Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Filozofia · 18 min czytania

"Jakby każdy dzień miał być ostatnim..."

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Deszczowy poranek. Dwie postacie pod jednym, zbyt małym parasolem. Zwykłe szaro-bure płaszcze zroszone deszczem, przed którym nie obronił czerwony parasol. Torby na plecach, paski wpijające się drapieżnie w materię okryć, zdradzające ciężar wiedzy weń przechowywanej. Zielone światło. Tłum pospiesznie rusza naprzód. Uciec przed deszczem. Jakby każdy miał duszę z cukru, gotową rozpuścić się od zbłąkanej kropli wody. Czerwony parasol góruje nad szarą masą gwarnej ulicy. – Idziesz w sobotę do Kuby? – spytała właścicielka brązowej kurtki z biało-czarną chustą typu ‘arafatka’. – Myślę, że tak Nie mam innych planów. A ty? – odparła blondynka w czarnym płaszczyku z niebieskawym szalikiem. – Wyjeżdżam, pamiętasz? – Ach, jak mogłabym zapomnieć. Wspominasz o tym średnio pięć razy dziennie od tygodnia. – Subtelny sarkazm. – Nie ironizuj tak. Wiesz, jak się cieszę na ten wyjazd. – Lekko urażony ton. – Oczywiście, że wiem i doskonale to rozumiem, ale mogłabyś być nieco bardziej powściągliwa. Zresztą nie tylko w tej kwestii, Karo. – Wieloznaczny uśmiech i spojrzenie z ukosa. – Co masz na myśli? – Speszyła się. – M-I-CH-A-Ł. – Coś z nim nie tak? Westchnienie. – Kochanie, ty się wręcz ślinisz, jak tylko go widzisz. – Wcale nie! – Wpatrzona jesteś w niego jak w obrazek. – Nita! Daj sobie już spokój. – A figa! Karo, ja wiem, że ty nie z tych zdecydowanych, ale albo wóz, albo przewóz. Albo z nim pogadasz, albo pozbądź się tych komicznych symptomów. – Jasne, zrozumiałam. – Rezygnacja w głosie. Tęskne spojrzenie w niebo. – Ale wiesz… To najfajniejszy facet jakiego poznałam. Kolejne westchnienie. – Wiem, wiem. Po prostu zalecam odrobinę samokontroli. Bo jeszcze trochę i sama ją stracę… – To znaczy? – Nawet nie wiesz, jak zabawnie wyglądasz, gdy robisz takie maślane oczy… – Anita! Wybuch śmiechu. Po chwili obie chichoczą. Na parę sekund zapada cisza pełna powagi, by śmiech powrócił ze zdwojoną siłą. Zamiera on dopiero przed wejściem do szarego prostopadłościennego budynku opatrzonego czerwoną tablicą, oznajmującą, że jest to placówka oświatowa. Liceum. – Dobrze, koniec tematu. To tak właściwie umiesz coś na fizykę…?

***

Dzwonek rozdzierający lekcyjną ciszę, inicjujący rozpoczęcie życia towarzyskiego uczniów, zamierającego każdorazowo podczas kolejnych godzin lekcyjnych. Licealiści spragnieni wolności i łyku powietrza wolnego od matematycznych i fizycznych wzorów, romantycznej poezji, tabeli statystycznych, łacińskich nazw kolejnych elementów układu pokarmowego człowieka, które prawdopodobnie nie odegrają większej roli w ich dorosłym życiu, wysypują się z klas w kaskadzie kolorów, wypełniając korytarz gwarem rozmów. – Jak ja nienawidzę szwabskiego! – warknęła Nita. – Tak, tak, wiem o tym. Mówisz to po każdej lekcji – przytaknęła Karo. – Spójrz na to inaczej – wtrąciła Kinga. – Następny niemiecki dopiero za trzy dni. Anita rzuciła tylko ponure spojrzenie pod tytułem: „Cholerna optymistka”. – Idą chłopaki. Trzech wysokich licealistów, prezentujących trzy odmienne charaktery. Jakby szli obok siebie tylko przez przypadek. Najwyższy z gładko zaczesanymi, krótkimi ciemnymi włosami w zielonym swetrze i sztywno wykrochmalonym kołnierzykiem jasnej koszuli. Drugi z krótkimi włosami, które prawdopodobnie rozwiał niewielki przejściowy huragan, w ciemnej bluzie z nadrukiem przedstawiającym kostuchę z papierosem i optymistycznym napisem: „Palenie wyszczupla”, w czarnych spodniach i z łańcuchem przy pasku. Trzeci, najniższy z trójki, z jasnymi długimi włosami, w błękitnej bluzie i workowatych jeansach. Razem wyglądali, jakby ktoś na tle szkolnego korytarza stworzył ludzki kolaż. Jednak mimo różnic i wyraźnych granic postrzępionych stron, z których zostali wydarci, klej, który ich trzymał był wyjątkowo mocny. Bartek, Kuba i Michał. – I co tam nowego? – Podstawowe pytanie, padające z ust pierwszego z chłopaków. – A co ma być? – Wzruszenie ramionami. – Trudno, aby coś się zmieniło w przeciągu czterdziestu pięciu minut. – W przeciągu czterdziestu pięciu minut, można dostać zawału serca, może uderzyć bomba atomowa, skończyć się świat… – Zagadnął szczupły palacz. – Gdyby wydarzyło się coś z tych rzeczy, to nie musiałbyś pytać, bo i tak byś już wiedział. – Lekko drwiący uśmiech wykwitł na ustach dziewczyny. Dalsza wymiana zgryźliwości i złośliwości. Jak co dzień, jak co przerwę. Niczym rytuał odprawiany z niezwykłym namaszczeniem. Gra, w której za każdy zdobyty punkt można sobie pozwolić na uśmiech pełen wyższości. Z pozoru błahe i płytkie, walka o dominację. Jednak pod powłoką sarkastycznych uwag i ironicznych komentarzy, znajduje się głębszy sens dostępny tylko wtajemniczonym. Bo choć cukier jest lepki, to cukrowe dusze pragną odrobiny goryczy. – Karolina, idziesz w sobotę do Kuby? – Cicho rzucone pytanie ze strony blondyna. – Nie, jadę na weekend do siostry do Poznania. Studentka. – dodaje tytułem wyjaśnienia. – Szkoda. – Na chwilę spuszczony wzrok. – Nie masz może jakiegoś pomysłu na prezent…? – Niestety, ale jeśli na coś wpadnę, to dam ci znać. Uśmiech. Powoli czerwieniące się policzki dziewczyny. – Co tak szepczecie? – Wieloznaczne spojrzenie blondynki. – Mamy swoje sekrety. – Zawadiackie mrugnięcie okiem. Dzwonek z trudem przedzierający się przez rozemocjonowane głosy licealistów, przerywający niezwykle ważne rozmowy i dyskusje. Zapobiegający słowom i zdaniom, które mogłyby paść, a których by nie można było cofnąć. Dzwonek tyleż razy przeklinany, co błogosławiony. Pobłogosławiony po raz kolejny.

***

Światło latarni z trudem przedzierało się przez ciemne zasłony, zalewając pokój gęstym półmrokiem. Otulone miękkimi cieniami meble wyglądające jak skulone w sobie giganty, próbujące nieudolnie ukryć swe gabaryty. Wąskie łóżko stojące pod ścianą, szczupła postać pod skołtunioną kołdrą, jakby była świadkiem niejednej walki. Faluje, unosi się i opada w rytm nie zamierających oddechów. Cisza niezmącona nawet tykaniem tradycyjnego zegara, zastąpionego elektrycznym budzikiem. Nagły ruch. Kołdra zsuwająca się na podłogę. Z trudem łapany oddech. Dreszcz przebiegający po plecach. Burza ciemnych włosów opadających na oczy, w których błyszczą łzy, niczym gwiazdy pośród pochmurnej nocy. To tylko sen. Sen? Czy aby na pewno? Strach. Czuła strach, paniczny strach. Ale było też to inne uczucie. Ulga? Radość? Spokój? Nie potrafiła go zdefiniować. Pamiętała tylko to wszechogarniające ciepło. Obecność… Ktoś tam był. Ktoś kogo znała. Czy to możliwe…? Szybkie spojrzenie na jaśniejący w ciemności, niczym oczy dzikiego zwierza, czerwony cyferblat zegara. Piąta. Wciągnęła kołdrę na łóżko i otuliła się nią szczelnie. Jednak nawet to nie było w stanie rozwiać chłodu, który zalęgł się w jej sercu i trzymał je w mroźnym uchwycie szponiastych dłoni. Tej nocy Orfeusz już nie otworzył przed nią bramy do swej krainy.

***

Szary poranek. Niebo zasłonięte chmurami ciężkimi od ludzkich myśli. Kroki giną wśród zwierzęcego ryku silników samochodów. Metalowe potwory pożerające cenne zasoby Ziemi, by w podzięce wydalić gazy cieplarniane, mające doprowadzić do zagłady świata. Ale nikt nie zwraca na to uwagi. Każdy śpieszy w swoją stronę, goniony przez swojego osobistego demona. – Karo, wszystko w porządku? – Blondynka rzuca troskliwe spojrzenie. – Jasne. A czemu pytasz? – Odgarnęła ciemny kosmyk z twarzy. – Coś niewyraźnie wyglądasz. – Nie, tylko kiepsko spałam. – Pewnie Michał ci chodził po głowie i tak tupał, że nie dawał ci zasnąć… – Nituś, kochanie, dałabyś już spokój. – Mruknięcie, w którym nie było za grosz woli walki. Spojrzenie pełne niepokoju. – To tylko… śniło mi się coś dziwnego. – Tak, a co takiego? Chwila milczenia. Tylko stukot butów o mokre chodnikowe płyty. – Nie pamiętam. – Widzisz, czyli nie ma się czym przejmować. Brak odpowiedzi.

***

Lekcja biologii. Młoda, ambitna nauczycielka stara się przekazać uczniom, choć część niezbędnej wiedzy, jak informuje program nauczania. Uczniowie z wprawą ignorują definicje i pojęcia, obijające im się o uczy, skupieni na wszystkim poza lekcją. – Wiesz, Nituś, cieszę się, że mam taką przyjaciółkę jak ty. Zdziwione spojrzenie. Lekko pobłażliwy uśmiech. – Słońce, co ci się tak zebrało? – Nie wiem, tak jakoś. – Wzrok wbity w otwarty przed nią zeszyt. – Po prostu tak mi przyszło na myśl, jaką jestem szczęściarą, mając kogoś takiego jak ty. Stuknięcie głowy o głowę, objęcie ramieniem. – Wiesz doskonale, że mogę powiedzieć to samo. – Subtelny uśmiech. – Jesteśmy siebie warte.

***

Park. Na pół nagie drzewa, strojne w ogniste liście. Szelest wiatru grającego na suchych liściach tęskną sonatę, smugi światła przedzierające się przez przerzedzone korony w symfonii blasków ku uciesze oka. Lekkie podmuchy niosły ze sobą zapach jesieni – deszczu, wilgotnej ziemi,

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
"Jakby każdy dzień miał być ostatnim..." — czytnik · opowiadania