo pozostanie zimna.

Raz na kilka miesięcy do banku Treacherous Town przywożono pociągiem złoto, które w niezbyt łatwy sposób można było przejąć. Problem zaczynał się jednak już na samym początku, nikt bowiem prócz paru nielicznych osób nie wiedział kiedy konwój bankowy nadjedzie. Była to w pewnym sensie forma zabezpieczenia, ponieważ nie dało się zaplanować akcji napadu

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%