Religia · 5 min czytania
Jak zostać aniołem
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
To było jakiś czas temu. Nie pamiętam zbyt dobrze, kiedy to się dokładnie działo. Może trzy lata temu. Dziś sobie o tym przypomniałem i poczułem potrzebę opowiedzenia o tym komuś. Te wspomnienia są nawet dla mnie zbyt okrutne, cieszę się każdym dniem, kiedy o tym zapomnę, choćby na chwilę. A dni tych zostało mi naprawdę wiele.
Po ostrej zimie przyszła wiosna. Ostatnie śniegi topniały, zostawiając po sobie pamiątkę w postaci kałuży. Z drzew spadały kropelki wody, błyszczące w przyjemnym słońcu. Wszystko wracało do życia. Prawie wszystko. Na ulicy wędrowali ludzie. Zapracowani biznesmeni, szczęśliwe matki… nie ma jednak opowieści szczęśliwych. Mała, dziewięcioletnia dziewczynka z piegami na nosie przepychała się w tłumie spacerujących ludzi. Jej stare buciki stukały o chodnik. Szybkim krokiem zmierzała do potężnej budowli na rogu ulicy. To był stary, XVI wieczny kościół, wieża z dzwonami na szczycie pięła się wysoko w górę. Siedziałem na niej i obserwowałem ją, gdy wchodziła do środka. Wewnątrz panowała ciemność, jedynym źródłem światła były dopalające się świeczki, zawieszone na ścianach. Wszędzie stały ławki, jednak tylko kilka osób w nich siedziało. Każdy zajęty był modlitwą. Ona zaś poszła dalej, aż pod sam ołtarz i uklękła przed obliczem Pana. Nikt nie zwrócił na nią uwagi.
- Panie Boże, pozwól mamusi wrócić do nas, do pracy, aby znów wychodziła ze mną na spacery do parku, gdzie karmiłyśmy łabędzie. One są takie piękne. Białe, jak śnieg, jak Królewna Śnieżka, która opiekowała się krasnoludkami. Na pewno wiesz o co chodzi. Proszę, pozwól mamusi wstać, pozwól jej uśmiechnąć się. Niech rozsunie zasłony na oknach i wyjrzy przez okno na ulicę. Proszę, Panie Boże, spraw, aby mamusia była taka jak dawniej.
Siedziałem obok niej. Słuchałem jej modlitwy. Modlitwy dziecka, które wierzy w coś najbardziej na świecie, może nawet bardziej niż w Boga. Wtedy zapłakałem. Po raz pierwszy uświadomiłem sobie, że nie mogę jej w żaden sposób pomóc, tylko patrzeć i dawać nieświadomą nadzieję. Łzy usychały na moich policzkach. Ani jedna nie upadła na posadzkę. Wstała i wybiegła z kościoła. Szybkie kroki odbijały się donośnie po całej świątyni. Znałem ją. Chodziła tutaj codziennie. Po modlitwie zawsze chodziła do parku. Teraz już sama. Ścieżką zmierzała nad jezioro. Razem z matką obrała sobie „własny” kąt, osłonięty drzewami. Tam karmiła łabędzie. Tego dnia jednak nie przybyły. Słońce odbijało się od…