Inne · 1 godz. 43 min czytania
Jane Joe-Błękitna krew: I znowu to samo
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 4
1.
Tak jak to zostało zapowiedziane, Allia w trybie natychmiastowym spakowała swoje rzeczy i była gotowa, jak nigdy dotąd, by opuścić to przeklęte miasto i ludzi, którzy zniszczyli jej życie.
-AJ- powiedział Kuba do Allii chowając do bagażnika jej plecak - To że nie powiodło ci się z Jarkiem nie oznacza końca świata. Nie musisz od razu wyjeżdżać. -Zbyt wiele się wydarzyło, bym mogła żyć tu spokojnie. Śmierć Edyty, morderstwo pani Zofii, Alina...ta kobieta i ojciec. To zbyt wiele jak na moją głowę. Będzie lepiej dla wszystkich jak się usunę. -A co ze mną? Mimo wszystko nadal jesteśmy rodzeństwem. Z kim będę grać w karty, albo grzebać w samochodzie? -Ola niedługo podrośnie, nauczysz ją... -A dokąd ty w ogóle jedziesz? Masz się gdzie podziać? -Chwilowo do...- Dziewczyna rozejrzała się wokół siebie. Nie chciała, by ktokolwiek wiedział, dokąd zmierza-...Tylko to jest tajemnica wagi państwowej. Jakby, co, to nic nie wiesz. -Po co te tajemnice, co ty kombinujesz? -Chcę zupełnie zniknąć z życia rodzinnego. Tobie jedynemu powiem. Jadę do Warszawy. Jestem już umówiona na rozmowę z firmą, z którą często współpracowałam. -Masz wystarczająco pieniędzy? -Poradzę sobie, nie martw się. -Kiedy znów się zobaczymy? -Nie wiem, ale nie licz na to, że prędko tu powrócę. Najprawdopodobniej będą to chrzciny Oleńki. Nie chce już tu wracać. -Zrobisz dla mnie trzy rzeczy? -To zależy co. -Po pierwsze: uważaj na siebie. Kiedyś miałem dwie siostry. Została mi jedna i nie chce by coś jej się stało. Po drugie: nie znikaj zupełnie. Zbyt mocno się do ciebie przywiązałem. Zadzwoń kiedyś, albo coś w tym stylu. -Będziemy się kontaktowali przez Internet. -Chcę mieć z tobą kontakt. Obiecuję, że nikomu nie zdradzę, gdzie jesteś i co robisz. Nawet Julii. Nie chce i ciebie stracić. -Będę... - Powiedziała przez łzy-A co po trzecie? Kuba sięgnął do kieszeni od spodni i wyciągnął srebrny łańcuszek z dziwną zawieszką. -Noś to. Niech cię chroni, gdziekolwiek będziesz. -Dobrze. Kuba zawiesił go siostrze na szyi i mocno ją przytulił. Nie był już w stanie do niej mówić, a tak wiele chciał jej wyznać na pożegnanie. Ponoć mężczyźni nie płaczą, a jednak łzy spływały po jego policzkach jakby ktoś odkręcił kran z bieżącą wodą. Allia również płakała. -Kuba, opiekuj się ojcem. Nie pozwól by ta kobieta rządziła w domu. On też ma prawo głosu. -Dobrze. -Niech nie pracuje tyle, bo się...przemęczy. -Oczywiście. -Powiedz mu, że...mimo, iż mnie okłamywał, że ja go...no wiesz -Powiem mu. -Niech się o mnie nie martwi. Jestem dzielna, poradzę sobie w życiu. Zawsze sobie radziłam. Na horyzoncie pojawił się Jarek. W jakiś sposób dowiedział się, że Allia chce wyjechać. Chciał z nią jeszcze porozmawiać, jednak ona tego nie chciała i przeczuwała, co on miał zamiar zrobić. Pospiesznie wsiadła do samochodu, pożegnała się z bratem i odjechała z piskiem opon.
Będąc już w Warszawie pojechała na Ochotę. Tam właśnie mieszkała jej najlepsza koleżanka z Liceum, Gosia Herburt. Druga taka koleżanka, a zarazem przyjaciółka Gosi, Judyta Kalińska, odkąd skończyła szkołę mieszka w Atenach i miewa się świetnie.
Allia bez większego kłopotu dojechała na miejsce. -Pięć lat studiów nie poszło jednak na marne- stwierdziła wysiadając z samochodu- Herburt, Herburt, Herburt...Jest! Mieszkanie numer dwadzieścia. Cholera, piąte piętro. Dziewczyna nie złamała swojej żelaznej zasady i zamiast windą, jak cywilizowanie ludzie, na piąte piętro weszła po schodach. Gdy zadzwoniła pod właściwy numer, usłyszała głos swojej koleżanki, częściowo stłumiony przez grającą w jej mieszkaniu muzykę.{i} Kogo to do licha niesie {/i}– zastanawiała się Gosia po czym otworzyła drzwi i spojrzała na gościa – W czym mogę pomóc? Gosia Herburt, średniego wzrostu farbowana blondynka(jaki jest jej naturalny kolor włosów nie wie nawet Allia)o niebieskich oczach, już od pierwszych dni nauki w liceum zyskała, wraz z Judytą, sympatię Allii. Zaraz po maturze zabrała swoje manatki i przeprowadziła się do Hannoveru. Tam studiowała przez pięć lat. Potem wróciła do Polski, założyła niewielką kancelarię i jest tłumaczem przysięgłym języka niemieckiego. -Pozwoli pani, że się przedstawię – Allia wyciągnęła ku niej rękę – Nazywam się Lolitka, ale może mi pani mówić Lola. Czy mam zaszczyt z panią Filozoszką? -Allia?! – Gosia niedowierzała -Zrobiłam ten błąd, że nie znalazłam czasu na spotkanie z tobą, gdy wróciłaś do Polski. Tak, to ja. Allia Ordonow we własnej, skromnej osobie. -Lola!- pisnęła Gosia i rzuciła się Allii na szyję. Była bardzo szczęśliwa, tak jak i Allia. -Witaj Gosiu, kope lat, co nie? -Chodź do środka- powiedziała nie zaczekawszy na jej reakcję, Gosia pociągnęła ją do mieszkania po czym zamknęła drzwi. Jeśli można było nazwać to zamknięciem drzwi. One aż trzasnęły. -Wejdź, usiądź. Chcesz coś do picia? Kawy? Herbaty? Może jesteś głodna? Och Lola. Co cię do mnie sprowadza? Zapomniałaś już gdzie mieszkam? Co się z tobą działo przez ten czas? Coś porabiała? Gdzie się włóczyłaś? Ile książek napisałaś? Ile męskich serc podbiłaś? Allia była, delikatnie mówiąc, w szoku. Jeszcze nigdy nie widziała, aby Gosia tak się zachowywała i tyle gadała! Zawsze to ona, Allia, mówiła i mówiła. -No mów coś wreszcie! Co tak stoisz jakbyś zobaczyła ducha? -Bo tak się czuję. Może usiądziesz? -Mam usiąść? Czyli, że...Ach tak, już siadam. No dobra już jestem spokojna. Nie powinnaś być dziś w szkole? Mamy środek tygodnia, a ty...Hmm...nie wnikam. -Rzuciłam szkołę. Przyjechałam tu, by znaleźć coś normalnego. Ile można siedzieć w szkole? A po drugie mam dość Kruszewa. -Oho...a gdzie się zatrzymałaś? -Właściwie to miałam nadzieję, że będę mogła pomieszkać trochę z tobą dopóki nie znajdę pracy i jakiegoś mieszkanka, jeśli ci to oczywiście nie przeszkadza. Bo jeśli tak to nie ma sprawy. Mam jeszcze do kogo pójść. -Ależ Lola. Z chęcią z tobą trochę pomieszkam. A wiesz, jutro przyjeżdża Judyta. -Co? Tu? Do Polski? WOW! -Znów będzie jak za dawnych, dobrych czasów. -Może troszkę inaczej, ale bardzo podobnie.
Wybiła północ. Trzy czwarte warszawiaków było pogrążonych we śnie. Pozostała część zajmowała się przeróżnymi rzeczami, jakie tylko można było wymyślić, zaczynając od prania brudnej bielizny po przez zabawę na urodzinach u cioci Jadzi, a kończąc na uprawianiu miłości. Nikt jednak nie zdawał sobie sprawy, że dwie postacie siedzące na szczycie Pałacu Kultury i Nauki spoglądały na nich i główkowały ja tu im życia skomplikować. -Biznesmeni, chuligani, śmieciarze i prostytutki. Egoiści i lalusie...Uhhh. Durne to miasto, ach jakie diabelskie...ha ha ha. Co ty na to Mefrasto? Druga postać zdjęła czarny kapelusz. -Zgadzam się z tobą, mój cuchnący Drigovilu. -Wszystko to takie... -Zauważyłeś, że nasza anielica powróciła? -Czego ona tu chce? – Drigovil zdenerwował się – Cholerka, ona ciągle miesza mi w planach. Nie chcę jej tu. -Dziwne, ale istnieje szansa, by się jej pozbyć. Na twarzy diabła pojawił się uśmiech. -Jak mogę tego dokonać?- spytał drugi. Mefrasto podszedł do niego, złapał za łeb i przekazał mu wszystkie informacje dotyczące ich „anielicy”. -Powiedz tylko „niech się stanie” i po niej. Po tych słowach Mefrasto założył swój kapelusz i skoczył w dół. Przez chwile przyglądał mu się Drigovil -On i ta jego parasolka. Wylądowawszy na ziemi, diabeł złożył parasolkę i zniknął w diabelskiej otchłani pozostawiając po sobie czerwony dym, niewidzialny dla ludzkich oczu. Drigovil, natomiast, stał nadal na szczycie i spoglądał na miasto. -Niech się stanie anielico, niech się stanie. Również i on zniknął.
Od samego rana Allia była anielsko spokojna, czego nie można było powiedzieć o Gosi, która denerwowała się za dwoje. -Lola, nie martw się. Jak nie tu to tam. Jakoś to będzie. -Ale ja się niczym nie martwię. To ty robisz dużo szumu– odpowiedziała spokojnie. -Ja na twoim miejscu bym drżała. -Skoro ty drżysz to nie ma sensu bym i ja drżała. Ktoś musi zachować spokój. -No tak. Nic w przyrodzie nie ginie.
Część 22 / 4
Allia zatrzymała się tuż przy ogromnym wieżowcu należącym do firmy FotoView. Pewnym krokiem weszła do środka. Gdy powiedziała kim jest i z czym przychodzi, kazano jej pójść na trzynaste piętro, pokój nr 260. Od razu poszła w stronę schodów, lecz tuz przed nimi zatrzymała się. -Hola, hola moja droga. To trzynaste piętro, nie tak prędko. Zawróciła w stronę windy. Na szczęście nie była sama. Wewnątrz był młody brunet z dużymi oczami. Wyglądał prawie jak bajkowy Włóczykij. Jak już umierać to w miłym towarzystwie, no nie? -Dlaczego zamknęła pani oczy?- spytał, gdy tylko winda ruszyła. -A tak, dla rozkoszy. W rzeczywistości Allia była bardzo wystraszona. Zawsze bała się jeździć windą. -Powiada pani, dla rozkoszy? -No jasne. Nigdy pan nie próbował? -Nie. -To czas najwyższy zacząć...-tymczasem winda nieco zadrżała-...o Boże! -Spokojnie, tu tak zawsze – wyjaśnił jej. -Pracuje pan tutaj? -Nie,ale przynajmniej raz na dwa miesiące przychodzę tu, gdy poszukuję pracownika. A tak w ogóle to mam na imię Radek. -Miło mi. -Nie podasz mi swego imienia? -Nie mam takiego obowiązku-odpowiedziała z uśmiechem na ustach. -Szukasz pracy? -Tak. -Życzę powodzenia, bo tu biorą tylko najlepszych i nie wiem czy się załapiesz. -Się okaże.
Gdy tylko Allia i Radek znaleźli się przed pokojem nr 260, dosłownie, wyleciała stamtąd jakaś kobieta, pewnie sekretarka. -Tak panie prezesie...oczywiście. Pani Ordonow? – zwróciła się do Allii. -Tak? -Lew jest głodny. Dziewczyna wzięła głęboki wdech i weszła do środka. -Dzień dobry. -Dzień dobry, proszę usiąść. W czym mogę pani pomóc? -Od paru lat pracuje dla pana dorywczo, wykonuje drobne zlecenia. Chciałabym przejść do firmy na stałe. -Rozumiem...Hmm...przeglądałem pani akta i mam dylemat. Z jednej strony ma pani zbyt małe doświadczenie. Z drugiej jednak strony pani zdjęcia są bardzo dobre, jest pani zdolna, no i zna pani tyle języków...Hmm...Pomyślmy. Mam jeden wakat, ale...lubi pani podróżować? -To zależy dokąd, ale przeważnie tak. Nawet bardzo. -Bo widzi pani. Moja firma i cztery podobne do tej, z Europy, biorą udział w pewnym programie. Wyjaśnię pani w skrócie, o co w tym chodzi. Każda firma wystawia swoich dwóch pracowników, którzy przez ponad rok będą pracować w różnych warunkach, będą podejmować się przeróżnych zadań. Sęk w tym, że, co jakiś czas będzie pani musiała zmieniać miejsce zamieszkania, które oczywiście będzie zapewnione. -A to „co jakiś czas” jak odnosi się do rzeczywistości? -Mam tutaj przygotowany plan, który będzie panią obejmował. Pierwsze dwa miesiące będzie pani w Warszawie, kolejne trzy w Rzymie, dwa w Berlinie... -W Berlinie? -Tak, w Berlinie.{i} O Boże!{/i} -Później przeniesie się pani do Madrytu. Po miesiącu pani pracy tam nastąpi jeden miesiąc przerwy. Taki urlop. Będzie pani mogła wrócić do Polski, albo zostać w Madrycie. To już według uznania. Później czeka na panią dwa miesiące w Madrycie i trzy w Paryżu. -A w jaki sposób zakończy się ten program? -W jednym z ostatnich dni odbędzie się takie małe przyjęcie, na którym zostanie wytypowanych pięć najlepszych osób, które będą mogły wybrać sobie miejsce, gdzie chcą pracować. Planujemy też organizować spotkania wszystkich uczestników tego programu na koniec każdego etapu. -A co z wynagrodzeniem? -Płacić będzie firma, w której będzie pani akuratnie pracować. Oczywiście we własnej walucie. A jeśli chodzi o wysokość...to będzie pani zadowolona. Przeglądałem akta wszystkich uczestników. Jest pani w najlepszej sytuacji. -Dlaczego? -Głównie w sensie znajomości języków. Szczerze mówiąc nikt nie zna więcej niż dwa języki obce. Pani bije ich na łeb i na szyję. Allia lekko się zaczerwieniła. -Nie wiem jak stoją pani sprawy prywatne. Czy istnieje jakaś przeszkoda, która nie pozwoliłaby pani podjąć się tej pracy? -Właściwie to ta praca spadła mi z nieba. Kiedy mogłabym ewentualnie zacząć? -Czułem, że się pani zgodzi. -Ja też.
Allia wyleciała z gabinetu jak na skrzydłach. Była bardzo szczęśliwa. Ba! Wniebowzięta. Wreszcie los zaczął się jakoś do niej uśmiechać. Miała podróżować, prowadzić ciekawe życie, mogło się wreszcie totalnie usamodzielnić i zniknąć z oczu bliskich. Nareszcie! Opuszczając korytarz uśmiechnęła się radośnie do Radka, życzyła mu powodzenia i znikła. Nie patrząc, dokąd idzie, stanęła przed windą. - O nie, tego już za wiele. Nie mam aż tak dobrego humoru.
Wróciwszy do mieszkania koleżanki, zastała ją w kuchni. Wchodząc tam zrobiła prawie że grobową minę. -I co, i co,i co? -Jeszcze nigdy tak się nie czułam – odpowiedziała smętnie. -Nie zgodził się? Allia wzięła głęboki oddech. Nadal miała ponurą minę. -Następnym razem się uda. -No nie wiem czy w ogóle będzie ten następny raz. Na pewno niezbyt szybko. -Och, nie załamuj się. Gdzieś cię na pewno przyjmą. Musisz tylko poszukać. Chcesz, to ci pomogę. -Nie trzeba. Pod koniec miesiąca lecę na trzy dni do Paryża. Wracam do Warszawy na trzy miesiące, a później Rzym, Berlin, Madryt i Paryż. Za ponad rok może mi się poszczęści i zostanę gdzieś tam. A tu są kluczyki od mojego nowego mieszkania – Alia pokazała Gosi parę brzęczących kluczy. -Ale...o co chodzi? -Dostałam pracę, będę podróżować, zwiedzać świat, poznawać ludzi i zarabiać w euro! Czyż to nie cudowne? Czy ja nie mówiłam, że będę podróżować, a wy się ze mnie śmialiście? -Lola! Zawału serca przez ciebie kiedyś dostanę. -Lecę do Rzymu, Berlina, Madrytu i Paryża tra la la la la. -Cieszę się, że będziesz...dokąd lecisz?- Gosia dopiero zorientowała się, co Allia od dziesięciu minut do niej mówiła. -Rzym, Berlin, Madryt, Paryż – powtórzyła łagodnym tonem. -Że co? Ale jak? Dlaczego? Jak ty sobie?.. -Właściwie to najbardziej obawiam się Berlina. Mój niemiecki jest słaby, właściwie to beznadziejny, ale...ale zawsze mogę rozmawiać po angielsku. Niech tak będzie. Życie ma się tylko jedno i trzeba z niego korzystać ile się tylko do i póki można. -Judyta padnie jak się dowie. -Ja też o mało co nie padłam. Ty zresztą też. -Lepiej nie padajmy, bo trzeba zając się tym, co jest w kuchni. -A co tam jest? – spytała z zaciekawieniem. -Niegotowe jedzenie, które trzeba doprowadzić do odpowiedniego stanu używalności. -Ty chyba nie wiesz co mówisz. Chcesz by twój wieżowiec rozsypał się w drobny mak? -Nie marudź. -Ja tylko uświadamiam cię, co nastąpi po moim wejściu do kuchni. -Mówiłam ci, że marudzisz.
Półtorej godziny później Gosia pojechała na lotnisko po Judytę. Allia tymczasem nakryła do stołu i oczekiwała na koleżanki.
-Nawet nie wiesz jak mi brakowało tego listopadowego chłodu, liści na drogach. W Atenach to nie to samo. -A u nas to normalka- powiedziała Allia wyłaniając się z kuchni. -Eee...cześć, to znaczy, dzień dobry – Judyta nie poznała Allii. -No tak, świetnie. To nie możliwe by tyle osób mnie nie rozpoznało. Czy ja aż tak bardzo się zmieniłam, że po prawie siedmiu latach nikt mnie nie rozpoznaje? To ja, Alia, albo Lolitka, jak wolisz. -Czemuś mi Gośka nie powiedziała wcześniej. Wyszłam na idiotkę. -Nie ty jedna. Judyta i Allia padły sobie w objęcia. Tak dawno się nie widziały.
-Ciekawe, co się stało z resztą naszej klasy – zastanawiała się Judyta, gdy trzy odpoczywały po obiedzie. -Magda, Monika i Iweta są w Niemczech – powiedziała Gosia. -Monika mieszka już w Sopocie. Spotkałam ją kiedyś w Warszawie. -Iza wyszła za Białorusina i mieszka w Grodnie. -Jacek, Krystian i Sławek jeszcze studiują. -A Alina? -Nadal mieszka w Kruszewie, ale często kursuje do Warszawy. Wielu tam zostało. Na przykład Patrycja pracuje w banku, Marzena jest policjantką. -Ciągle mówiliśmy, że nią będzie, a ona nam nie wierzyła. -Kamila jest psychologiem w naszym liceum. -Biedni uczniowie. -Ona sama powinna udać się do psychologa. -Ciekawe ilu naszych nauczycieli jeszcze uczy – zastanawiała się Judyta – Ty powinnaś wiedzieć Allia. Przecież tam uczysz. -Już nie. -Lola teraz będzie Europejką – powiedziała dumnie Gosia -Zawsze nią była. -Ale teraz będzie jeździć po Europie i ponoć świetnie się bawić. I to za pieniądze. -W szkole została Staniszewska, Smageć, Klarko, Nowoczystek... -On to cię lubił. Pewnie przez twoje rosyjskie nazwisko. -...Kto tam jeszcze był? Begec, Kuźnierski... -A nasza polonistka? Tak bardzo ją lubiłam. Jak jej tam było? Edyta...Eustachy, tak, Eustachy. Przyjaźniłaś się z nią Allia, prawda? Allia spuściła głowę. Ból po stracie przyjaciółki jeszcze nie minął. -Co się dzieje? -Allia? -Ona...jakby to powiedzieć...nie istnieje. -Jak to nie ist...o Boże. Co się stało? -We wrześniu popełniła samobójstwo, a ja...ja byłam pierwszą osobą, która zobaczyła jej martwe ciało. Koszmar. Wszędzie krew i... -To straszne. -Wlałabym by ta wstrętna Zofia zginęła, a nie pani Eustachy – stwierdziła Judyta – Ona była straszna. -Straszna? Ona była było okropna. Wpychała swój wścibski, tłusty nochal gdzie tylko się dało, a przy okazji dokazywała innym. -Wiecie, że to nawet zabawne? W dwa miesiące po samobójstwie Edyty, ona zastała zamordowana. Judyta i Gosia patrzyły na Allię jak na jakąś wariatkę. Oszalała, czy co? To niemożliwe by to, co powiedziała było prawdą. W jednej chwili pomyślały nawet, że bezczelnie się z nich nabija, lecz to nie było w jej stylu. -Właściwie to stało się to w zeszła sobotę, a ja standardowo niechcący byłam w centrum uwagi. Oczywiście zaraz po trupie pani Zofii. Tym razem Allia nie potrafiła się powstrzymać i wybuchła donośnym płaczem. Sytuacją ją stanowczo przerosła. Koleżanki od razu zaczęły ja pocieszać. Na szczęście Allia nigdy nie lubiła płakać publicznie, wiec zebrała wszystkie swoje siły i wzięła się w garść. -Dość tego mazgajstwa – powiedziała ocierając łzy – Nie widziałyśmy się prawie siedem lat i mamy zbyt mało czasu by to nadrobić. Wiecie, że bardzo fajnie jest znów was spotkać? -Tyle zmarnowanego czasu. Co myśmy sobie myślały nie spotykając się, gdy tylko była taka możliwość? -Każda miała i ma swoje życie. Zdarza się. -Ale już nie może się zdarzyć. Nigdy.
Część 33 / 4
Czternaście miesięcy później
2.
Pewnego zimnego popołudnia Allia, mimo strasznej zawiei, wracała do swojego paryskiego mieszkania pieszo. Zwykle jeździła tramwajami, lecz od jakiegoś czasu potrzebowała chwili i odpowiedniej atmosfery do namysłu. W mieszkaniu zbyt wiele rzeczy by ją rozpraszało. Co było tak ważnego, co zaprzątało jej głowę? Otóż dzień wcześniej prezes wezwał ją i Jeana do siebie. Delikatnie przypomniał im, że czas współpracy kończy się za parę dni i istnieje możliwość, iż to oni staną przed wyborem stałego już miejsca pracy. Kazał im się zdecydować przed końcowym przyjęciem, by w razie czego, od razu dać przemyślaną odpowiedź. Decyzja była trudna do podjęcia. W każdej z firm było coś ciekawego, coś szczególnego, coś, co sprawiało, że chciało się tam zostać. Jednak już na samym początku Allia wyeliminowała Berlin. Powodem był oczywiście język. Zostając tam musiałaby się go nauczyć, co w ogóle nie wchodziło w rachubę, gdyż bardzo go nie lubiła, a komunikowanie się nim sprawiało jej nie tyle, co trudność, lecz męczarnię. Nigdy nie lubiła się go uczyć, a doskonałym dowodem na to, że jej mózg jest antyniemiecki jest fakt, iż przez osiem lat jego nauki w szkole, zapamiętała tylko najprostsze słowa i struktury by umieć wyrazić swoje podstawowe potrzeby. Po dwóch miesiącach pobytu w tym kraju nauczyła się nieco więcej, ale i tak tylko z przymusu. Nie miała najmniejszego zamiaru męczyć się do końca życia. Nigdy! Do Warszawy wracać nie chciała – zbyt blisko rodziny i znajomych. Wiec, co? Rzym, Madryt czy Paryż? Nie miała zielonego pojęcia. Wchodząc do kamienicy, gdzie wynajmowała mieszkanie, znienacka, tuż przed jej nosem, pojawił się jakiś mężczyzna w wieku może 47 lat w czarnej, skórzanej kurtce. -O matko kochana! – Allia się wystraszyła. -Trudno jest cię znaleźć, gdy nikt z twoich znajomych i rodziny nie wie gdzie jesteś – powiedział do niej nie po francusku, jak to robią ludzie w Paryżu, lecz po angielsku. Po jego akcencie doszła do wniosku, że pochodzi z Wielkiej Brytanii. Allia musiała szybko przestawić się na język angielski. -Słucham? -Mamy mało czasu. -Kim pan jest? Nie znam pana i nie będę z panem rozmawiać. Żegnam. -Jestem...twoim aniołem stróżem. -Bardzo śmieszne. Czego pan chce? -Możemy iść na górę? – spytał -Nie!- Zaprotestowała, lecz mężczyzna zatkał jej usta i zaciągnął do jej mieszkania. -Otwieraj drzwi. -Ani mi się śni. -Otwieraj! Dziewczyna pod wpływem ogromnego szoku nie potrafiła mu się sprzeciwić. Drżącą ręką wyciągnęła klucz z torebki i otworzyła drzwi. Mężczyzna wparował do mieszkania jak burza ciągnąc ją znów za sobą. Gdy zamknął drzwi na zamek powiedział: -Teraz już jesteśmy bezpieczni. Allia nagle odzyskała przytomność umysłową -Czego pan ode mnie chce? Kim pan jest do cholery i...i mów pan coś!!!! -Wybacz, ale nie miałem jeszcze czasu odpocząć po podróży. Mężczyzna opadł na fotel. -Tego mi było trzeba. Mogę dostać kawy? -Nie! -Szczerze mówiąc nie spodziewałem się niczego innego. -Wynoś się stąd, bo zadzwonię po policję. Mężczyzna wybuchnął śmiechem.. -Śmieszni jesteście. -Czy wyjaśni mi pan, z jakiej racji pan tutaj jest? -By cię chronić. -Że jak? -By cię chronić – powtórzył -Dosłyszałam, co mi pan powiedział, ale nie rozumiem tego! -Po to tu jestem Allia myślała, że oszaleje. Bezsilna usiadła na drugim fotelu. -Może mi pan wyjaśnić, krok po kroku, co pan ode mnie, do cholery, chce? -Powiedziałem już, że... -Konkrety! – wrzasnęła. -Aleś ty nerwowa. No dobra. Słuchaj uważnie. -Nic innego nie robię – powiedziała przez zęby. -Jutro minie dokładnie rok odkąd Sally DeAllock zmarła. Pozostawiła po sobie testament, który jutro traci swoją moc. -A co mi...do tego? -W testamencie umieściła twoje nazwisko. -Niech pan sobie zabierze to, co mi zostawiła. Nie chcę tego, a po drugie nie znam żadnej Sally De...coś tam. -DeAllock. -No właśnie. Nie wierzę panu. -Sally kazała cię znaleźć i sprowadzić do Londynu. -Do Londynu?! – mimo zdziwienia jej oczy zaczęły miło błyszczeć. -Tak. Jeśli jutro się tam nie zjawisz to wszystko przepadnie, a pozostali trzej spadkobiercy strącą prawa do spadku i szansę na lepsze życie. -Wciąż mnie to nie interesuje i nie przekonuje. Przyjechał pan na marne, proszę wyjść i dać mi święty spokój. -Sally zostawiła dokładne dane o tobie by móc cię odnaleźć. Nie przewidziała tylko, że zapadniesz się pod ziemię. -Na przykład? Co wiedziała? -Imiona, nazwisko, adres, ale tylko ten w Polsce. -To nie są żadne dowody. -Tuż przed wyjazdem z Włoch umarł ci piesek, Pippul.{i} Biedny Pippul {/i}, pomyślała ze smutkiem o swoim dawnym czworonożnym przyjacielu. -Ktoś mógł jej to powiedzieć. -Gdy mieszkałaś we Włoszech uciekłaś raz z siostrą od matki i schroniłyście się u pewnej kobiety. Dała wam mleko, herbatniki i opowiedziała bajkę o zagubionej księżniczce, która w przyszłości miała uratować świat. Gdy wyszłyście od niej, obiecałyście sobie, że żadna nikomu o tym nie powie. I nie powiedziałyście. Allia była przerażona. {i}Skąd ona o tym wiedziała? {/i} -Sprawia pan, że się boję. -Ile osób wie, że gdy Weronika uciekła spakowałaś się i byłaś gotowa poświecić swoje życie by tylko ją odnaleźć? -Nikt – odpowiedziała cicho- Gdy tylko doszłam do drzwi od naszego domu - stchórzyłam. -Czy wiem wystarczająco dużo o tobie byś mi uwierzyła? -Nie wiem. -Póki jesteś w Paryżu jesteś w wielkim niebezpieczeństwie. Rodzina Sally zrobi wszystko byś nie dotarła. Dlatego właśnie nikt cię na poważnie nie szukał. Gdy to do mnie dotarło, sam zacząłem cię szukać. Zajęło mi to trzy miesiące. Na szczęście cię znalazłem, przed nimi. -Kim była ta cała Sally? -Ostatni raz, kiedy ja widziałem była wniebowzięta...-Alia zmierzyła go surowym wzrokiem mówiącym: „Mów pan do cholery od rzeczy” – Była warzywem, leżała w śpiączce. -Świetnie. -Przez większość swojego życia uczyła języka angielskiego. Przez parę lat uczyła też Włochów. W pięć lat przed śmiercią założyła restaurację „Rossa del Eldi” w Londynie. Od tyluż też lat nie żyje jej mąż. Teraz już będzie sześć, tak sześć. Ma syna – Jamesa. Jest w twoim wieku. -A co jemu zapisała w spadku? -Jemu? -Tak. -Nic. Jest zakonnikiem. -Och. -Reszta jej rodziny jest żądna pieniędzy. Sally nie chciała, by to oni otrzymali majątek jej i męża. Mężczyzna sięgnął do wewnętrznej kiszeni swojej kurtki. Allia przeczuwała, co teraz się stanie. Pewnie powie jej, że za dużo wie i musi zginać. -Nie ruszaj się! Wyciągnij rękę z kieszeni, tylko powoli. Ostrzegam, znam karate. Tajemniczy nieznajomy spojrzał na nią bardzo zdziwiony. Dziewczyna wydała mu się nawet śmieszna. -Już dawno bym cię zabił, gdybym tylko tego chciał...ale nie mam zamiaru tego robić. Zamiast broni, wyciągnął z kieszeni dwa bilety lotnicze i położył je na szklanym stoliku. -Tu masz bilety do Londynu i z powrotem. O siódmej rano masz samolot. Bądź znacznie wcześniej. Będę tam na ciebie czekał. Jeśli mnie nie będzie, leć sama. Mężczyzna spojrzał jej głęboko w oczy. -Z lotniska Heathrow złapiesz taksówkę i pojedziesz w to miejsce – podał jej kartkę z adresem- O dziesiątej spadkobiercy i najbliższa rodzina zmarłej się tam zbiorą. Nie martw się jak się spóźnisz i parę osób cię obrazi. Póki nie znajdziesz się wśród nich, nie ufaj nikomu. Na miejscu George i spadkobiercy będą ci przychylni. Zabierz ze sobą najpotrzebniejsze rzeczy i dokumenty. W piątek będziesz z powrotem. -Ale ja mam tu pracę, zobowiązania – zaprotestowała -Weź wolne. Allię zatkał spokój tego mężczyzny. {i}Jak można być tak spokojnym mówiąc obcej osobie tyle dziwnych rzeczy?{/i} -No tak. Też tak można. Mężczyzna ponownie spojrzał głęboko w jej oczy. -Twoje oczy są pełne strachu, ale ty tak naprawdę się nie boisz. Zawsze marzyłaś o podróży do Londynu, ale twój ojciec nigdy ci w tym nie pomógł, choć mógł. Jesteś szlachetna i bardzo odważna. Uważaj na siebie i... nie zapomnij założyć srebrnego łańcuszka twej matki. On ma moc, ale tylko właściwa osoba może z niej skorzystać. -Słucham? – spytała oszołomiona. {i}O jakim on mówił łańcuszku do cholery? {/i} -Nie daj się zabić – powiedziawszy to opuścił jej mieszkanie. -Przepraszam, ale czy on czasem powiedział bym nie dała się zabić? Mam się bać? Gdy tylko otrząsnęła się po dawce emocji i wrażeń, bez większego namysłu i pod wpływem chwili złapała za telefon i wykręciła numer do szefa. Nie było go w firmie więc zadzwoniła na domowy. Oczywiście był zdziwiony prośbą o parę dni wolnego, ale dał je jej przypominając oczywiście o sobocie. Jak mogłaby o tym zapomnieć? -Przydałoby się zjeść kolację – stwierdziła, gdy tylko odłożyła słuchawkę. Była już dwudziesta. Stanęła przed lodówką i... {i} Do cholery, co ja takiego zrobiłam? Jakim cudem dałam się na to namówić? Czy ja naprawdę jestem aż tak łatwowierna? Cholera, ten facet jest pokręcony. Tylko niech ktoś mi powie, dlaczego czuje takie podniecenie na myśl o wyjeździe do Londynu? Medal mu wystrugam! Przecież on twierdzi, że ktoś chce mnie zabić! A może to on? Miał do tego tysiące okazji i nie zrobił tego. Moja kochana intuicja mu ufa, a ja... cholera jasna! Zawsze jej ufałam i nadal to robię. By to wszystko szlag jasny trafił! {/i} - Przecież ja nic nie tknę – Allia trzasnęła drzwiczkami. Nieznajomy dał jej zbyt wiele powodów do myślenia i obaw by mogła normalnie funkcjonować. {i}Z jakiej racji ta cała Sally DeAllock umieściła mnie w testamencie? Skąd mnie znała? A te szczegóły? Przecież to niemożliwe! Ani moi rodzice, ani Kuba, ani ja nie byliśmy nigdy w Londynie! Nie przyjaźniła się z moimi rodzicami, bo bym o tym wiedziała. {/i} Przez umysł Allii przemknęła pewna myśl. Maria często wyjeżdżała samotnie, może poleciała do...nie, ja już wariuje i wymyślam niemal niestworzone historie ups! Dziewczyna przypomniała sobie nagle, o kim kiedyś tak powiedziała. Miała wielką nadzieję, że nie stanie się nigdy taką kobietą, jaką była owa kobieta Wymyślam już rzeczy, które nie mogły mieć miejsca i są absurdalne - Allia, która dotąd chodziła w kółko po salonie zatrzymała się.- {i} Właściwie sam spadek jest absurdalny- {/i}pomyślała {i}- oby nie tak jak proces, u Kafki. Kobieta zupełni mi obca, dokładnie to pierwszy raz o niej słyszę, zapisuje mnie w swym testamencie i wie o mnie tyle rzeczy...jeszcze moment i oszaleje. {/i} Allia powróciła do chodzenia po pokoju. Czuła, że to jej pomagało w myśleniu. {i} Coś mi tu śmierdzi, wręcz cuchnie, a nie lubię jak mi coś śmierdzi. Skąd ona zna te szczegóły, mój adres w Polsce i...łańcuszek. {/i} Po raz kolejny nawiedziła ją pewna znacząca w tej sprawie myśl. {i} To nie może być ona, nie może! Ojciec nigdy nie był...miała męża i syna...syna w moim wieku! A może? Nie! Przestań wyobrażać sobie, że twoje życie zmierza do normalności, bo tu bujda na resorach. Strata czasu. A gdyby to była prawda? To jest nawet logiczne...przestań! I po jakiego grzyba zgodziłam się na ten szalony wyjazd? Po co mi coś, z czym nie mam nic wspólnego i co nie należy do mnie? {/i}
{b}A może to jest to, co do ciebie należy?{/b}{i}
Więcej tu zagadek niż przejrzystości. Gdyby Maria dowiedziała się jak łatwo dałam się namówić...znów bym usłyszała „jesteś nie rozsądnym, nie poważnym, lekceważącym wszelkie zasady dzieckiem ubranym w mundurek osoby dorosłej” – {/i}głos tej kobiety zabrzmiał w jej głowie - Zapomniałaś dodać, że jestem... może nie będę kończyć. Allia opadła na sofę. Jednak myśleniem można się porządnie zmęczyć. Oj można.
Chwile później ktoś zapukał do drzwi. Allia szybko się podniosła. Pukanie się powtórzyło. -Kto tam? – spytała szukając wzrokiem jakiegoś przedmiotu do ewentualnej obrony. Było to dość trudne, zważywszy, że światło w salonie było zgaszone. -Jean. -Jean? -Skleroza cię dopadła i nagle nie znasz żadnego Jeana? -Co ty tu robisz? I o tej porze? -Przyszedłem pogadać, jeśli nie jest za późno i jeśli masz chwile. -Eee... no tak. -Wpuścisz mnie do środka, czy będziemy rozmawiać przez drzwi? -Skąd mam mieć pewność, że to ty, a nie ktoś inny? W tej chwili Allia zrobiła krok do przodu. Niestety potknęła się o coś i runęła na podłogę. {i}Cholerna pufka. Po co ona tu do licha stoi?{/i} -W porządku? – spytał zmartwiony Jean słysząc jej jęk i upadek. -Jasne, że wszystko okey. -Na pewno? -Tak. Eee...zadałam ci pytanie Jean. Skąd mam mieć pewność, że to ty? -Chryste Alia! Zawsze tak sprawdzasz ludzi? -Przynajmniej o tej porze. Udowodnij mi, że ty to ty. Powiedz mi coś, co by powiedział tylko właściwy Jean, którego tak dobrze znam. -Allia nie wygłupiaj się. A jak nie trafię to mnie nie wpuścisz? -Sam sobie na to odpowiedz. -Cholera!...Eee...ta Jeanette, z którą czasem gdzieś wychodzisz...to całkiem niezła cizia. Allia podeszła do drzwi i je otworzyła. -Tylko właściwy Jean by tak o niej powiedział. Wejdziesz? -Nie, postoję tu jeszcze trochę i pozgaduję co masz w kieszeni. -Przepraszam za te środki ostrożności, ale jako kobieta, w dodatku samotna, muszę się jakoś strzec tych tłumów adoratorów. -To dlatego jesteś wciąż sama i żyjesz po ciemku? Allia szybko zapaliła światło. -Nie przeszkadzam? -Dobrze, że jesteś. Miło jest otworzyć usta do kogoś normalnego. -Czuje się zaszczycony. Nie pamiętasz już gdzie mieszkam? -Pamiętam i to dokładnie. Kawy czy herbaty? -Herbaty. Jeśli łaska. -Zaraz wracam. Zniknęła w niewielkiej i przytulnej kuchni zostawiając Jeana w salonie. -Dobrze pamiętam, że nie słodzisz, prawda? – spytała wracając z herbatą. -Tak. A ty nic nie pijesz? -W tym stanie mogłabym wypić tylko coś wysokoprocentowego. -Z tego, co ja pamiętam, sięgasz po alkohol bardziej niż rzadko, wiec...co się dzieje? -Mam zbyt wiele kwestii do przemyślenia, a naprawdę rozwiązywanie...jak brzmi to słowo po francusku?...zmasowanej ilości zagadek i problemów natury przyszłościowej nie wprawia mnie w dobry nastrój i szczerze mówiąc obecnie nie mam najmniejszej ochoty na podejmowanie życiowych decyzji, wiec, to czego chce, to nie myśleć, nie podejmować decyzji, zapomnieć...uff. -Jak na nie Francuzkę...dobrze znasz francuski. -Taa...porozumieć się porozumiem. -Byłaś już kiedyś we Francji? -Jak miałam dziesięć lat. Ale francuskiego uczyłam się dopiero na studiach. -Dobrze ci idzie. A co cię tak trapi? -To, co sam pewnie doskonale odczuwasz. -Praca. -Dokładnie. Nie mam zielonego pojęcia gdzie ewentualnie pójść. -To tak jak ja. Tylko, że ja mam znacznie mniejszy wybór. -Jak to? Przecież mamy te same możliwości. -Teoretycznie tak, ale praktycznie nie. Z punktu widzenia językowego to ty nie znasz tylko hiszpańskiego, a ze znajomością włoskiego poradziłabyś sobie tam jak już to zrobiłaś. Z resztą troczę hiszpańskiego już załapałaś. -Ty też. -Ja znam zaledwie angielski i trochę niemieckiego. Dlatego w moją rachubę wchodzi tylko Paryż albo Berlin. Nie ukrywam, że chciałbym tam pracować, ale... -Ale, co? -Jak pojadę do Berlina to zostawię we Francji rodzinę, przyjaciół i znajomych. Wówczas nasze relacje zostaną poważnie uszkodzone. A nie chcę tego. Tam byłbym sam...a co z tobą? -Ja mam to szczęście, że nie muszę liczyć się z rodziną. -Przepraszam, nie wiedziałem – Jean omylnie zrozumiał słowa Alii. -Oni żyją i zapewne mają się świetnie. Wraz z przystąpieniem do tego programu pożegnałam się z nimi na dobre. Ta praca była dla mnie jak...zbawienie, bo z dala od domu i nie zamierzam wrócić do Polski. -Ja nie mógłbym żyć z dala od ojczyzny. -Ja pewnie też. Bo widzisz, ty wiesz, że twoją ojczyzną jest Francja, a ja nie wiem, który kraj jest moją ojczyzną. Jean spojrzał na nią zdziwiony. Jak można nie wiedzieć, jaki kraj jest swoją ojczyzną? -Mój ojciec urodził się w Rosji, a matka...we Włoszech. Ja natomiast przez większość swojego życia mieszkałam w Polsce. -Więc, co? Rzym, Madryt, Berlin czy Paryż? -Berlin stanowczo nie! Nie znoszę tego języka. Madryt? Nie wiem. Muszę się jeszcze nad tym zastanowić. -Może gdzieś się spotkamy. Fajnie by było – przyznał. Jean spojrzał na zegarek. Dochodziła 22. -Już późno, będę się zbierał. -Dzięki za odwiedziny. Było miło. -Nie myśl zbyt długo o tym. Będziesz miała zmarszczki. Jean podszedł do niej by się z nią pożegnać. Ku jej zdziwieniu delikatnie dotknął dłonią jej policzka i pocałował ją w usta. Allia była zaskoczona. Jean nigdy tak się nie zachowywał. Zawsze traktował ją jako koleżankę z pracy, a nie jak...nigdy nie dał jej żadnego znaku, a może ona po prostu tego nie widziała? -Jean! – Allia odsunęła się póki nie było za późno. -Przepraszam. Nie, nie będę cię przepraszać. Nie mogłem się już powstrzymać. Już dawno powinienem ci powiedzieć, ale bałem się, że mnie odtrącisz. Kocham cię. -Jean...tobie się tylko zdaje...za parę dni każdy z nas wróci do swojej rzeczywistości i nie będzie już...ja gdzieś pojadę i ty. -A gdybyśmy pojechali razem i... -Jean! Nie. Przykro mi. -Zastanów się... -Jean! Już późno. -Do jutra. Wyszedł. -No to pięknie. Czy ktoś jeszcze pragnie dorzucić mi zmartwień? Śmiało, czekam. Nie doczekawszy się niczego poszła do łazienki i napuściła sobie wody do wanny. -To mnie odpręży. Gdy zaczęła się rozbierać ktoś zapukał do drzwi. -Czy nie mogę mieć chwili spokoju? Nie otworzyła. Pukanie się powtórzyło. Allia weszła do salonu i ujrzała siedzącego w fotelu owego nieznajomego, który przed paroma godzinami opowiedział jej dziwną historię o spadku i pewnej kobiecie. -Co pan tu robi?! Jak pan tu wszedł?! Drzwi były zamknięte na klucz! -Obserwują cię. Musisz uważać – powiedział spokojnie. -Kto mnie obserwuje? -Ludzie od DeAllocków. Spakuj się szybko i zgaś wszystkie światła. Bądź w gotowości. Nie lecę z tobą. Będę cię chronił, aż do lotniska. Pamiętaj, że...wiara to podstawa. Jeśli nie polecisz – zginiesz. Mężczyzna, który siedział na fotelu nagle znikł. Światło, które było zapalone w tym pomieszczeniu zgasło. Allia spojrzała na drzwi od łazienki. Tam światło się paliło. -Może usiądę. Allia usiadła wygodnie w fotelu i zasnęła.
Jej oczom ukazało się Kruszewo. Nie był to jednak obraz, jaki zapamiętała wyjeżdżając stamtąd. Było to Kruszewo, gdy miała dziesięć lat. Szła samotnie po środku ulicy wiedząc, co może jej grozić. Było południe i istniała możliwość, ze nadjedzie jakiś samochód i ją potrąci. Mimo to, szła dalej. Ku jej zdziwieniu nie widziała żadnego człowieka ani zwierzęcia. Była zupełnie sama, aż do chwili, gdy ujrzała tego człowieka, który był dla niej zagadką. -Zejdź z drogi – prosił –Samochód nadjeżdża, zginiesz. -Nie ufam panu. Nie ufam i już. -Mi chyba nadal ufasz – Allia usłyszała nagle głos Edyty. Spojrzała na nią. -Ufam ci – powiedziała do niej. -Więc zejdź z drogi. Proszę. Nie zmarnuj tego, co już i tak dla ciebie zrobiłam. Chcę cię ochronić. -Przed czym? -Przed złem. Na Boga Allia! Samochód już jedzie. Dziewczyna spojrzała na drogę i rzeczywiście ujrzała pędzący w jej stronę samochód. -Zejdź z drogi – prosili ją. Samochód był już tuż przed nią. Wydawało się nieuniknione, że jś potrąci. Dziewczyna powinna zejść z drogi. Jednak była zbyt przerażona, by móc wykonać jakikolwiek ruch. Niespodziewanie ktoś pociągnął ją za rękę i oboje upadli na ziemię. To był ten facet, to on ją uratował. -Nie bój się go – powiedziała Edyta – On ci pomoże, a ja będę go wspierać. Z łańcuszkiem i z nami będziesz bezpieczna. Nawet w Londynie. -Ale... -Zrób to – powiedziała Edyta i cały obraz znikł.
Część 44 / 4
Pozostało jej tylko wspomnienie po tym śnie i obraz paryskiego mieszkania. Spojrzała na zegarek. Był już najwyższy czas na spakowanie się. -Cholera, za półtorej godziny powinnam znaleźć się na lotnisku, a niczego jeszcze nie spakowałam. Przecież ja nigdy nie robiłam niczego na ostatnia chwilę. Zwłaszcza, jeśli chodziło o pakowanie się. Właściwie to nie miałam czasu się spakować. Nawet nie zamierzałam...jak jeszcze dłużej ze sobą pogadam to nie zdążę. Dosyć! Allia wreszcie się uspokoiła. -Spodnie, bluza, piżama, kosmetyki...kosmetyki są, kurtka na siebie, bo Londyn to prawie jak Alaska. Szalik, rękawiczki, czapka, T-shirty ze dwa, dokumenty, paszport, bilety, bilety...gdzie do jasnej ciasnej są bilety? Rozejrzała się po pokoju i dostrzegła je leżące na stole. -Są. Mam wszystko? {i} Obserwują mnie, czy nie? {/i} -Aparat! Gdy już spakowała się całkowicie, ostrożnie podeszła do okna. Wzrokiem zaczęła szukać czegoś podejrzanego, lecz niczego nie zauważyła. -Gdzie szpiedzy mogą się chować? Nie zamówiłam taksówki!!! Podbiegła do telefonu. Po drodze potknęła się o pufkę i runęła na podłogę. -Przeklęta pufka. Zawsze się o nią potykam. Następnie zadzwoniła po taksówkę. Gdy już to zrobiła, powiedziała na głos: -Dobra, za dwadzieścia minut wejdę w otwarte pole. Nie zbliżać się do mnie łotry, bo nie ręczę za siebie.
{b}To miało być groźne! He, he, he, he. {/b}
Taksówka przybyła o czasie. Allia wzięła plecak i wyszła z domu. Zamknęła drzwi na klucz i spokojnie zeszła po drewnianych schodach pamiętających jeszcze I wojnę światową. -Lotnisko proszę – powiedziała, gdy znalazła się już w taksówce. -Już się robi. Ładną mamy dziś noc pani Ordonow – dodał po chwili. -Nie zwróciłam na to uwa... co pan powiedział? -Że ładną mamy dziś noc, proszę pani. -Wymienił pan nazwisko. -Pani. -Czyli? -Robi pani ze mnie idiotę? Nie wie pani jak ma na nazwisko? -Chwilowo zapomniałam. Kierowca spojrzał na nią jak na jakąś idiotkę. -Ordonow, powiedziałem Ordonow. -Skąd pan mnie zna? -Po prostu. Czasami tak bywa, że usłyszy się o kimś, zobaczy się tą osobę i niekiedy się ją zapamiętuje. -To nie jest droga na lotnisko! – spostrzegła – Dokąd mnie pan wiezie? -Jak słusznie pani zauważyła nie na lotnisko. -Jakim prawem? Przecież chciałam na lotnisko. -Tak, ale pewien bardzo hojny pan w garniturze zabronił mi tego zrobić. -Czyżby? -Tak proszę pani. Nie wiadomo skąd w Allii głowie pojawiła się myśl, by nacisnąć na klamkę i wyskoczyć z samochodu. -Wysadzi mnie pan tutaj? -Chyba pani żartuje. -Jestem śmiertelnie poważna. Dziewczyna złapała swój plecak, otworzyła drzwi i wyskoczyła z pędzącego samochodu. Na szczęście ulica była pusta, a jej upadek nie był na tyle poważny w skutkach, że czym prędzej wstała zbierając wszystkie swoje siły i poszła na lotnisko. Czuła się obolała i nie miała ochoty nigdzie iść, ale to nie były już żarty. Musiała się dostać na to cholerne lotnisko. Gdy tam dotarła poczuła się trochę jak uchodźca w ambasadzie. Znaczy się bezpieczna. -Czy to oznacza, że przyciągam wszelkie nieszczęścia jak magnes? Au... Allia dopiero teraz zdała sobie na poważnie sprawę, że twarz i ramię ją bolą. Delikatnie dotknęła bolącego miejsca na twarzy. Z przerażeniem stwierdziła, że czuje tam krew. Własną krew! Poszła więc do toalety sprawdzić w lustrze jak to wygląda. Gdy spojrzała w nie, przestraszyła się. W skutek upadku mocno zdarła sobie skórę na twarzy. Od skroni do mniej więcej połowy policzka rozciągała się niesympatyczna rana, która nie wyglądała zbyt dobrze. Spojrzała jeszcze na ramię – tam nie stało się nic złego. -No to pięknie. Lecę do wymarzonego miasta i wyglądam jak...ech. Nie ruszając rany udała się do punktu medycznego. Tam dyżur pełnił pewien mężczyzna. -Dzień dobry – przywitała się wchodząc do gabinetu -Dzień dobry. -Wydaje mi się, że potrzebuję pana pomocy – pokazała mu wyraźnie jej lewy policzek. -Rany boskie! Co się pani stało? -Nic strasznego. Pomoże mi pan? -Proszę usiąść. Dziewczyna powoli usiadła na kozetce. Mężczyzna przystąpił do oczyszczania rany. -Pracuję tu już sześć lat i, szczerze mówiąc, nigdy nie spotkałem się... -Au... -...by kobieta miała tak paskudną... -Au...! -...ranę. A miałem tu przeróżne i bardzo dziwne przypadki. W zasadzie to tylko u małych chłopców widziałem coś takiego, a raczej podobnego, bo to już jest prawdziwe masterpiece! -A uwierzy pan, że ja też nie widziałam czegoś TAK wielkiego? -Tak czy siak moim obowiązkiem jest dowiedzieć się jak to się stało, bo wie pani... -Drobny wypadek, nic wielkiego – powiedziała szybko Mężczyzna przykucnął przed nią i spojrzał jej prosto w oczy. -Jest pani pewna? Może jednak ktoś...coś...no wie pani. Allia się zaśmiała. To już było dla niej komiczne. -To nie jest to, o czym pan myśli. Ja tylko wyskoczyłam z taksówki, bo kierowca wiózł mnie tam gdzie nie chciałam i w ogóle był...podejrzany. -Wyskoczyła pani z samochodu?! Allia nerwowo spojrzała na zegarek i stwierdziła, że musi już iść na samolot -Czy to wszystko, bo trochę mi się spieszy? -Jeszcze tylko opatrunek. -Świetnie. -Możemy zawiadomić policję – zasugerował, gdy tylko skończył zakładać jej opatrunek. -Nie trzeba, ale dziękuję, za pomoc również. -Proszę uważać na siebie!
Lot minął Allii spokojnie – mówiąc oczywiście tylko o bezpiecznym lądowaniu i brakiem przygód rodem z filmu sensacyjnego. Jednak jeśli chodzi o jej samopoczucie to nie można było nazwać tego lotu spokojnym. Czyli standard. Uczucia Allii związane z samym faktem lotu nigdy się nie zmieniają – strach, lęk przed katastrofą, nogi z waty, uścisk w żołądku i przerażenie w oczach. To właśnie cała Allia lecąca samolotem. W dodatku tym razem każdy pasażer płci męskiej był dla niej zagrożeniem{i} Mam nadzieję, że, jak to ze mną jest na porządku dziennym, tylko sobie coś ubzdurałam i nikt nie chce mnie zabić. O Boże, zabić – {/i}pomyślała.
Jeszcze podczas lotu uwagę Allii przyciągnął pewien mężczyzna, w wieku może 60 lat, ubrany w staroświecką brązową marynarkę, niebieskie dżinsy, a na głowie miał przedwojenny kapelusz. Miał ze sobą skórzany neseser, drewniana laskę, a jakby tego było mało, miał długie i zawijane wąsy oraz czerwone okulary! Tylko dlaczego wydał się jej taki znajomy? Gdy tylko znalazła się w murach lotniska Heathrow doznała szoku i nie była w stanie się poruszyć. Widząc, mało powiedziane, ogromne lotnisko, tysiące przewijających się tuż obok niej ludzi, porządnie spanikowała. Tylko, że to trochę dziwne. Już tyle razy latała samolotami, bywała na przeróżnych lotniskach – tych mniejszych i ogromnych – i nigdy nie zachowywała się jak na owym. {i}To nie w moim stylu, ja fiksuję i bardzo mi się to nie podoba. {/i} Łatwo można się domyśleć, że Allia stała się przeszkodą na drodze i co jakiś czas ktoś po prostu wpadał na nią i zaczął wyklinać. Z wyjątkiem pewnego pana. -Proszę nie tamować ruchu, bo ludzie panią zdepczą – Allia usłyszała czyjś przyjazny, męski głos tuż za sobą. Spojrzawszy na tą osobę Allia aż odskoczyła w bok. To był tan dziwak z samolotu. -Zapewne szuka pani wyjścia. Pomogę. Była mu wdzięczna za tą ofertę i z chęcią się zgodziła. Ku jej zdziwieniu mężczyzna mówił o sobie jak najęty. Może to i dobrze. Nieznajomy wyraźnie się spieszył. A może przeczuwał, że i ona się spieszy? -Jesteśmy – powiedział, gdy znaleźli się rzeczywiście poza budynkiem lotniska – Miło się z panią gawędziło. Powodzenia i odwagi – po czym zniknął wśród tłumu ludzi. Allia szybko oprzytomniała. Spojrzała na zegarek i stwierdziła z lekką trwoga, że za godzinę rozpocznie się zebranie. Pospiesznie złapała taksówkę. -Jak szybko dojedzie pan w to miejsce? – spytała pokazawszy mu wcześniej kartkę z adresem. -Przy dzisiejszym ruchu...półtorej godziny. -A co pan na to jakbyśmy dotarli tam wcześniej? -Jak bardzo? -Pół godziny. -Chce pani tam dojechać w godzinę? -Dokładnie. -Hmm...wówczas ja na to, że jest pani szalona. Lubię szalone – dodał po chwili – Proszę zapiąć pasy i odmówić pacierz. -Jedźmy już! Taksówkarz pomknął naprawdę szybko. Miała szczęście, że trafiła akurat na niego. Dokładnie 55 minut później znaleźli się tuż przed owym budynkiem. -Jesteśmy na miejscu – odparł z dumą – Chłopaki mi nie uwierzą. Ha! -Super. Dzięki wielkie. Zapłaciła mu i pobiegła do budynku. -Gdzie znajdę George`a Lutta? – spytała zaspana recepcjonistkę. -Trzynaste piętro, pokój 639... Allia nie zaczekała co kobieta chciała jeszcze powiedzieć, tylko pomknęła w stronę windy, która już się powoli zamykała. -Stop! – wrzasnęła. Mężczyzna w windzie zatrzymał ją, by Allia mogła do niej wejść. -Dziękuję – powiedziała zasapana. -Które? -Trzynaste! -Bardzo proszę. Winda ruszyła, a Allia zaczęła się niecierpliwić. Każda sekunda wydawała się jej wiecznością, zwłaszcza, że już miała dziesięć minut spóźnienia. -Bardzo się pani denerwuje. -Bo strasznie się spieszę. Nawet bardzo. Właściwie jestem już spóźniona. -Trzeba było wyjść wcześniej z domu. Allia spojrzała na niego jak na idiotę. -Wyszłam z domu o trzeciej rano. Winda zatrzymała się. -Trzynaste- oznajmił mężczyzna. Alia wyleciała stamtąd jak z procy. Biegnąc po długim korytarzu raz się przewróciła, lecz szybko się podniosła. -Pokój 639, 639...jest! Wparowała do środka i zastała tam sekretarkę. -Pan George ma teraz bardzo ważne spotkanie i nie może pani tam teraz wejść – oznajmiła jej. -Zapewne sprawa z testamentem Sally DeAllock. -Dokładnie, dlatego... -Ja właśnie w tej sprawie.
W tym samym czasie George Lutt zapewniał rodzinę DeAllock, że ostatni spadkobierca ma dziś przybyć. -Dostałem pewną wiadomość, że pani Ordonow wyruszyła do Londynu i będzie tu na pewno. -A jeśli nie? W tym właśnie momencie drzwi się otworzyły, a zebranym ukazała się postać zdyszanej kobiety z opatrunkiem na twarzy. Tuż za nią weszła sekretarka. -Próbowałam ją zatrzymać, ale nie dałam rady. Ja naprawdę się starałam, by... -Już dobrze. Możesz odejść Alex – po czym zwrócił się do Allii – Proszę wybaczyć, ale odbywa się tu ważne zebranie w pewnej sprawie. -W sprawie spadku po Sally DeAllock. -Tak, wiec czy mogłaby pani... -I zapewne brakuje tu ostatniego spadkobiercy. Zebrani spojrzeli na nią uważniej. -Dokładnie pani... -...Allii Ordonow – dokończyła – To ja. Słowa wypowiedziane przez nią wywołały podobny efekt jak uderzenie gromu z jasnego nieba lub strata całego majątku na giełdzie. Nikt nie miał ani grama odwagi by wypowiedzieć choć jedno słowo lub nawet drgnąć. -Nazywam się Allia Ordonow i...przepraszam za zwłokę. Dopiero niedawno dowiedziałam się o spadku. Dokładnie to wczoraj wieczorem. Przybyłam tu najszybciej jak to tylko było możliwe. -Nie wiadomo, czy nie przybyłaś na marne – odezwał się otyły mężczyzna z papierosem w ustach. -Jeżeli udowodni, że jest spadkobierczynią to nie ma żadnych przeszkód – oznajmił George. -A ja widzę przeszkodę – ciągnął dalej otyły mężczyzna. -Dziś o północy upływa wyznaczony termin, a kobieta się odnalazła. Ma pani jakiś dokument potwierdzający pani tożsamość? Allia wyciągnęła swój dowód osobisty i chciała go podać mężczyźnie, lecz otyły pan zagrodził jej drogę. -Nie oddasz mu go. -Nie? -Nie-powiedziała kobieta w futrze stając obok niego. George nie czekał na dalszy przebieg wydarzeń. Wstał i spojrzał na dowód Allii. -Zgadza się. Allia Ordonow, urodzona 1 czerwca. Gdy tylko George potwierdził jej tożsamość, rudowłosy młody mężczyzna wstał i podał jej rękę. -Jestem Rees, jeden ze spadkobierców. -Miło mi. Allia ściągnęła kurtkę oraz szalik i powiesiła te rzeczy na specjalnym wieszaku. Następnie Rees odsunął jej krzesło by usiadła. Szczerze mówiąc, to tym gentelmenskim gestem, wprawił ją w lekkie zakłopotanie, lecz szybko się opamiętała i usiadła. Rodzina Sally przez cały ten czas przeszywała ją wzrokiem, jakby chcieli ją udusić. -Tak, więc wszystko dobrze się skończyło. Spadkobiercy są w komplecie... -Ale czy każdy z nich chce przyjąć spadek i zgadza się na warunki? – zagadnęła kobieta. -My już zadeklarowaliśmy, że zgadzamy się na warunki postawione przez Sally – powiedział Rees pewnym tonem. -Przepraszam – Allia zabrała niepewnie głos – Moglibyście mówić trochę wolniej i jaśniej? Mówicie tak szybko, że nie rozumiem wszystkiego. -Wspaniale! – młody mężczyzna siedzący obok kobiety w futrze zerwał się z miejsca – Nie dość, że Sally zapisała cały swój majątek ludziom spotkanym na ulicy to w dodatku nieukom i niedojdom. -Proszę o spokój – wtrącił się George -Oszalała! – krzyknął otyły mężczyzna po czym zwrócił się do Alii -Jak ją przekonałaś by umieściła cię w testamencie? Jak ją przekupiłaś? Jak zmusiłaś? -Nie zrobiłam zupełnie nic. Nawet jej nie znałam – odpowiedziała spokojnie. -Nie znasz jej? To jakim cudem...? -A mówiłem, że pozostawiła spadek ludziom z ulicy? Nie zna jej, ma problemy z angielskim. Kiedy zwiałaś ze szkoły? Mając dziewięć lat? A może chciałabyś się w końcu porządnie umyć, albo... no wiesz. Cierpliwość Allii była już przy odprawie paszportowej. W momencie, gdy oddadzą jej paszport nie wytrzyma i wybuchnie. Po prostu nie wytrzyma! -Mogłabyś się już porządnie ubrać skoro szłaś do ludzi. Widać, że jesteś biedaczką, zwykłą prostaczką i... -Dosyć! – wrzasnęła Allia podnosząc się z krzesła – Dosyć. Nie pozwolę wam dłużej obrażać mnie bezkarnie. Jesteście ohydni i...{i}jak to będzie po angielsku?{/i}...nieczuli. Niedobrze mi jak na was patrzę i jak was słucham. Pogadajmy w moim narodowym języku {i}Jakikolwiek on jest{/i}to pokaże wam kto tu jest nieukiem – Allia skierowała swój wzrok na kobietę – Nie ubieram się tak szykownie jak ty, ponieważ nie jestem tak chciwą i wstrętną damulką jak ty. Sama na siebie zarabiam uczciwą oraz sumienną pracą i nie wstydzę się tego, że nie stać mnie na markowe ciuchy. I wiesz co? Jestem zadowolona, że nie mogę wydawać pieniędzy na prawo i lewo. Pieniądze szczęścia nie dają, a skromne życie uczy! Uczy jak szanować to, co się ma, co się zdobyło. Uczy szanować pracę innych. -To nie umiesz zadbać o swój wygląd? Wyglądasz jak osiem nieszczęść. {i} Zaraz, zaraz. Przecież przysłowiowych nieszczęść jest siedem. {/i} -Gdybym zobaczyła cię po dwudziestu ośmiu godzinach bez snu, bez makijażu i po przejściach, bałabym się zasnąć. -Oooo! – kobieta wrzasnęła z bólem. -Jesteś niewychowana – oburzył się otyły mężczyzna tuląc do siebie żonę. -A wy niby jesteście dobrze wychowani? Śmiechu warte. -Allia siadaj – błagał Rees – Już wystarczy. -Nie radzę obrażać mnie ponownie. Nie boję się mówić tego, co myślę. Nawet mnie nie znacie, a już od razu oceniacie. -Allia... -Już siadam. George wziął głęboki oddech. -Zostałaś poinformowana o warunkach przyjęcia spadku i co wchodzi w jego skład? -Wiem bardzo mało, prawie, że nic. -Sally zostawiła wam swoje mieszkanie i cały dobytek, dobrze prosperującą restaurację oraz konto w banku. Ty masz jeszcze otrzymać…