Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Horror · 38 min czytania

Jaskinia

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

0

Wiesz co? Nie wiem, co mnie podkusiło, żeby zacząć tę opowieść. Może lepiej byłoby, gdybym zamiast zwierzać się obcym ludziom (przepraszam, ża tak Cię nazywam, ale, niestety, nie znamy się) wziął się za jedno z wielu zajęć, jakie jeszcze powinienem wykonać przed końcem wakacji. Poczułem jednak silną potrzebę, żeby to zrobić. Taką potrzebę, która będzie Cię gnębić, aż wreszcie wykonasz, to, o czym myślisz (możliwe, że wiesz o co mi chodzi). A może to ta opowieść tak bardzo chciała wydostać się z mojej głowy. Gnieździła się, rosła niczym dziecko w łonie matki i wreszcie nadszedł jej dziewiąty miesiąc i, chcąc, nie chcąc, musiałem ją z siebie wyrzucić. Może właśnie dlatego ujrzała światło dzienne. W takim razie, jeśli nie przypadnie Ci do gustu, to trudno. Ja po prostu musiałem ją opowiedzieć. Już zaczynam czuć ulgę, a gdy skończę, mam nadzieję, że będę czuł się choć odrobinę „lżejszy”. Aha, żebym nie zapomniał – bardzo się cieszę, że zgodziłeś się wysłuchać tego, co mam do powiedzenia (oczywiście, jeśli nie zrezygnujesz po tym niezbyt literackim początku). Przy okazji, przepraszam, że zwracam się do Ciebie tak bezpośrednio, ale, po prostu, ja zawsze taki byłem. Mam nadzieję, że nie będziesz miał mi tego za złe. W każdym bądź razie, skoro już wziąłem się za opowiadanie, to lepiej skończę ten przydługi wstęp, bo rzeczywiście Cię zniechęcę. Przejdę więc do rzeczy.

I

A więc… Nie, nie mogę zacząć tej opowieści od „A więc”. Spróbuję inaczej – jeśli masz to wątpliwe szczęście i mieszkasz, lub mieszkałeś w małym miasteczku zwanym Little Seshow, bardzo możliwe, że słyszałeś o Tomie Gray’u, dla przyjaciół „Paluch”. Jeśli jednak nie byłeś nigdy w wymienionej wyżej mieścinie, to nie sądze, żebyś wiedział cokolwiek o Paluchu. Nie był to przecież żaden gwiazdor czy polityk, o którym rozpisywałyby się gazety i trąbiła telewizja. Mimo tego, myślę, że warto byłoby powiedzieć (masz rację – raczej napisać) kilka słów o nim, trzech innych chłopakach (z których jednym byłem ja) i naszej wyprawie. Zacząłem od Toma, bo właściwie to on był przyczyną, dla której tamtego dnia wyruszyliśmy w drogę. Miał wtedy, podobnie jak reszta naszej paczki, 13 lat. Mam nadzieję, że nie dziwi Cię to, że piszę o dzieciaku. Właściwie, ja (i Ty prawdopodobnie też) w tym wieku myślałem, że jestem wielce dorosły i pozjadałem wszystkie rozumy. Dopiero czas zmienia nasze myślenie – w szkole życia większość z nas musi powtarzać klasy, brać korepetycje i podchodzić do egzaminów poprawkowych. Tom, mając swoje 13 lat, jeszcze o tym nie wiedział. Zdawał sobie natomiast sprawę z tego, że przeżył więcej niż wielu starszych od niego nastolatków. Choćby ta jego ksywa – Paluch – wiesz skąd się wzięła? Głupie pytanie – skąd mógłbyś wiedzieć. No więc powiem Ci, jednak, zachowaj to w tajemnicy – plotkowanie nie jest zbyt chlubnym uczynkiem. Tom, jak każdy, miał swoje problemy. Największym z nich był jego ojciec – zatwardziały pijak (lub alkoholik, jeśli chcemy być poprawni politycznie). Ten właśnie ojciec, właściciel warsztatu samochodowego nie znosił nieposłuszeństwa. W połączeniu z buntowniczą naturą Palucha była to mieszanka wybuchowa. Któregoś stycznia (albo lutego – choćby mnie zarzynali, nie mogę sobie dokładnie przypomnieć), gdy Tom miał 11 lat sprowokował czymś ojca. Ten zaczął na niego krzyczeć, machać nożem, którym coś tam majstrował. Jako, że był zły i pijany, przesadził i, nie umiem opisać tego bardziej subtelnie, odciął synowi małego palca u lewej ręki. Pogotowie usłyszało oczywiście, że był to tragiczny wypadek, ale ludzie wiedzieli swoje. Zawsze zastanawiało mnie, skąd ta lokalna opinia publiczna czerpie informacje, często tak trafne. Fakt faktem – Tommy został ochrzczony nową ksywą. Jednak mało kto zwracał się tak do niego osobiście – był on wysokim i umięśnionym jak na swój wiek chłopakiem. Za plecami – owszem – ale, gdy Tom przechodził obok, tylko nieliczni nie bali się tak do niego zwrócić. Muszę w tym miejscu pochwalić się, że byłem jedną z tych osób. Razem z Tomem i dwoma innymi chłopakami, tworzyliśmy bowiem zgraną paczkę. Po prostu byliśmy przyjaciółmi – znaliśmy się dobrych kilka lat i przeżyliśmy wspólnie niejedną przygodę. Tak – z Tomem rzadko można się było nudzić…

II

- Chodźże wreszcie, gamoniu – krzyknął niecierpliwie Paluch. Odpowiedziałem mu w klasycznym stylu: - Stul japę kefirze! – wybuchnęliśmy radnosnym śmiechem. Tym zdrowym śmiechem, którego nam ubywa, gdy dorastamy. - Serio, ruszmy tyłki, po co tracić czas na pierdoły. Paul i Mike pewnie są już w bazie. Tak, baza… Stanowił ją nieduży domek na drzewie. Był niezbyt ładny, w trakcie deszczu przemakał i trochę w nim śmierdziało – do dziś nie umiem wyobrazić sobie, czym dokładnie. Jednak wtedy to było coś. Nie każdy mógł pochwalić się w miarę bezpieczną siedzibą. Choć w zasadzie domek był mój – odziedziczyłem go po starszym bracie – myślę, że najbardziej cieszył się z niego Paluch. Ilekroć ojciec go wkurzał (żeby nie skłamać, zdarzało się to od pięciu do siedmiu razy w tygodniu) ukrywał się tam. Przeważnie towarzyszył mu któryś z nas, ale czasem był tam sam. Możliwe, że rozmyślał, jak wyrwać się z tego bagna – zostawić tak zwany dom, ojca, nikłe wspomnienia o matce, która umarła zbyt dawno, by ją dokładniej pamiętał. Myślę, że zdawał sobie sprawę z faktu, że najlepszym sposobem na nowe życie jest nauka. Niestety akurat zdobywanie wiedzy nie szło mu najlepiej. Nie dziw mu się jednak – jak na takie warunki i tak szło mu nieźle – jeśli już musiał zdawać z jakiegoś przedmiotu, to najwyżej z matematyki i to nie w każdej klasie. Ale tamtego dnia Tom o tym nie myślał – był bowiem środek lipca i mieliśmy upragnione wakacje, z których korzystaliśmy w pełni. Gdy w końcu weszliśmy do bazy, Paul i Mike rzeczywiście już tam byli. Paul niecierpliwie tasował karty – najpierw mielismy zagrać w pokera na kapsle (z naszymi kilkoma drobniakami gra trwałaby zbyt krótko, a w ten sposób mogliśmy zająć sobie nawet półtorej godziny). To był początek codziennego rytuału naszej paczki. Potem rozmawialiśmy, przeglądaliśmy świerszczyki, schowane w tajemnej kryjówce albo krztusiliśmy się, próbując zaciągnąć się papierosem, jeśli komuś udało się go zwędzić. - To co w końcu będziemy robić? – zapytał Mike pod koniec rozgrywki. Choć wakacje nie tak dawno się zaczęły, już zaczynało nam brakować pomysłów na ich spędzenie. Pisząc „nam” miałem na myśli siebie, Paula i Mike’a. Paluch rzadko nie miał pomysłu na spędzenie czasu. Musiał być kreatywny. Alternatywą była dla niego przecież tylko kolejna awantura w domu, kolejny siniak, albo podbite oko. - Zabawimy się w poszukiwaczy skarbów – rzucił jakby od niechcenia. Mieliśmy na końcach języków hasła w stylu „To dla dzieciaków”, ale on od razu zaczął tłumaczyć – Nie chodzi mi o zwykłą zabawę. Przechodziłem ostatnio przez nieogrodzone pole starego Sharpa. Nie spieszyło mi się nigdzie, więc błąkałem się tu i tam. W najbardziej wysuniętym na północ skrawku pola dostrzegłem pagórek z jednej strony przysypany kamieniami. Zacząłem je odgrzebywać. Choć nie udało mi się przerzucić wszystkich, wygrzebałem małą szparę, z której dało się poczuć chłodne powietrze. Myślę, że może to być stare wejście do jakiejś zapomnianej jaskini, albo coś w tym stylu. Myślę, że koniecznie musimy to sprawdzić. Wszyscy trzej patrzyliśmy z niedowierzaniem – żaden z nas nie słyszał o żadnej jaskini w najbliższej okolicy. - Nie uważasz, że to głupi pomysł, Tommy? – spytał Paul. - Już masz cykora? Jeszcze nawet nie wyszliśmy z bazy – odburknął Paluch. - Myślę, że to dobry pomysł, ale nie ma szans, żebyśmy poszli tam dziś. Najpierw trzeba przyszykować latarki, trochę żarcia, i zbajerować starych – zauważyłem. Rzeczywiście, musiałem wymyślić jakąś historyjkę z wyprawą i biwakiem, podobnie Mike. Tom zdecydowanie nie miał się czym martwić – jego ukochany tatuś miał głęboko w nosie to, gdzie jest jego syn, byle nie przeszkadzał mu w piciu. Rodzice Paula z kolei preferowali bezstresową metodę wychowania, więc jego całodniowa nieobecność także nie była zbyt dużym problemem. - No to ustalone. Zbieramy się jutro o świcie w bazie – zakomenderował Paluch. Nie żeby był szefem (w naszej paczce nie było szefa), ale powiedział to w ten sposób, że wszyscy stwierdziliśmy, że lepiej zaakcepotwać jego warunki. Miał po prostu wygląd kogoś, kogo wypada słuchać, jeśli wiesz, co mam na myśli. Zgodziliśmy się więc z decyzją Toma i zadecydowaliśmy, kto co przygotuje. Ustalenia te zabrały nam tyle czasu, że, gdy skończyliśmy, akurat nadeszła pora rozstania. Każdy z nas poszedł więc w swoją stronę, podekscytowany wydarzeniami, które miały nadejść, gdy Księżyc znów schowa się, by ustąpić miejsca światłu dnia.

III

- Możemy ruszać? Macie wszystko? – zapytał na wejście podekscytowany Paluch. Każdy skwapliwie przytaknął. Byliśmy więc gotowi do wyjścia. Słońce dopiero chwilę temu zdecydowało się rozpocząć swoją codzienną wędrówkę po niebie, ale żaden z nas nie był zaspany. Wszyscy czuliśmy, że to będzie coś niezwykłego. Oczywiście, trzeba zaznaczyć, że nie chodzi o coś istotnego dla świata – nie mieliśmy przecież odnaleźć śladów starożytnej kultury czy odkryć nowego leku. Ale dla nas ta wyprawa miała być jednym z najważniejszych wydarzeń w naszych krótkich życiach. Myślę, że zdajesz sobie sprawę, jak to jest z dziećmi. Nawet błahe sprawy mogą dla nich być sprawą życia i śmierci. Tak więc wyruszyliśmy. Nie będę Ci opisywał samej drogi do miejsca, o którym mówił Tom, bo, po pierwsze, minęła ona szybko, a, po drugie, późniejsze wydarzenia wpłynęły na moją pamięć – właściwie sam już nie wiem zbyt dokładnie, które z moich wspomnień są rzeczywiste, a które stanowią jedynie wypaczony obraz sytuacji, jaka miała miejsce owego ciepłego letniego dnia. Już z daleka dostrzegliśmy kamienie, które miały strzec wejścia do zapomnianej jaskini. Była ich dość pokaźna sterta, jednak Paluch, który został kimś w rodzaju przewodnika, zorganizował sprawny tryb pracy i, po około godzinie, naszym oczom ukazała się czarna dziura w pagórku, wielkości mniej więcej trzech czwartych zwykłego chłopca. - Nie wiem czy mam ochotę tam wejść – jęknął Mike. - Nie peniaj, cieniasie – skarciłem go – zanosi się na super przygodę, a ty, jak zwykle, szukasz dziury w całym. Leć do mamusi, jeśli masz taką ochotę, ale nie zdziw się potem, gdy okaże się, że nasza trójka będzie sławna, a Ty będziesz mógł tylko poczytać o nas w „Wiadomościach lokalnych”. Co ja mówię, może nawet pokażą nas w telewizji!!! Myślę, że to właśnie skryta rządza sławy, którą każdy z nas ma gdzieś w środku (Ty pewnie też, prawda? Choć czasem nie chcemy się przyznać, to przeważnie tak właśnie jest) rozwiała obawy Mike’a. Musieliśmy przykucnąć – wszyscy trzej, oprócz Mike’a – aby wejść do naszej dziury w ziemi. Zacząłem się nawet obawiać, że długotrwałe chodzenie na kuckach albo na kolanach zniechęci nas i nigdy nie zostaniemy sławni. Na szczęście już za kilka minut Tom (dobrze zgadłeś – prowadził właśnie Paluch) z łatwo zauważalną ulgą krzyknął: - Tu robi się wyżej. Będzie łatwiej iść. Jak dotąd naszy oczy zarejestrowały jedynie wąski i niski korytarzyk, jakby wykuty w litej skale. Delikatne promienie porannego słońca nieśmiało próbowały zaglądać wgłąb, jednak nie sięgały zbyt daleko. W momencie, gdy mogliśmy się już wyprostować, korytarz zaczął skręcać, a, za kolejnych kilka minut, znaleźliśmy się w prawie całkowitej ciemności. Tom włączył więc swoją latarkę. Od razu poszliśmy za jego przykładem. - Ale wy jesteście głupki! – warknął Paluch – Po co świecić wszystkie na raz? Moja na razie wystarczy, a jak baterie już się wyczerpią, wtedy włączymy następną. Jak już powiedziałem, Tomowi w szkole nie szło za dobrze. Jednak pomysł miał przedni. Potwierdziło się więc moje przypuszczenie, że stopnie w szkole nie zawsze odzwierciedlają mądrość „życiową”. Wiesz o co chodzi, prawda? Można mieć piątki i być „tłumokiem”, równie dobrze można też mieć całkiem przydatny umysł, który, mimo tego, jest przyczyną obitego tyłka po zobaczeniu świadectwa przez ojca. W każdym bądź razie myślenie Toma przydało się nam nie po raz pierwszy i nie po raz ostatni.

IV

- Nie, żebym marudził, ale chce mi się lać – rzucił Paul. - Dziękujemy bardzo za poinformowanie – odpowiedziałem. – Poczekaj aż znajdziemy jakieś lepsze miejsce. Nie mam ochoty wdepnąć w twoje szczyny, jak będziemy wracać. - Dobra już, dobra, niech ci będzie. Korytarz zaczął powoli opadać. Nie od razu to zauważyłem, ale z każdym krokiem schodziliśmy coraz głębiej pod powierzchnię, która była przecież taka bezpieczna, taka zwykła. Zacząłem się w końcu zastanawiać, ile tak będziemy szli i czy nie okaże się, że ten korytarz ciągnie się kilometrami, schodząc coraz niżej i prowadząc szaleńców, którzy nim idą aż do pieprzonego piekła. Miałem właśnie podzielić się swoimi spostrzeżeniami z kolegami, gdy Tom zakomenderował: - Stójcie! Oczywiście, jako że nie zachowywaliśmy odpowiedniej odległości, gwałtowne zatrzymanie Toma doprowadziło do tego, że na niego wpadłem. Paul wleciał na mnie, a Mike na Paula i, jako, że korytarz zdążył się już porządnie rozszerzyć, wszyscy się wywróciliśmy. Pech chciał, że Tom, spadając na ręce (to chyba normalne, że każdy leci na ręce. To taki sam odruch jak mruganie. Tak myślę, wspominając swoje upadki z młodości) rozbił swoją latarkę. - Debile! Moglibyście choć trochę uważać! – Tom poważnie się zdenerwował. Fakt, mieliśmy jeszcze trzy latarki, a z tej zepsutej można było wyciągnąć baterie. Jednak ta sytuacja spowodowała chwilowe zagęszczenie atmosfery. Na kilkanaście sekund ogarnęły nas egipskie ciemności i zaczęliśmy sobie zdawać sprawę, że, jesli zostaniemy bez światła, błyskawicznie obciążymy się dodatkowym ciężarem w okolicy naszych tyłków. Ten mały wypadek miał w sobie coś złowieszczego. Jakby miał uświadomić nam, że nie jesteśmy tacy nieustraszeni, niepokonani, że ta jaskinia może wcale nas tu nie chce, a skoro już weszliśmy, może nie zechce nas wypuścić. Różne rzeczy gnieżdżą się w umysłach takich gówniarzy, jakimi wtedy byliśmy, a atmosfera tego miejsca jeszcze ułatwiała mroczne wizje. - Po co się tak gwałtownie zatrzymujesz, a potem masz pretensje? Jak byś zdawał egazmin na prawko to, z takim hamowaniem, już byś był ulany – postawił się Paul. - Patrzcie co tu mamy – Tom poświecił moją latarką, ukazując coś, co spotyka się każdego dnia, ale co tutaj delikatnie trącało grozą. Rozwidlenie. Niby nic, ale gdzie pójść? Gdzie prowadzi która droga? - Ja z Tomem pójdziemy w le… - Chyba cię powaliło! Nie ma szans, nie będziemy się rozdzielać! – Mike chyba poważnie się przestraszył, jego twarz w świetle latarki wyglądała wręcz groteskowo, jak maska, której używali starożytni w przedstawieniach teatralnych. Jak nie wiesz o co mi chodzi, możesz to sobie zobaczyć na wikipedii, albo w starym podręczniku historii czy literatury. - On ma rację, powinniśmy trzymać się kupy! – zdecydował Paluch. - Bo kupa śmierdzi i nikt jej nie ruszy – Ha, ha, ha. Paul próbował być śmieszny, ale jakoś nikt się nie zaśmiał. Kolejna sytuacja z życia wzięta – chcesz zabłysnąć, ale nikt nie czai twojego żartu. Żenujące, nie? My nie zwrócilismy na to uwagi, po prostu sytuacja nie była zbyt zabawna. Musieliśmy podjąć decyzję. - Ene, due, pierdu, pierdu. Idziemy w lewo – stwierdził Tom. - A czego akurat w lewo? – chciał się sprzeciwić Mike. - Bo tak i kropka. Nie mamy monety, żeby nią rzucić więc się zamknij i chodź. Wybrał lewą odnogę dlatego, że ojciec urąbał mu palec u lewej ręki? Nie, to głupie myślenie. Chociaż, z drugiej strony… Ludzka psychika jest niezbadania. Może nieświadomie właśnie z powodu ojca pijaka i jego wybryków wybrał dla nas drogę, która mogła zaowocować nocami koszmarów na zmianę z bezsennością. A może to ta jaskinia jakoś na niego wpłynęła, zmuszając do podjęcia takiej decyzji. Nie no, bez jaj. Przecież jaskinia nie jest istotą żywą. Tak myślałem wtedy i tak myślę teraz. Chociaż czasem mam chwilę wątpliwości. Nieważne, nie wszystko człowiek może pojąć. Pewnie zgodzisz się ze mną, że są sprawy, które wykraczają poza granice naszego pojmowania. Jedni nazywają to losem, drudzy Bogiem. Ważne, że tak jest.

V

- Może lewa strona to nie był najlepszy pomysł? - Pierniczysz. Po prostu musimy jeszcze kawałek się przespacerować. - Zrobiłbym przerwę na wszamanie kanapek. - W sumie, można by. Przystanęliśmy. Korytarz więcej się nie zwężał, spokojnie mogliśmy więc usiąść na kamienistym podłożu. Gdy tylko poczułem jego chłód, usłyszałem w głowie głos babci: „Nie siedź na tym, bo złapiesz wilka”. Zawsze tak mówiła. Tutaj jednak jej nie było. Nie musiałem się przejmować takim gadaniem. W milczeniu posililiśmy się kanapkami z serem i szynką, popijając je wodą mineralną. Tylko Paul miał Coca-Colę. Oczywiście, jako że był to dla nas pewnego rodzaju rarytas, po jaskini rozniosło się, typowe w takich sytuacjach, „Daj łyka!”. Gdy skończyliśmy ładowanie akumulatorów, z nową siłą wyruszyliśmy dalej. Właściwie nie zdawałem sobie sprawy ile czasu minęło od wejścia do jaskini. Pół godziny czy pół dnia? Nie miałem pojęcia. Żadnego z nas nie było też stać na zegarki. Te, które dostaliśmy na komunię, zdążyły się już zepsuć. Albo zachaczył o gałąź i się rozbił, albo nie wytrzymał podwodnej próby, albo, ewentualnie, zginął podczas jednej z zabaw. Tak to jest, jak się nie słucha mamy. Kolejny wniosek, do którego dochodzi się po czasie. Jednak rodzice czasami mieli racje. Ale, z drugiej strony, dzieciakowi, albo nastolatkowi, czasami po prostu nie wypada słuchać matki czy ojca. Tak ten świat jest skonstruowany. Uczymy się na własnych błędach. I choć rodzice, pamiętając swoje własne, dają nam dobre rady, my musimy wszystko sprawdzić samodzielnie. Gdy dowiadujemy się, że mieli rację, chcemy przekazać tę wiedzę naszym dzieciom. Co nie zmienia faktu, że one nie chcą słuchać nas. O matko, gadam, jak człowiek, który przeżył całe życie… Dobra, nieważne. Wrócmy do jaskini.

VI

Następny przystanek naszej wyprawy miał miejsce w nieco mniej przyjemnych okolicznościach. - Kurwa! – zaklął Paluch, znów lądując na ziemi – potknąłem się o coś! Miał rację. Wątłe światło latarki nie zdołało rozjaśnić mroku całego korytarza, nie można się więc było dziwić, że Tommy o coś zachaczył. Na szczęście (choć w sumie może niestety) był to tylko sporej wielkości kamień. Ale, gdy Paluch wstał i zechciał usunąć go z drogi, nasze oczy dostrzegły coś, co umysł nie od razu chciał zarejestrować i przetworzyć – ludzką dłoń. Dłoń kościotrupa. Leżała tam niczym fragment plastikowego „Andrzeja”, który służył jako pomoc naukowa na lekcjach biologii. Te kilka kostek było jednak prawdziwych. Nie trzymały się na drutach, nie leżały jak należy, ale spoczywały tam byle jak. Stało się. Nie byliśmy pierwszymi zagubionymi duszami, które tu poniosło. Właściwie mieliśmy pewność, że ktoś wcześniej musiał tu być. Ale, uwierz mi, żadnemu z nas nawet przez myśl nie przeszło, że spotkamy tu czyjeś szczątki. To odkrycie zamieniło dziecinną wyprawę w coś o wiele poważniejszego. Zdaliśmy sobie sprawę, że, tak naprawdę, nie mamy pojęcia, w co…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Jaskinia — czytnik · opowiadania