Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Przyjaźń · 23 min czytania

Jarnołtówek 2005

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

17.05.05, wtorek

W odległym Kędzierzynie-Koźlu, wśród spalin samochodowych i kurzu, pod sklepieniem nieba stale pokrytego szarością chmur i prawie bez przerwy moczonym przez deszcz - stała sobie Publiczna Szkoła Podstawowa nr 19. Jedną z jej klas była piąta "c" (nie była to wcale byle jaka klasa!). Dnia 17.05.05 klasa ta wyjechała na zieloną szkołę do Jarnołtówka (ok. 60 km od Kędzierzyna-Koźla). Podróż minęła bardzo wesoło. Wszyscy żartowali, śmiali się, opowiadali sobie kawały, plotkowali i chrupali różne przekąski, w które zaopatrzyli się przedtem, by umilić sobie dwie godziny nudnej jazdy – która nie okazała się wcale nudna. Około godz. 11 dojechaliśmy na miejsce. „Leśnik” wyglądał jak Biały Dom. Niestety zostaliśmy przeprowadzeni do mniejszej części ośrodka, już nie tak łudząco podobnej do domu George’a Busha. Tam wprowadziliśmy się do pokoi. Wszyscy mieli około 45 minut, żeby się rozpakować i oswoić z nowym „domem”. Następnie, aż do obiadu, spędzaliśmy czas na świeżym powietrzu. Huśtaliśmy się na wielkiej huśtawce, śpiewaliśmy piosenki i sprawdzaliśmy zasięg w komórkach. Kiszki grały nam marsza, więc wszyscy po wejściu do stołówki, jak jeden mąż, zawołali: „Nareszcie!!!” na widok obiadu. Uraczono nas zupą pomidorową, a na drugie danie – kotletem schabowym, kapustką i ziemniakami z zieleniną. Kiedy wreszcie Michasia przełknęła ostatni kęs, wybiegliśmy (nie dbając o takie szczegóły, jak ustawianie się w pary) ze stołówki, udając się do swoich pokoi. Tam, kuszeni przez niedobrego diabełka, zamiast słuchać pani i siedzieć grzecznie w naszych gniazdkach – wariowaliśmy jak szaleni po korytarzu, odznaczając się „małpim rozumem”, jak to pięknie ujęła pani Cekiera. Może dlatego, że panie miały tego dość, a może po prostu dla zdrowia – nie wiem – w każdym razie opuściliśmy „Leśnika” by odetchnąć świeżym (nie skażonym spalinami samochodowymi ani kurzem), górskim powietrzem i dostać się do miasta (składającego się głównie z jednej pizzerii). Tam, po zatrzymaniu się na dłuższy czas w owej pizzerii i po spożyciu pysznej (zdaniem niektórych...) Margeritty, udaliśmy się do małego kiosku, w celu zakupu pocztówek z widokami pięknego Jarnołtówka. I mogliśmy z czystym sumieniem wrócić do ośrodka. Przed kolacją (na którą składały się kanapki z serem i pomidorem) zdążyliśmy jeszcze załatwić parę bardzo osobistych spraw. Natomiast po kolacji rozpętało się prawdziwe piekło: wszyscy chłopcy (z Szymonem S. i Sz., Patrykiem, Olkiem, Damianem, Robertem, Bartkiem, Danielem i Tomkiem na czele) z krzykiem prawdziwej paniki na ustach oraz wyrazem przerażenia na twarzach – biegali po korytarzu i pukali do drzwi pokoi dziewczyn, wyjaśniając powód swojego zachowania i proponując nam temat (całkiem niezły, swoją drogą) wieczornych ploteczek: włamywacze są wśród nas. Damian opowiadał każdemu, kto zechciał go słuchać, że słyszał skrzypienie na schodach, podczas gdy Diana przysięgała, że słyszała dziwny syk w pustej łazience. Sprawy oficjalnie nie wyjaśniono, za to zrobiono to nieoficjalnie; po ostrzeżeniu pani Zamory, informującym, że jeśli zaraz nie znajdziemy się w swoich pokojach - otrzymamy punkty karne, po odbyciu wielu skomplikowanych narad, w których dominował bas Damiana („Ale kto wyłamał tą klamkę na parterze?!”) i alt Olka („Ludzie! To jakieś wariactwo!”), po wyśmianiu wszystkich panikarzy i panikarek – każdy (no, ja myślę) był przekonany, że alt Olka wyraża najsensowniejszą treść. Cała „rozruba” skończyła się pod hasłem: „Ludzie! To jakieś wariactwo!”. Tak właśnie minął pierwszy wieczór, a co za tym idzie – pierwszy dzień na zielonej szkole.

18.05.05, środa

Pierwszy ranek minął jak każdy zwykły, normalny ranek. Każdy musiał każdego odwiedzić, coś schrupać, pośmiać się, popłakać. Każdemu jednak jakimś cudem (ale jakim – nikt nie wiedział) udało się wytrzymać do śniadania. Nasze żołądki wrzasnęły z radości, widząc świeży chleb, masło, twarożek i pomidory. Po zaspokojeniu pierwszego głodu udaliśmy się do pokoju – każdy do swojego – by doprowadzić nasze „mieszkanka” do stanu używalności – posprzątać – w obawie przed komisją czystości. Każdy pokój w napięciu oczekiwał pani Cekiery i Zamory, które miały pełnić rolę owej komisji, gorączkowo wygładzając pościel złożoną w idealnie równą kosteczkę na łóżku, robiąc jaką-taką ogładę na stoliku i zbierając papierki z podłogi. Kiedy już wszyscy otrzymali zasłużone plusy lub – co się zdarzało nierzadko... – minusy, to ci, którym nie chciało się tego robić wcześniej, zabrali się za malowanie loga na konkurs. A następnie wybraliśmy się na małą wycieczkę do Parku Krajobrazowego. Podziwialiśmy wypchane borsuki, łasice, wiewiórki i gronostaje, sowy, zimorodki, sójki i kaczki, słuchaliśmy opowieści o zagrożonych gatunkach zwierząt i roślin. Na zakończenie oglądaliśmy arcyciekawe filmy o owadach i ptakach, po czym mogliśmy wreszcie się pożegnać i powrócić do „Leśnika” na coś, na co wszyscy czekali – obiad!!! Ziemniaki z mięsem mielonym i buraczkami wyglądały naprawdę apetycznie, a smakowały tak samo. Po sycącym obiadku zostaliśmy poddani okropnym męczarniom: musieliśmy wykonać wiele skomplikowanych ćwiczeń z języka polskiego. Trochę trwało, zanim udało nam się z nimi uporać, a kiedy w końcu to nastąpiło – udaliśmy się na pocztę. Klasa 5c wędrowała niestrudzenie całymi godzinami, moknąc w bezlitosnej ulewie, jaka raczyła posłużyć nam za karę za wszystkie popełnione grzechy, zanim udało się jej osiągnąć cel i powrócić do ośrodka. Tam, nie słuchając pani Cekiery, która nakazywała moczyć stopy w gorącej wodzie – powróciliśmy do swoich spraw, które przerwał nam ten okropny spacer (może dlatego nazajutrz wszyscy byli chorzy...). Cały okres czasu do kolacji minął nam w nerwowej atmosferze. Magda i Monika ni stąd, ni zowąd zapragnęły wracać do domu (do kurzu i spalin! Kto by chciał tam wracać?!). Magda, po zażyciu cudownego, zbawczego, odświeżającego prysznica – ostatecznie zrezygnowała ze swojego niedorzecznego pomysłu. Gorzej było z Moniką, która, cała we łzach, upierała się przy swojej decyzji i pakując się nie chciała słuchać, że podjęłyśmy ją za nią. Jej sprawa ciągnęła się jeszcze jakiś czas po kolacji (spaghetti, chleb, masło, pomidory), kiedy to odbyło się wielkie telefonowanie. Ostatecznie Monika została w Jarnołtówku (nie ma to jak dobre koleżanki, zdolne do wszystkiego, byleby tylko powstrzymać ją od popełnienia największej głupoty, którą mogła popełnić w ciągu całej zielonej szkoły, i całkiem możliwe, że by ją popełniła, gdyby Diana nie zabrała jej walizki, a Michasia – plecaka), o czym dowiedział się cały ośrodek, kiedy to mieszkanki pokoju 12 powróciły do niego po odbyciu długiej rozmowy telefonicznej (w której to okazało się, że nie ma nikogo, kto mógłby przywieźć Monikę do Kędzierzyna), wykrzykując z radością: „Carpe diem!!!”

19.05.05, czwartek

Kiedy już Maja, z pomocą swoich skrzypiec, zafundowała wszystkim (oprócz Michasi, która spała jak zabita) pobudkę i kiedy wreszcie doczekaliśmy się zapełnienia żołądków kanapkami z serkiem topionym i pomidorami – po raz drugi zostaliśmy poddani torturom, tyle że znacznie większym. Musieliśmy wykonać 6 stron ćwiczeń z j. polskiego i 4 z matematyki. Ledwie postawiliśmy ostatnią kropkę nad i – bez chwili wytchnienia, z zachrypniętymi głosami, zostaliśmy zmuszeni do odśpiewania kilku piosenek przy akompaniamencie gitary pani Zamory. Po prześpiewaniu pięciu starych i czterech nowych czekał nas sprawdzian z przyrody, przygotowany przez panią Cekierę dla uczniów klas czwartych (kochana, chciała ułatwić nam życie). Aby odetchnąć po wykonaniu tych ok. dwudziestu zadań o różnym stopniu trudności i aby skorzystać ze słonecznej pogody która nastąpiła po dwóch dniach ciągłego deszczu – wybraliśmy się na plac zabaw, w celu rozruszania naszej ulubionej, prześlicznej huśtawki, stojącej nieopodal krystalicznie czystej rzeczki. Zajęło nam to bite pół godziny, po czym miało miejsce najważniejsze wydarzenie dnia w opinii Szymona Szwedzińskiego: zupa jarzynowa, ziemniaki z zieleniną, mięso wieprzowe duszone, mizeria i kompot – wszystko to podane na talerzu w postaci obiadu. Kiedy już się nasyciliśmy, otrzymaliśmy chwilę czasu na takie rzeczy, jak zatelefonowanie do rodziców (od kiedy rodzice Damiana pracują na policji...?) i znów czekała nas wycieczka. Tym razem na Olszak - 453m.n.p.m., na którego zachodnim stoku położone jest Żabie Oczko (na zdjęciu), osłonięte całkowicie rzęsą wodną (o której będziemy się niedługo uczyć na przyrodzie, jeśli wierzyć zapewnieniom pani Cekiery). Wróciliśmy na chwilę do ośrodka, by napełnić żołądki parówkami i kanapkami z ogórkiem kiszonym. Po kolacji, aby odpocząć, wyszliśmy znów na dwór, do naszego ukochanego ogródka. I znów poszła w ruch huśtawka. Niestety, na początku to nie my na niej siedziałyśmy. To Monika, Sandra, Karolina i Kasia, mieszkanki Jarnołtówka. Wkrótce ja, najodważniejsza z nas wszystkich (), jako przedstawicielka delegacji dziewczyn, nawiązałam z nimi kontakt. Po niedługim czasie każda każdą znała; wtedy właśnie zaczęłyśmy się z nimi kolegować. Nikomu nie było spieszno do zbiórki, ale w końcu musiała nastąpić. Wróciliśmy do budynku, wzięliśmy śpiewniki i zeszliśmy na dół, do świetlicy. Tam odśpiewaliśmy nasze stare piosenki + jedną nową, po czym przygotowałyśmy (dziewczyny) teleturniej „Randka w ciemno”, składającego się z trzech odcinków, w których kandydat Patryk wybrał mnie (i wolą prowadzącej Mai otrzymał w nagrodę Szymona Szwedzińskiego), kandydatka Maja – Szymona Sahsa, a kandydat Tomek – Maję (czy to jej urok? Może to Maybeline? A może po prostu pieczone buraczki?). Nagrodą (dla wszystkich par oprócz pierwszej) miał być (ale nie był...) taniec. Po skończonej zabawie dziewczyny z pokoju nr 12 długo jeszcze zdradzały sobie pewne sekrety o pewnych chłopaku, potajemnie wymykały się z pokoju i „wymiotowały miłością”. Długo trwało, nim wreszcie poszły spać.

20.05.05, piątek

Obudziliśmy się tego poranka w bardzo złym nastroju. Po deszczowym spacerze Damian prawie nie mógł mówić, Magda twierdziła (jakże niesłusznie!), że jutro pojedzie do domu, a cała reszta mówiła okropną chrypą. Śniadanie przesunięto na 7:15. Po zjedzeniu kanapek z dżemem, ogórkiem konserwowym i szynką, wybraliśmy się do miasta. Musieliśmy znaleźć jakąś dużą salę gimnastyczną. Z pomocą tubylców jakoś nam się to udało. Po przybyciu na miejsce okazało się, że trafiliśmy na III edycję konkursu plastycznego pod hasłem: „Mój ojciec – wilk, matka – Ziemia”. Gdy już obejrzeliśmy prace uczniów szkół podstawowych z całego woj. opolskiego, wysłuchaliśmy przemówienia pewnej uśmiechniętej blondynki oraz ciekawie przygotowanego teatrzyka – opuściliśmy salę, kierując się do lasu, który okazał się kolejną górą. Przewodnik zatrzymywał wycieczkę co jakiś czas, wtrącając coś ciekawego o danej roślinie, albo opowiadał nam historię rezerwatu przyrody. Wspinaliśmy się po wąskim i prawie pionowym stoku, aż do Piekiełka. Była to malutka dolinka otoczona zewsząd małymi skałkami. Następnie wspięliśmy się jeszcze wyżej i dalej, dochodząc do kolejnej góry. Długo to trwało, ale w końcu las się rozrzedził i naszym oczom ukazała się szeroka dróżka asfaltowa. Zaprowadziła nas do Pokrzywnej. Wszyscy zgodnie krzyknęli z radością i z ulgą, gdy zobaczyli nasz ulubiony sklepik na skrzyżowaniu Pokrzywnej z Jarnołtówkiem. Wstąpiliśmy do

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Jarnołtówek 2005 — czytnik · opowiadania