Opowiadania.pl · 13 min czytania
Jan i Jaga (antybaśń nr 4)
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Na skraju wielkiego lasu mieszkał ubogi drwal Jan z drugą żoną i dwojgiem dzieci. Chłopczyk nosił po ojcu imię Jaś, a dziewczynka miała na imię Małgosia. W chacie brakowało jedzenia, a gdy królestwo nawiedził wielki głód, Jan nie był dłużej w stanie wykarmić rodziny. Strapiony ciskał się w łóżku z boku na bok, aż w końcu macocha jego dzieci nie wytrzymała i spytała: - Czemu nie śpisz, mężu? Westchnął. - Martwię się o nasze dzieci. Co z nimi będzie, kiedy sami nie mamy co do gęby włożyć? - Jest na to sposób – odparła. – Jutro skoro świt wyprowadzimy oboje głęboko do lasu. Tam przywiążemy je do drzewa i pozostawimy własnemu losowi. Dzięki temu pozbędziemy się ich raz na zawsze. Będzie więcej chleba do podziału. - Nie, żono – zaoponował drwal. – Moje dzieci to nie zwierzęta, aby je wiązać do drzew. Każemy im na nas zaczekać pod jakimś zmyślonym pozorem, a potem nie wrócimy po nie. - Doskonały plan, kochany mężu – przyklasnęła macocha. - I damy im na drogę po kawałku chleba – dodał drwal. - Niech będzie – zgodziła się kwaśno jego druga żona. Jaś i Małgosia, którzy z głodu nie spali, słyszeli każde słowo. Gdy w chacie zapanował senny bezruch, Małgosia rozpłakała się gorzkimi łzami. - Już po nas, Jasiu! Jesteśmy zgubieni! - Psst, Małgosiu – uspokajał ją Jasiu. – Wszystko będzie dobrze. Mam pomysł, jak odnaleźć drogę powrotną do domu. Nazbieram białych kamyków leżących wokół domu i oznaczę nimi naszą wędrówkę. – Wymknął się z chaty i poupychał po kieszeniach mnóstwo kamyczków, a gdy wrócił, rzekł do Małgosi: - Widzisz, jak ich dużo? Starczy na długi marsz. Śpij spokojnie, siostrzyczko. Zanim wzeszło słońce, macocha wygoniła dzieci z łóżka. - Wstawać, lenie! Idziemy do lasu nazbierać chrustu. - A dostaniemy po ostatnim kawałku chleba na drogę? – zapytała Małgosia. - Tak, jeśli będziecie grzeczne – odparła macocha, a potem obróciła Jasia głową w dół i wytrzęsła z jego kieszeni całą masę białych kamyków. Ruszyli. Jaś coraz to oglądał się za siebie, próbując zapamiętać drogę, ale Jan tak zmyślnie kluczył i zacierał ślady, że gdy znaleźli się w leśnych ostępach, żadne z dzieci nie miało pojęcia, jak się stamtąd wydostać. - Jasiu, Małgosiu – odezwał się ojciec - pozbierajcie trochę chrustu. Ale nie rozpalajcie ognia, bo to niebezpieczne. Mogłybyście się spalić. Potem połóżcie się spać i odpocznijcie po trudach wędrówki. Zbudzimy was, kiedy nazbieramy dużo jagód, i wrócimy do domu na pyszną kolację. Gdy za dziećmi zamknęła się leśna gęstwina, Jan chwycił żonę za rękę i wyprowadził ją z lasu z powrotem do chaty. - Czy Jasiu nie odnajdzie drogi do domu? – niepokoiła się macocha. – On jest bardzo szczwany. Omal nie przemycił w kieszeniach białych kamyków. - Bez obaw, żono – odrzekł drwal. – Wyprowadziłem je w taką dzicz, że tylko ja wiem, jak się stamtąd wyswobodzić. W krótkim czasie los drwala Jana i jego drugiej żony znacznie się poprawił. Królestwo, w którym żyli, poczęło wychodzić z biedy. Na ich stole zagościło więcej potraw i były one smaczniejsze i bardziej urozmaicone. Zdrowa dieta i praca na świeżym powietrzu sprawiły, że nastrój Jana wyraźnie się polepszył. Którejś nocy jego żona zaczęła się ciskać się w łóżku, aż w końcu Jan nie mógł tego dłużej znieść. - Dlaczego nie śpisz, żono? – spytał. - Będziemy mieć wkrótce dziecko – odparła - i boję się, że wszystko znowu się powtórzy od początku. - Och, to wspaniale – ucieszył się Jan. – Żyjemy teraz o wiele dostatniej. Jutro zrobię kołyskę dla naszego maleństwa. A teraz śpij i wypocznij, abyś miała siły je urodzić. Nazajutrz skoro świt, zanim jeszcze żona drwala otworzyła oczy, ten odrąbał jej głowę siekierą. Tego samego dnia przekonał się, że była to właściwa decyzja. Do jego chaty zapukał bowiem łowczy królewski i oznajmił, że monarcha zamawia u niego opał na jesienno-zimowe miesiące, nadając mu zarazem tytuł królewskiego drwala. Niebawem życie Jana zaczęło opływać w dostatki. Zatrudnił nawet dwóch parobków do pomocy, a zarobione w pocie czoła pieniądze przepuszczał w karczmie na wódkę, karty i dziewki. Czuł się niemal szczęśliwy. Co prawda czegoś mu wciąż brakowało, ale nie umiał tego nazwać, więc nie zaprzątał sobie tym głowy. Pewnego wolnego dnia zdjęła go ciekawość, co też stało się z jego dziećmi. Czy znajdzie je w niedostępnej głuszy? Wziął małą siekierkę, dzban miodu pitnego i kobiałkę sera i wyruszył w głąb lasu szukać śladów Jasia i Małgosi…
Jaś i Małgosia uzbierali owego dnia tyle chrustu, że starczyłoby go na podpałkę do końca ich życia. Znużeni położyli się na leśnym poszyciu i zasnęli. Gdy się zbudzili, była ciemna noc. Małgosia rozpłakała się i Jaś zaczął ją pocieszać. - Nie bój się, Małgosiu. Znajdziemy drogę do domu. Musimy tylko wyjść z tego ostępu. Ale nie wyszli. Przez dwa dni błąkali się raz tu, raz tam, lecz zawsze powracali do stosu chrustu zebranego na początku. Bolały ich nogi, doskwierał im głód. Małgosia nie miała siły płakać, a Jaś nawet nie próbował jej pocieszać. Trzeciego dnia obudził ich cudowny aromat dochodzący z jakiejś odległej dali. Dzieci złapały się za ręce, zamknęły oczy i ruszyły na oślep przed siebie. Szły i szły, wiedzione słodkim zapachem, aż wreszcie dotarły do stojącej na polanie chatki. Z jej komina uchodził błękitny dym, który zdawał się roznosić po całym lesie. Jaś i Małgosia podeszli bliżej i przekonali się, że chatka jest zbudowana z piernika i marcepanu, a szyby są z cukru. Jaś wspiął się na palce, ułamał kawałek piernikowego dachu i zaczął go jeść aż mu się uszy trzęsły. - Chodź, Małgosiu! – rzekł do siostry. – Posil się słodką szybką. Dziewczynka nie dała się długo namawiać: wybiła szybę w oknie i poczęła ją chrupać. Nagle z chatki odezwał się głos: - Chrupu, chrupu, chrupu, chrupki Kto przyszedł do mej chałupki? Dzieci odparły natychmiast: - Chrupu, chrupu, chrupu, chrupki, Przyszły tu dwa małe trupki. I jadły dalej z wielkim apetytem. Wtedy otworzyły się drzwi i ukazała się wsparta na kiju, zgarbiona staruszka. Miała kaprawe, czerwone oczy i długi zakrzywiony nos, który stykał się z jej górną wargą. Dzieci tak się przeraziły, że chciały uciekać, ale staruszka uśmiechnęła się do nich i powiedziała łagodnie: - Jestem Baba Jaga. Mieszkam tu sama w lesie i bardzo lubię dzieci. Dziewczynka dygnęła leciutko. - Ja jestem Małgosia