Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Komedia · 35 min czytania

JAKŻE BYŁO WSPANIALE!

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

JAKŻE BYŁO WSPANIALE!

Dzisiaj robiłem porządek w biurku i przypadkowo znalazłem stary album z moich studenckich czasów. Ucieszyłem się, bo myślałem, że gdzieś się zapodział, a szkoda byłoby takiej pamiątki. Otworzyłem więc sobie piwo i ze szklanką złocistego napoju w ręku zacząłem przeglądać zdjęcia. Jak to dobrze, że często miałem przy sobie aparat fotograficzny i uwieczniałem nim co ciekawsze momenty. Ożył wspomnień czar i zapomniałem o bożym świecie. Na pierwszym zdjęciu, zrobionym w naszym pokoju w akademiku, stałem przy oknie z moimi współlokatorami. Oczywiście każdy z kieliszkiem w ręku, bo jakże by inaczej. Było nas trzech, w każdym z nas inna krew, ale jeden przyświecał nam cel: zabawić się, wypić ile się da, setki panienek mieć - jak często śpiewaliśmy. Ptasiek był z nas najniższy, najszczuplejszy i najprzystojniejszy. Tak naprawdę miał na imię Darek, ale mało kto o tym wiedział. Świr jakich mało, a zawsze wyrywał najlepsze laski. Jego pseudonim wziął się stąd, że gdy czytał „Ptaśka” Whartona, ciągle nam opowiadał, co wyczyniał główny bohater i najwidoczniej identyfikował się z nim, bo bardzo często udawał ptaka i świetnie mu to wychodziło. Alex wyróżniał się wysokim wzrostem i słynął z mocnej głowy, ale czasami piliśmy tyle, że nawet on padał. Miał na imię Adam, ale zawsze przedstawiał się panienkom jako Alexander, w skrócie Alex. Czasami – gdy był w miarę trzeźwy - zachowywał się tak wytwornie, że niektóre laseczki myślały, iż mają do czynienia z arystokratą. Trzeba mieć fantazję, nie? No i ja, średniego wzrostu, dobrze zbudowany, prawdziwa sex machine, postrach dziewic w całym akademiku. i nie tylko Mówiono na mnie Jajcarz, bo miałem największe… eee, bo robiłem największe jaja na roku. Żaden z naszego super trio nie wylewał za kołnierz i byliśmy z tego dumni. Mówiliśmy o sobie, że takich czterech, jak nas trzech, to nie znajdziesz nawet dwóch. Już na pierwszej imprezie w akademiku daliśmy czadu. Zrobiliśmy spotkanie integracyjne i strasznie się napiliśmy. Ktoś znalazł w magazynku dwie pary starych nart, więc od razu wpadliśmy na pomysł, żeby je wypróbować. Zjeżdżaliśmy na nich z IV piętra, a dwóch innych kolesi, pasjonatów wspinaczki skałkowej, spuszczało się na linie z dachu akademika. Biedna portierka, która przyszła zaalarmowana hałasem, nie była oczywiście w stanie przeszkodzić nam w zabawie. Zadzwoniła więc na policję, która słysząc, że w akademiku zjeżdżają po schodach na nartach i spuszczają się na linię z dachu 6-piętrowego budynku, przyjechała bardzo szybko. Jednak my byliśmy jeszcze szybsi i wtedy już siedzieliśmy spokojnie na imprezie w pokoju. Policjanci, zdenerwowani fałszywym alarmem, zadzwonili na pogotowie, żeby przyjechali po portierkę i zrobili jej psychiatryczne badania. Potem sama się zwolniła, nie wiadomo dlaczego. Druga fotka. Zdjęcie pijanego rowerzysty na pace starego Volkswagena Transportera. To z naszego wypadu w góry, tydzień po inauguracji roku akademickiego. Znużyliśmy się wykładami, a że było jeszcze ciepło, wybraliśmy się całą ekipą do Zakopanego. Już po drodze wszyscy, oprócz kierowcy, byli pijani. Najbardziej pijany jak zwykle był Ptasiek. Gdy jechaliśmy przez Kraków, wystawił głowę przez okno i krzyczał do wszystkich ładnych dziewczyn, które wpadły mu w oko: - Kochanie, wylizać ci cipeczkę? Kawałek za Krakowem zobaczyliśmy, że ktoś leży na drodze, a obok niego rower. Cudem ominęliśmy go w ostatniej chwili, niemal lądując w rowie. Zatrzymaliśmy się, wyszliśmy i okazało się, że to nie ofiara wypadku, tylko rowerzysta pijany w sztok. Wsadziliśmy go na pakę i wyrzuciliśmy kilkadziesiąt kilometrów dalej, za Nowym Targiem. Ciekawe, jak sobie to wytłumaczył, gdy w końcu wytrzeźwiał? W Zakopanym spaliśmy pod namiotami na podwórku jakiegoś bacy. Zawsze taniej, a za zaoszczędzone pieniądze mogliśmy kupić jeszcze więcej alkoholu. W góry wcale nie wychodziliśmy, bo i po co? Z dołu też było je widać. Już w drugi dzień pobytu tak się nawaliłem, że pomyliłem namioty i uwaliłem się w dwójce, należącej do Ptaśka, który przyjechał ze świeżo poderwaną laseczką. Spałem w najlepsze, gdy przyszedł z nią, rozśpiewany i pełen energii. Obudził mnie, bo naszła go ochota na seks z panienką, a ja za wszelką cenę próbowałem przekonać przyjaciela, że nie będę patrzył, więc niech sobie nie przeszkadzają. Jednak moja rozsądna argumentacja nie przekonała Ptaśka i przy małej pomocy dziewczyny wywalił mnie z namiotu. Czasami lubię piesze wędrówki, więc zamiast położyć się spać w moim namiocie, błąkałem się po Zakopanym, idąc klasycznym wężykiem,. W środku nocy poznałem na ulicy jakąś wesołą góralkę, mniej więcej w moim wieku, wracającą z imprezy i też niezbyt trzeźwą. Spytałem, czy mogę się z nią przejść. Zgodziła się, więc dalej spacerowaliśmy już razem, pociągając wódkę z niedopitej ćwiartki, którą miała przy sobie. Ona podziwiała gwiazdy, a ja jej biust. Z racji pochodzenia ciągnęło ją w kierunku wierchów, więc wleźliśmy na jakieś parszywe wzniesienie, bo ponoć nie kochała się jeszcze na szczycie góry. Zdziwiło mnie to, bo w takim razie co z niej za góralka? Powinni zabrać jej za to kierpce i wygonić na Pomorze. Niestety zmęczenie wędrówką i minimalnie za dużo alkoholu dały znać o sobie. Potknąłem się i upadając chwyciłem się jakiegoś drzewa. Potem pamiętam tylko jej dwie ogromne piersi kołyszące się nade mną, więc doprawdy nie wiem, czy sprawdziłem się wówczas w roli kochanka. Raczej nie. I tak dobrze, że nie spotkała mnie taka przygoda, jak kiedyś Ptaśka, którego na jakieś imprezie dopadła koleżanka nimfomanka. Zaciągnęła go do łóżka i trenowała swoje umiejętności jeździeckie, a gdy po którymś z kolei razie biedny Ptasiek zasnął pod nią, obrażona obudziła go bijąc mocno po twarzy. Następnego dnia Alex również odwalił niezły numer. Gdy pijani wracaliśmy z miasta do namiotów, gdzieś nam się, skubany, zapodział. Potem okazało się, że pomylił posesje i zamiast wejść na podwórko naszego gospodarza, wpakował się do zupełnie innego domu. Nikogo nie było w środku, więc korzystając z okazji wyżarł pół garnka bigosu, akurat gotującego się na kuchni. Potem walnął się na wyro i zasnął. Obudziła go dopiero córka gospodarzy, która pojawiła się nie wiadomo skąd i dlaczego. Notatka policyjna z tego zdarzenia brzmiała następująco: „Wtargnął do domu na prywatnej posiadłości, przestraszył córkę gospodarzy, ale jej nie napastował.” Następna fotka zawsze rozbawiała mnie do łez. Jest na niej pewien nieznany mi gościu, który już porządnie wypity wprosił się do nas na imprezę, w strasznie nieciekawej dla siebie sytuacji. Nie byliśmy chamy, więc jeszcze mu polaliśmy i facet przez większość imprezy spał. My również porządnie się schlaliśmy, ale nie na tyle, by nie mieć ochoty na dobre żarty. Jedna z dziewczyn, którą kiedyś rzucił ten śpiący typek, wpadła na pomysł zemsty. Z ochotą wprowadziliśmy w życie jej dowcipny pomysł. Facet został dokładnie ogolony maszynką elektryczną – nie oszczędziliśmy żadnej części ciała, na której miał włosy lub włoski, a w goleniu przodowała owa porzucona onegdaj koleżanka. Potem wycisnęliśmy mu do slipek pastę do zębów i piankę do golenia i wsypaliśmy całą popielniczkę kiepów. Z powrotem ubraliśmy faciowi spodnie i przykleiliśmy do twarzy klejem biurowym wszystkie ogolone włosy. Następnie zszyliśmy przód koszuli z kolanami spodni, a do tylnej kieszeni spodni włożyliśmy kilka ogryzków z jabłek. Kiedy się obudził, rozerwał koszulę, nie wiedział gdzie jest i zaczął się wydzierać, więc wzięliśmy go za szmaty i wyrzuciliśmy z imprezy. Od tej pory zawsze, gdy nas widział, mówił, że skądś nas zna, ale nie wie skąd. Zdjęcie z kolejnej imprezy, tym razem w domu kumpla z roku pod nieobecność jego rodziców, też jest niezłe. Rzucamy na nim czym się dało do tarczy, narysowanej szminką na białej ścianie sypialni jego starych. Najpierw ktoś rzucił plackiem, potem poleciała kiełbasa, a następnie wszystko, co było na stole. Dobrą zabawę próbował nam zepsuć gospodarz domu, który po niespodziewanym przebudzeniu z pijackiego snu zaczął się awanturować - niewiadomo o co? Krzyczał, że matka go zabije i inne takie bzdury. No i co z tego? Raz się żyje! Nie było na niego innej rady – musieliśmy zamknąć sztywniaka w pawlaczu w przedpokoju. Jak się nie umie bawić, to niech tam siedzi. Imprezka było trochę głośna, więc „życzliwy” sąsiad zadzwonił po policję. Gdy przyjechali panowie w niebieskim mundurkach i zapytali o właściciela mieszkania, uprzejmie otworzyliśmy im pawlacz i niech spisują frajera. Myślałem, że gliniarze zeszczają się ze śmiechu. Z innej świetnej popijawy - tym razem u koleżanki - niestety nie mam żadnej pamiątki. Wypiłem na niej około zero siedem litra i poczułem, że mam już dość, więc wstałem, grzecznie pożegnałem się ze wszystkimi, bo ja przeważnie bardzo grzeczny jestem, i chciałem iść do siebie do akademika. Niestety pomyliłem drzwi wyjściowe z szafą – każdemu się może zdarzyć - przewróciłem się, wchodząc do niej i zasnąłem. Nad ranem wszyscy rozeszli do domów, gospodyni trochę posprzątała, ale zamroczona alkoholem zapomniała o mnie. Na drugi dzień mniej więcej o jedenastej obudziła mnie kompletnie naga mamusia koleżanki, która otworzyła szafę w swojej sypialni, szukając bielizny. Kulturalna ze mnie bestia, więc powiedziałem dzień dobry, wyszedłem z szafy i udałem się na swoje śmieci. Nawiasem mówiąc, mamuśka miała całkiem niezłe ciało – zwłaszcza podobały mi się jej piersi. Nigdy bym nie przypuszczał, że zdjęcie samochodu stojącego w garażu może wywołać u mnie taki atak śmiechu. A jednak może. Wpadliśmy z kumplem na genialny pomysł, żeby pić w parku wino marki mózgojeb. Nachlaliśmy się jak dzikie świnie. Na drugi dzień koleś wpadł do mnie wcześnie rano, jeszcze mocno nietrzeźwy po poprzednim dniu. Dziwnie blady na twarzy, mimo protestów, niecenzuralnych słów pod jego adresem i ciosów w okolice żołądka, wyciągnął mnie z łóżka i zmusił, żebym poszedł do niego coś zobaczyć. Gdy doszliśmy do jego posesję, otworzył bramę od garażu i powiedział: - Skąd to się, kurwa, wzięło u mnie? Spojrzałem do środka. Stała tam policyjna suka. Gdy już zrobiłem zdjęcie i przestałem się śmiać, wsiadłem do radiowozu, bo byłem trzeźwiejszy, i z duszą na ramieniu pojechałem nim dwie przecznice dalej, zostawiając go przy chodniku i uciekając, ile sił w nogach. Do dziś chcę mi się śmiać na widok policyjnego samochodu. A tu fotka z gatunku erotycznych – kolega z drugiego roku, niejaki Bonzo, bierze od tyłu koleżankę z mojej grupy, niejaką Ewelinę. To zdjęcie jest prawdziwą perełką w moich zbiorach. Bonzo był już wtedy od kilku miesięcy żonaty, więc przyszedł na parapetówkę do kumpla ze swoją połowicą, która z góry zapowiedziała, ze ona pije, a Bonzo nie, bo będzie prowadzić samochód w drodze powrotnej do domu. Potem jakoś tak wyszło, że oboje pili. Okazało się, że żona Bonza miała kiepską głowę i szybko odpadła, więc poszła spać do innego pokoju. Po kilku kolejkach Bonzo poszedł do niej, niby utulić żonę do snu. Długo nie wracał, więc poszliśmy zobaczyć, co się stało. Znaleźliśmy go, ale w innym pokoju. Posuwał w najlepsze Ewelinę, półprzytomną dziewczynę kumpla, mówiąc: - Madzia, ja Cię tak mocno kocham, nigdy Cię nie zdradzę… Ty jesteś moją pierwszą i jedyną dziewczyną. Na inną nawet nie spojrzę… Najlepsze było to, że jego żona spała w pokoju obok. Rano ani Bonzo, ani Ewelina nic nie pamiętali, a Madzi oczywiście nikt nie uświadomił, co wyprawiał jej ślubny. Dobrze, że zrobiłem zdjęcie, bo chłopak Eweliny, który odpadł jeszcze szybciej i spał na balkonie. nie chciał nam uwierzyć na słowo. Gdy wywołałem zdjęcie, uwierzył. I tak żałowałem, że nie miałem przy sobie kamery. Mnie też kiedyś przydarzyła się podobna fatalna pomyłka i również na prywatce. Byłem na imprezie z moją panienką. Miała na imię Dorota albo Daria, no chyba że Dagmara. Jakoś tak, nie pamiętam dobrze, w każdym razie na „D”. To nieistotne. W każdym razie nawaliłem się jak autobus i wyciągnąłem pewną wesołą Ankę do ciemnego pokoju, bo chciałem z nią porozmawiać na osobności. Daję słowo – myślałem, że to moja luba! Okazało się, że zamiast po polsku, rozmawialiśmy po francusku i gdy do pokoju weszła moja dziewczyna o tajemniczym imieniu zaczynającym się na literkę „D”, miałem właśnie głowę między nogami swawolnej Anulki i robiłem jej minetkę. Dostałem wtedy porządny ochrzan i moja panienka chciała ze mną zerwać, tak jakby się stało coś wielkiego. Później zmieniła zdanie, po tym, jak długo rozmawiałem z nią językiem miłośników żab i ślimaków. Na drugi dzień kłamałem, że nie wiem, jak to się stało i nic nie pamiętam. Rezolutna Andzia również przyjęła wersję z amnezją, ale niedługo potem,, na innej popijawie, powiedziała mi w tańcu na ucho: - Wiesz, wszystko pamiętam z tej impry u Siwego. Było zajebiście! Jesteś świetny w te klocki! Taka kobieta to dopiero potrafi dowartościować faceta! Te trzy fajne panienki z trzema przystojniakami to oczywiście nasze super trio w Pardubicach z poderwanymi Czeszkami. Pojechaliśmy do Pepiczków na trzy dni, bo i alkohol był tam dużo tańszy, i dziewczyny ponoć ładne i chętne, a to była jedna z cech, które najbardziej lubiliśmy u panienek. Piliśmy wtedy od rana, potem trochę wytrzeźwieliśmy i ruszyliśmy w miasto na podryw. Dość szybko napatoczyły się jakieś fajne czeskie laseczki, więc zaprosiliśmy je na piwko. Trochę razem wypiliśmy zupy chmielowej, a potem jedna z nich zadała mi kuriozalne pytanie: - Pójdziesz się ze mną szukać? - No co ty? Źle się czujesz? – odpowiedziałem zdenerwowany. – Ja tu przyjechałem napić się wódki, a nie bawić w chowanego! Alex z Ptaśkiem śmiali się jak opętani, a dziewczyny zmieszały się i zmyły. Później, gdy koledzy powiedzieli mi, co to znaczy po czesku „szukać”, pobiegłem za nimi, ale nie mogłem już ich znaleźć. Powiem tylko tyle, że po polsku te słowo zaczyna się na literę „r” i oznacza pewną bardzo przyjemną czynność, wykonywaną zazwyczaj przez kobietę i mężczyznę w łóżku. Z żalu po frajersko zmarnowanej okazji mocno się znieczuliłem alkoholem. Urwał mi się film, ale od czego ma się przyjaciół? Potem Alex opowiadał mi, że podszedłem w parku do jakiś panienek i rzuciłem im interesującą propozycję moim świetnym angielskim: - Ten dollars fucking? - Fuck you! – odpowiedziały mi bez namysłu. Okazało się, że również znały piękny język Shakespeare, dziwnie oburzone. Znów się potwierdziło, że wspólny język zbliża do siebie ludzi. Na drugi dzień, oczywiście wypici, wpakowaliśmy się do lokalu, gdzie odbywała się jakaś potańcówka na około dwadzieścia par. Zaczęliśmy bawić się z Czeszkami i w tańcu jakoś niechcący jedna ręka zjechała mi na pośladek mojej partnerki, a druga na jej biust. Dostałem w mordę i kilku Pepiczków wyrzuciło mnie z lokalu. Takiej zniewagi nie mogliśmy puścić płazem! W rewanżu pobiliśmy wszystkich mężczyzn z lokalu. Załatwiliśmy ich fortelem, wyprowadzając na zewnątrz partiami: po dwóch, po trzech. Potem w rozmowie z jakimś Czechem dziwiliśmy się, jak to się mogło stać, że nas trzech nastukało dwudziestu Czechom. Przecież gdyby się zmówili, spokojnie by nas pobili, przy takiej przewadze liczebnej. Nasz rozmówca odpowiedział na to: - To nie wiecie, jak się u nas mówi? Jeden pijany Polak to jak dziesięciu naszych komandosów! Napruty frajer z rozwianym włosem, nożem w ręce i mordem w oczach to oczywiście Ptasiek. Urwał się nam z imprezy z nożem kuchennym, krzycząc: - Muszę zrobić porządek z tym pieprzonym Koniecznym, bo za dużo sobie, mały kutas, pozwala! Wspomniany sympatyczny pan Konieczny był naszym wykładowcą, który uwalił Ptaśka na egzaminie, a potem na poprawce, więc Ptaku musiał zdawać komisa. Nic dziwnego, że tak się uwziął na naszego przyjaciela. Na kolokwium - odbywającym się w poniedziałek rano, a więc w bardzo niekorzystnym terminie, bo mało kto był całkiem trzeźwy po niedzielnej imprezie - gdy dr Konieczny powiedział, że już kończymy i wszyscy mają oddać kartki, Ptasiek odezwał się grzecznie i błyskotliwie: - Chyba cię pojebało! Gdy nam wtedy uciekł z akademika, szedł przez miasto, wymachując tym nożem i krzycząc, że Konieczny jest głupim skurwysynem i że go – cytuję - „zajebju kak sobaku”. Potrafił nas zaskoczyć, jak mało kto. Nikt by nie przypuszczał, że Ptasiek tak doskonale zna rosyjski. Aż dziw, że gliny go nie zgarnęły. Dogoniliśmy go, gdy już przechodził przez płot na ogródek pana doktora. Ściągnęliśmy go w ostatniej chwili. Konieczny powinien nam coś postawić za uratowanie swojej nędznej, chudej dupy. Oczywiście, gdyby miał choć odrobinę honoru. A któż to mógłby być na tym zdjęciu w stroju Adama, jak nie Alex, Ptasiek, ja i jeszcze dwóch kumpli? Na popijawie w naszym pokoju o drugiej w nocy wpadłem na znakomity pomysł, żeby zrobić zawody w biegu mężczyzn na waleta dookoła akademika. Nagrodą miało być profesjonalne fellatio w wykonaniu dziewczyny, wybranej przez zwycięzcę. Panienki zgodziły się na zaproponowane warunki, więc zrzuciliśmy wszystkie ciuchy i pobiegliśmy. Niestety nie doceniłem Alexa i zająłem bardzo dobre, ale nie premiowane drugie miejsce. Dumny champion wybrał najładniejsza dziewczynę z roku, ale laska zachowała się bardzo niehonorowo – uciekła do swojego pokoju i zamknęła się na cztery spusty. Alex nigdy jej tego nie wybaczył. Następna fotka wygląda jak kadr z horroru, a pochodzi – jakże by inaczej – z imprezy w akademiku. Po paru kolejkach wódki naszła nas ochota na eksperymenty. Kumpel przyniósł jakieś rozweselacze w proszku, które - jak się później okazało - zamiast radości wywoływały

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
JAKŻE BYŁO WSPANIALE! — czytnik · opowiadania