Przyjaźń · 44 min czytania
* JAMAIS VU * Rozdz.2
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Słońce leniwie zaczęło wpadać przez żaluzje, zakrywające moje okno. Czując na swojej twarzy delikatny promień słoneczny, uśmiechnąłem się sam do siebie. Od razu świat wyglądał lepiej, gdy pogoda nie straszyła chmurami, ani deszczem. Położyłem się na wznak i sprawdziłem na zegarku godzinę. Za piętnaście siódma. Ziewnąłem okazale, a potem znów ukryłem twarz w poduszce w granatowej poszwie. Za kwadrans powinienem się obudzić, to znaczy powinien mnie obudzić czasowy włącznik radia, który sprawdzał się doskonale jako budzik. Nie ma nic lepszego niż zaczynać dzień od muzyki. Mój dom zazwyczaj odżywał około pół do ósmej. Ja wstawałem najwcześniej, aby przygotować się do szkoły. A dziś właściwie złamałem zasady i zwlokłem się z łóżka kwadrans wcześniej. Usiadłem na krześle obrotowym i związałem rozczochrane włosy frotką. Znów ziewnąłem, mimo, że senność już przestała mi dokuczać. Załatwiłem poranną toaletę i wziąłem prysznic. Śniadanie już sobie robiłem kilka minut po ósmej. Nastawiłem wodę i zacząłem zasypywać kawę. Mój dzień musiał rozpocząć rytuał zaparzenia mocnej kawy Jacobs. Odpieczętowałem puszkę na kawę i zasypałem dwie łyżeczki do czerwonego kubka. -Masz dziś spotkanie z Figułą- do kuchni wpłynął aksamitny głos, w którym i tak można było wyczuć nutkę nie znoszącą sprzeciwu. Przestraszyłem się, bo byłem pewien, że wszyscy nadal śpią. Rozsypałem kilka ziaren mielonego Jacobsa. –Nie zapomnij. -Cześć mamo- przywitałem się chcąc powrócić w kanony normalnych konwersacji. Stropiła się i cicho odpowiedziała. –Wiem, o szesnastej. -Wrócisz na kolację? -Jeżeli Figuła niczego nie wymyśli- wzruszyłem ramionami. Nie miałem pojęcia na jaki fenomenalny pomysł może wpaść dzisiaj mój genialny psycholog. Podeszła do blatu kuchennego i usiadła na jednym krzesełku żywcem wyjętym z jakiegoś baru. Otuliła się szlafrokiem i pantofle na dosyć wysokim obcasie oparła o metalową rurkę do tego celu przeznaczoną. Przeczesała dłonią swoje włosy i zamruczała, że wygląda dziś fatalnie. Nieprawda. Moja mama zawsze była piękna. Nawet rankiem, bez makijażu. Biały materiał w delikatne, błękitne kwiatuszki ładnie podkreślał jej opaleniznę. Była bardzo atrakcyjna i nie mogłem tego nie zauważać. Nie dość, że wcale nie taka stara, a dbająca o siebie i piękna. Z wewnętrznym pięknem, którego jeżeli się nie ma – za nic w świecie się sztucznie nie wywoła. Wielu mężczyzn się nią interesowało. Nawet mój trener siatkówki kiedyś prosił mnie o jej numer telefonu. -Dobrze się trzymasz. Podziwiam cię. -Nie ma za co- przekonywałem ją. –Wszystko dzięki Maciejowi. I dzięki wam. -Nie przesadzaj, wiesz przecież, że gdybyś ty nie walczył nadal bylibyśmy w Krakowie, a ty... sam wiesz.- wstała i przytuliła się do mnie. Poczułem jej fiołkowe perfumy. –Kocham cię. -Ja ciebie też. -I jestem z ciebie dumna. -Nigdy nie myślałam, że coś takiego kiedykolwiek do mnie powiesz. No dobra, mamo- delikatnie wyrwałem się z jej objęć. Nie jestem pewien, ale chyba zobaczyłem małą łzę w kąciku jej oka. Musiałem przerwać, bo nie mogłem pozwolić, by wylała przeze mnie kolejne łzy. Przez Michała, mojego brata nigdy nie płakała. Nigdy nie sprawił jej przykrości i mogła spokojnie codziennie mu powtarzać: jestem z ciebie dumna. A ja? Ja tylko przynosiłem jej przykrości i dopiero dziś, pierwszy raz mi powiedziała, że jest dumna z takiego syna jak ja. Płakała tylko przeze mnie i mojego tatę. Ale przez tatę tylko wtedy, gdy odchodził, a przeze mnie codziennie przez wiele lat. –Dosyć już tych czułości. Muszę się jeszcze spakować do szkoły. Wypiłem kawę i błyskawicznie pochłonąłem dwie kanapki, które wcześniej zrobiła swoimi kochającymi maminymi dłońmi. Następnie wpadłem do pokoju i wrzuciłem do plecaka książki, które leżały na biurku. Rzadko kiedy pakowałem się wieczorami – zazwyczaj przed pójściem spać przygotowywałem sobie książki, a rano tylko wrzucałem je do szkolnej teczki. Michał jeszcze spał. Do salonu telefonicznego, gdzie pracował, miał na popołudnie. Pożegnałem się z moją rodzicielką i pognałem na przystanek. W dzisiejszym dniu i klasa trzecia i druga miały na rano. Humor od razu poprawiły mi roześmiane twarze znajomych. -Jaka piękna pogoda nam się zrobiła!- krzyknęła do mnie na powitanie Magda. Miała na sobie byle jakie dżinsy, czarny top i białą koszulę. Uwielbiała zestawienia bieli i czerni. Na głowie miała białą, materiałową opaskę korespondującą z kolorem koszuli. -Czuć wiosnę- powiedziałem z przekonaniem i podałem dłoń kilku znajomym. Wzrokiem omiotłem Anetę, która stała tuż przy tablicy z korsami autobusów wraz ze swoimi przyjaciółeczkami. Zawsze tak je nazywałem. W klasach trzecich – w tym i mojej – były grupki dziewcząt, które stale trzymały się razem i nie rozdzielały się nawet na krok. Co chwilę śmiały się piskliwymi głosikami i głośno obgadywały przechodzących obok przedstawicieli gatunku męskiego. Nawet na mnie nie patrzyła, tylko opowiadała o czymś, żywo gestykulując. Dałbym sobie głowę uciąć, że już połowa jej znajomych znała przebieg wczorajszego spotkania. -Masz pracę dla Majkrzaka?- zagadnął mnie Kuba. –Wczoraj siedziałem nad nią do nocy, bo śmiertelnie o niej zapomniałem. Zakląłem pod nosem. Mnie też zupełnie wyleciała z głowy. -Na dziś była!?- rzuciłem błagalnie próbując sobie przypomnieć ostateczny termin oddania prac. Majkrzak uczył polskiego trzecie klasy i był statecznym mężczyzną pod pięćdziesiątkę. Nie przyjmował do wiadomości, że ktoś mógłby być zupełnym antytalenciem językowym. Co tydzień kazał sobie wręczać wypracowania długości eseju z zadanych klasycznych lektur. -Nie mam pojęcia jak wasza klasa, ale moja na pewno. Westchnąłem. Brak pracy z polskiego mógł mnie skutecznie udupić na koniec roku. -Zapytasz swojej siostry, czy na dziś było to zadanie?- zaproponowałem Kubie patrząc z byka na Anetę. Zdało mi się, że parę razy skrzyżowaliśmy spojrzenia. Tylko ona z mojej klasy była na tym przystanku. Spojrzał na mnie dziwnym wzrokiem i spiął brwi. -A co się stało? Właśnie! Dlaczego jeszcze się do ciebie nie przykleiła. -Tajemnicza sprawa- westchnęła Magda i pomachała idącej w naszą stronę Małgosi. Odeszły kilka kroków pewnie porozumieć się w jakiejś tylko sobie znanej sprawie. Miałem komfort, bo mogłem się spokojnie zwierzyć Kubie. Nachyliłem się nad nim i już patrząc w inną stronę pokrótce streściłem mu wczorajsze zajście. -Wszyscyście po jednych piniendzach!- zimitował głos naszej szkolnej sprzątaczki. –Tylko fiu bździu w głowie...- zaczął się śmiać. -Daj spokój. I tak nie myślałem, że długo nasz prowizoryczny związek przetrwa. -Ile to było? Dwa tygodnie? Nie no... jak na ciebie, to całkiem w porządku. Dłużej to chyba przetrwała tylko Aśka? Ale to się nie liczy bo jesteście w różnym stopniu nawiedzeni. -Dzięki- syknąłem sarkastycznie. -Wiesz co...?- podjąłem. –Myślałem trochę o Anecie kiedyś. Nie wczoraj, więc nie jest to tok przesiąknięty stronniczością. Wiesz dlaczego mnie wybrała?- nie czekałem na to, aż udzieli odpowiedzi, tylko kontynuowałem. –Bo ja po prostu byłem inny. -Poskromiła ją ta egzotyczność. Krakowiak w Kołobrzegu. Kołobrzeżanin z importu! -Może. Autobus już pojawił się na końcu drogi. Kilka osób obstąpiło krawężnik, lecz my ani trochę się nie poruszyliśmy. Słońce nieśmiało pieściło twarze oczekujących na transport. -Myślałem, że jednak jest inna- powiedziałem powoli i znów nie mogłem się powstrzymać od spojrzenia na nią. Śmiała się. Chyba zaczęło mi być żal. Urzekła mnie jakoś, gdy popatrzyła na mnie wtedy, w Nitrze. Jakimś takim nostalgicznym wzrokiem; z tęsknotą za innością. Jak widać nadal jestem naiwny i nadal wszystkie dziewczyny porównuję do Arniki. Szukam jej delikatności i rozmarzenia w każdej dziewczynie. Szukam drugiej niej, co było zupełnie bez sensu. -Inna?- usłyszałam za plecami. Chwilę potem Magda zawisła mi na ramieniu. Usłyszała strzępek rozmowy i niego się uczepiła. Z pewnością nie podsłuchiwała, bo kiedy by się do tego zabrała powiedziałaby jeszcze więcej, niż powiedziałem ja. –Każdy jest jaki jest, wierz mi Marku, że nie inny- zaśmiała się i chwyciła mnie pod rękę. -Jakaś ty błyskotliwa. -Z naturą nie wygrasz. Pierwsza klasa ma na popołudnie? Ja i Kuba spojrzeliśmy po sobie. -Może... skąd ja mam to wiedzieć! Ale jeśli ci chodzi o Beatę, to ma na drugą lekcję, bo wczoraj gadaliśmy rano i jakoś zeszło na szkolny temat. -Dzięki, właśnie o to mi chodziło- podwinęła rękawy koszuli. Aż mnie dreszcze przeszedł na sam widok roznegliżowanej Magdy, kiedy na dworze wcale nie było tak ciepło. -Nie jest ci zimno?- spytałem obejmując ją ramieniem. -Jejku, i znów się o mnie martwisz. Lepiej dbaj o siebie- zasunęła mi skórzaną kurtkę i poklepała po głowie przyjacielskim gestem. –Jakbyście spotkali Beatę, przekażcie jej, że film przyniosę wieczorem około siódmej, bo małej muszę pilnować. Przytaknęliśmy. Już wszyscy zaczęli wchodzić do szkolnego autobusu. -A jaki film?- zainteresowałem się. -„Stowarzyszenie Umarłych Poetów”- powiedziała poważnie. Uśmiechnąłem się pobłażliwie i przepuściłem ją przed siebie; jak wchodziła na stopień, podałem jej rękę. Zawsze miała hopla na punkcie tego filmu. Był dla niej świętością chyba nie mniejszą nawet, niż sama biblia. -A ta tylko o jednym...- skwitował ją Kuba. Usiedliśmy tak jak zwykle, czyli ja z Magdą, a Kuba ze swoją dziewczyną, Małgosią. Aneta zawsze siadała na tyle autobusu z członkami drużyny piłkarskiej, więc wszystko toczyło się bez żadnych zmian. Wyjąłem discmena z plecaka i włożyłem do niego pierwszą, lepszą płytę. -Bóg kazał się dzielić, użycz słuchaweczki...- powiedziała błagalnym tonem. Podzieliliśmy się muzyką. -Powiem ci coś szczerego- ostrzegła. –Jesteś okropnie niedzisiejszy. Drugiego takiego człowieka, co na rozpoczęcie dnia słucha Dżemu, to ze świecą szukać. -Niby ty lepsza jesteś? -Nie. I właśnie w tym nasz urok. -Dokładnie. Przymknęła oczy i docisnęła słuchawkę do ucha. Ja spojrzałem za okno. Za kilka minut już powinniśmy podjechać pod nasze liceum. -Zawsze mnie pociągały takie klimaty starego rocka. Koncerty mają i mieli niesamowite. Każdy chyba porównywalny na przykład do koncertów Metallicy. -Niezapomniany klimat- zgodziłem się. –Ale tak szczerze powiedziawszy nie pasujesz mi do realiów takich koncertów. Ale wiem, że na pewno byś się świetnie na nich bawiła. Podczas dalszej drogi opowiedziałem jej moje wrażenia z dwóch Tyskich Festiwali ku pamięci Ryśka Riedla na których miałem przyjemność być. Powiedziałem, że największe wrażenie zrobił na mnie koncert Edyty Bartosiewicz w 2000 roku, co było zupełną bzdurą. Ale nie mogłem powiedzieć wszystkiego. Nie wiedziała jak naprawdę wyglądają takie festiwale od kuchni. Nie pragnąłem jej wcale wyprowadzać z błędu – niech żyje w słodkiej nieświadomości w której ja żyłem do 1999 roku.
Ziewnąłem i podniosłem się z ławki. Po kolejnej nudnej lekcji z Majkrzakiem moja aktywność umysłowa obniżyła się o ponad pięćdziesiąt procent. Pracy nie oddałem, skazując się tym samym na niepoprawialny minus w kapowniku nauczyciela. Ale co tam... Najlepsze było to, że lektury jeszcze nawet nie zacząłem czytać, a najgorsze to, że wcale nie miałem zamiaru. Ustawiłem książki w równej kupce i już je miałem wrzucić do plecaka, kiedy o ławkę z wielkim hukiem uderzył mały tomik anglojęzycznej poezji. Jim Morrison „Amerykańska Noc” – przeczytałem, po czym uniosłem głowę. -Oddaję- oznajmił mi bezpłciowy głos. Aneta tym razem nie usiadła jak miała w swoim zwyczaju na ławce, tylko stała jak tyczka i wpatrywała się we mnie. Zastanawiałem się, czy powinienem przepraszać, prosić, błagać, łasić się, całować ją po rękach, czy błagać o wybaczenie. Uśmiechnąłem się tylko szelmowsko. -Nie spodobały się? -Przekaz mi się już przestał podobać. -To wiele wyjaśnia. Również czerwono biały tomik wrzuciłem do plecaka. Lekcje już się kończyły, więc mogłem w spokoju zejść na dół, do szatni. Zarzuciłem mój balast na plecy i odrzuciłem włosy związane w kucyka. Miałem już schodzić na dół, ale Aneta nadal nie ruszała się z miejsca. -Coś jeszcze? -Nie chcesz nic wyjaśnić? -A co ja mam wyjaśniać?- nie zrozumiałem. -Nie wiem jak to odczułeś, ale nie chciałam cię urazić. Może opatrznie to zrozumiałeś, ale nie chcę byśmy się rozstawali. Pociągasz mnie nadal. Kiwałem głową bardziej ze zdziwienia, niż z tego, że się z nią zgadzałem. -Bycie solo jest ci nie w smak? -No właśnie... tak jakoś głupio nie móc się do kogoś przytulić- uwiesiła mi się na ramieniu tak jak to zawsze robiła Magda. Jej ciężar był inny i o wiele bardziej pożądany. -Aneta, nie widzę naszej przyszłości. Nie widzę nawet jutra. Spojrzała na mnie jak na wariata. -To znaczy, że mnie rzucasz? Zaśmiałem się. -Przecież to ty byłaś pierwsza, nieprawdaż?- nie miałem ochoty na żadne rozmowy. Szczególnie z nią. Uśmiechałem się tylko ze względu na myśli, jakie narodziły się w mojej głowie po spotkaniu z nią. Momenty powrotów do mojego krakowskiego, indywidualnego świata. -Nie! Źle zrozumiałeś!- rzuciła mi się na szyję. Strzepnąłem ją jak muchę roznoszącą zarazki. -Jeżeli nie zrozumiałem, to dobrze, rzucam cię. -Ej, ale dlaczego? -Mój ojciec i matka w pozwie rozwodowym napisali: niezgodność charakterów. Pozwól, że i ja takie coś wpiszę. Zarzuciłem plecak na ramię. Usta miała niemal otwarte. -Kretyn!- szepnęła ze złością. Myślała, że nie usłyszę. Ja jednak usłyszałem i odwróciłem się jeszcze w jej stronę. Spojrzała na mnie takim wzrokiem jakbym raptem zachciał do niej wrócić. -Jeżeli ta odpowiedź cię nie satysfakcjonuje- zacząłem i już wiedziałem jak zakończę to zdanie. –to umotywuję to inaczej. Za bardzo mi kogoś przypominasz. I już nie odwracając się za siebie zszedłem na parter. Szybko zbiegłem po schodach, a wyjść postanowiłem przez holl główny. Jakoś liczyłem na to, że kogoś mogę spotkać. A i spotkałem! Tuż przy wyjściu zderzyłem się z Magdą przebraną na lekcje wychowania fizycznego. Ogromnie nienawidziła tego przedmiotu i z chęcią wywaliłaby go z jej codziennych zajęć. Nie miałem pojęcia jak można nie lubić WF-u. Dla mnie to była część mojego życia. Nie lekcje, ale siatkówka. -Co za spotkanie! Widziałeś Beatę?- spytała w biegu. -Nie widziałem... chyba jej w szkole nie ma, tak mi się wydaje. Mimo, że nasza szkoła była duża, znajome twarze rozpoznawało się na korytarzach. A zagubionej twarzyczki Beaty po prostu nie dało się nie poznać. Machnęła ręką. -Trudno. -No to na razie. Powodzenia na lekcji- pomachałem jej bo już się zaczynała oddalać. -Dziś Witowski będzie oceniał nasze serwy- zaczęła się śmiać. –A ja serwować nie umiem!- złapała się za głowę i zimitowała ulubioną kwestię naszej sprzątaczki: „olaboga!”. -Nawet nie opowiadaj głupot. I nie narób mi wstydu!- pobłogosławiłem ją. Rzeczywiście byłby to obciach dostać jedynkę z WF-u. Wstyd nie tylko dla niej, ale i dla jej przyjaciela, który gra w reprezentacji szkoły w siatkówce... Wyszedłem z budynku szkoły i już miałem schodzić z dziedzińca, ale ktoś mnie zawołał. Odwróciłem głowę i zobaczyłem zmachaną Magdę. Wskazała na mnie palcem wskazującym. -Ty! Co robisz za godzinę? Spojrzałem na zegarek. -Nie licz na mnie. Za godzinę muszę być u Michała w salonie telefonicznym. Mam mu pomóc kupić prezent dla jego dziewczyny- wyjaśniłem. „Aha” – mruknęła i z powrotem pobiegła do szkoły. Bardzo zgrabnie wyglądała w tych krótkich, sportowych spodenkach. Wyróżniała się od tych wszystkich patyczastych lasek na których każdy ciuch wisi jak na wieszaku. Nie była gruba, ale zgrabna i w sam raz. Nogi miała bardo długie i aż nie można było uwierzyć, że jest antytalenciem sportowym. No to umówiłem się z Michałem. Phi! Oczywiście jechałem do Figuły na rozmowę. Ale o tym nie mógł wiedzieć nikt.
***
Owinięta białym ręcznikiem, z turbanem na głowie wsłuchiwałam się w wiadomości telewizyjne. Sensacja goniła sensację. Jakaś gwiazda po raz kolejny wyszła za mąż, w jakimś mieszkaniu zatruło się kilka osób gazem ulatniającym się z piecyka gazowego, a w sejmie jakiś poseł zażądał badań alkomatem dla kolegi. Po prostu cała Polska! Natalia również przysłuchiwała się wiadomościom i aż dziw brał, że spokojnie siedziała w jednym pokoju wraz ze mną. Założywszy nogę na nogę, z czasopismem na kolanach zażarcie słuchała wiadomości. Właśnie przeciągałam sobie paznokcie czarną emalią. Wpatrując się w ich powierzchnię, z precyzją godną chirurga omijałam skórki. Akurat, gdy pomalowałam wszystkie, zaczęła mnie swędzieć skóra głowy pod turbanem. Zaczęłam energicznie potrząsać głową. -Co ty robisz?- zagadnęła Natalia, bacznie mnie obserwując. -Głowa mnie swędzi, bądź człowiekiem i przynajmniej nie komentuj. Wzruszyła ramionami i wróciła do lektury. Machałam palcami jakbym pisała na klawiaturze metodą dziesięciopalcową, w dodatku bez patrzenia na monitor. To również nie uszło uwadze mojej przyszywanej siostry. Patrzyła na mnie uważnie, ale taktownie trzymała buzię zamkniętą. Przełączyłam na jakiś kanał muzyczny, bo zaczęły iść telezakupy. Nagle zadźwięczał dzwonek do drzwi. Spojrzałam na nią znacząco. -Czytam- oznajmiła. -Ale ja jestem w negliżu, a na dokładkę mam pomalowane paznokcie. -A ja czytam. Wzniosłam oczy ku niebu i podniosłam się słysząc trzeci dzwonek. Wyszłam do przedpokoju i delikatnie nacisnęłam klamkę. Nie za bardzo zastanawiałam się kto za nimi stoi. Popołudniami zazwyczaj brałam relaksacyjną kąpiel i wszyscy znajomi wiedzieli kiedy wpadać, by zastać mnie w ręczniku i turbanie. Uśmiechnęłam się widząc, że za drzwiami stoi Marek. -Kochanie!- prawie krzyknęłam. –Doprawdy wiesz kiedy wpadać!- mrugnęłam kokieteryjnie okiem i chciałam założyć mu ręce na szyję. Zobaczył błysk lakieru i zaczął się odsuwać. Nie chciałam w ręczniku wyjść z domu, więc cofnęłam się i zaprosiłam go do środka. -Znowu się na satanistkę robisz?- spytał patrząc na moje paznokcie. Zamachałam mu nimi przed oczyma. -Jeszcze tylko włosy zrobię na czarno, a oczy podkreślę kredką. Ale obiecaj mi, że pomożesz mi łapać czarne koty z okolicy, bo ja, biedna i nieporadna mogę sobie z tym nie poradzić. -Zwłaszcza z mokrymi paznokciami. -Fakt!- przyznałam mu rację. –Co pana tutaj sprowadza? Wchodź!- zatoczyłam nieokreśloną elipsę w stronę salonu. U mnie zawsze czuł się jak w domu; bez ceregieli wszedł do pokoju gościnnego, gdzie na kanapie siedziała Natalia. -Cześć Młoda- przywitał się. Zawsze tak do niej mówił. A ona nigdy tego nie lubiła, więc nie odpowiedziała wyrażając swoje święte oburzenie. -Co ty tutaj robisz?- zapytała. -Przyszedłem do ciebie, cieszysz się? -Nie. Marek spojrzał na mnie i rozłożył ręce w geście, że już nie można nic zrobić. Wyszedł z powrotem na holl. -Po chwili namysłu chyba wolę być tutaj. Słuchaj...- ściszył głos. –Ja tylko do twojego taty. Na chwilkę i na moment. Michał daje mu oporniki, żeby zreperował ten telewizor z którym nie mógł sobie poradzić. Michał powiedział, że to na pewno któryś z oporników poszedł. Kiwałam głową ze zrozumieniem, lecz moja mina ukazywała coś zgoła innego. -Dlaczego mówisz szeptem?- również ściszyłam głos. -Niech się siostra zastanowi dlaczego wpadłem jak po ogień. Nie zapomnij ich dać ojcu, ok.? -Dobrze, nie zapomnę- obiecałam solennie. Wybiegł z mieszkania nawet nie zamykając drzwi. Pewnie nie miał czasu i Michał zmusił go do tej wizyty, aby nie zapomniał. Pasją Michała było reperowanie telewizorów i innych podobnych gadżetów elektrycznych. Niedawno też mój tata zwrócił się do niego z prośbą zdiagnozowania zepsutego telewizora. Miał po prostu podać przyczynę dlaczego delikwent działa, tak, jak działać nie powinien. Weszłam do pokoju i bez słowa usiadłam na kanapie. Pociągnęłam paznokcie drugą warstwą. -Czego chciał?- kiedyś skrycie się w nim podkochiwała. Teraz pozostały dla niego tylko ochłapy dawnej miłości, czyli oschłość i bezceremonialność. Lub po prostu zwykła antypatia, jak zwał tak zwał. -Tajemnica- syknęłam. Nastąpiło pół godzinne milczenie w międzyczasie którego zdążyłam sobie wysuszyć nie tylko paznokcie, ale i włosy. Potem ubrałam moje ulubione dżinsy dzwony z wykaligrafowanymi fragmentami wierszy, jakąś pierwszą, lepszą bluzkę i na to koszulę. Kiedy zapięłam ją na ostatni guzik do przedpokoju weszła Natalia. -Wyglądasz jak chłopak. I na dodatek te spodnie... jak ze szmateksu. -A ty jak zwykle miła- podsumowałam jej wypowiedź. –Chłopcy zazwyczaj nie mają piersi, chyba że mają jakieś zmiany hormonalne. Ja mam. A te spodnie? One rzeczywiście są ze szmateksu. To tak gwoli ścisłości. Tyle, że nieco przerobione. Zamilkła na chwilę. Po chwili podeszła do mnie i rozpięła koszulę. Zawiązała ją na dole na węzeł, odsłaniając mój brzuch. Spodnie zsunęła lekko na dół, aby wyglądały po bożemu, jak biodrówki. Patrzyłam na nią w osłupieniu. -O wiele lepiej!- westchnęła. Spojrzałam na nią z politowaniem i z powrotem doprowadziłam się do stanu używalności. -Takiej to cię nawet ten twój Marek nie będzie chciał. -On mnie zawsze będzie chciał, nawet w ręczniku- rzuciłam i zaczęłam rozczesywać włosy. -Znasz Pawła Muchę?- spytała i oparła się o szafkę z narzędziami. Nie przerywałam rytuału czesania się. Mogłam się domyśleć, że jej przesadna uprzejmość nie jest samowolna. Przypomniałam sobie sylwetkę chłopaka, który był chyba rok od niej starszy. -Brat Małgosi, dziewczyny Kuby. Chyba szesnaście lat. Wysoki brunet z niebieskimi oczami. Okulary w czarnych oprawkach, wieczny wyraz zamyślenia na twarzy. Podobny do tego...- próbowałam sobie przypomnieć nazwisko pewnego aktora. –Downey’a Juniora z Gothiki. A co? -Przecież doskonale wiem jak on wygląda. Chodzi mi o to jaki jest. -Czyżbyś zwracała się do mnie z uprzejmą prośbą siostrzanej oceny chłopaka? -Nie jesteś moją siostrą- oznajmiła sucho, aż coś ukuło mnie w sercu. W jej oczach było zbyt wiele zaciętości, abym mogła zacząć z nią walczyć. Nie chciała mnie polubić. Postanowiłam kontynuować. -Miły. Jak byłam ostatnio u…