Fantastyka · 27 min czytania
JAŚKO FASOLA
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Trakt wiódł przez zagajnik, choć określanie niewielkiej przecinki i dwóch śladów po przejeżdżających tedy, bardzo dawno temu, wozach, „traktem” było nader optymistyczne. Ale Jaśkowi to nie przeszkadzało, ranek był piękny. Promienie słońca, które niedawno wychyliło się zza horyzontu, przyjemnie grzały. Wyspał się w opuszczonej, przydrożnej chałupie, a teraz znowu wędrował ku miastu. Ojciec zawsze gadali, że tam łatwiej. I życie łatwiejsze i o robotę łatwiej. Niestety ojcu się pomarło, zeszłej jesieni zachorował i wiosny już nie doczekał. Matuli zmarło się tak dawno, że Janko niemal jej nie pamiętał, została po niej tylko melodia dziecięcej piosenki, którą teraz nucił maszerując lasem. Wszystkim się pomarło, jego młodsza siostra poszła do aniołków parę lat temu, jak zajadła złe jagody na przesiece. Teraz wiosną, macocha znalazła sobie nowego gospodarza… Jaśko uśmiechnął się, kto wziął taką paskudę? No, ale młoda była, a gospodarz, za którego się wydała przeżył chyba pięciu sołtysów. Jego mistrz, garncarz Gawor, u którego terminował, wyrzucił go, gdy tylko okazało się, że nie ma, co liczyć na sowite datki od ojca. W miasteczku, do którego jeździł, na jarmark z Gaworem, też nie miał, czego szukać. Już ten postarał się by żaden garncarz z cechu nie przyjął sieroty do siebie. Teraz szedł do Miasta. Wielkiego miasta gdzieś na zachodzie. Nie poszedł głównym traktem. Tam i zbójów więcej na kupców czyhających, a i za nocleg słono trzeba zapłacić. A tu szedł prosto na zachód, do celu. Już całą niedzielę. Przestał nucić, a nawet zmrużył oczy by lepiej przyjrzeć się temu, co leżało przedni nim. W cieniu rzucanym przez duży dąb, coś połyskiwało. Nie, nie połyskiwało, świeciło. Nie jak płonące ognisko, ale coś tam świeciło. Nigdy czegoś takiego nie widział, światło nie tańczyło jak przy świecy, po prostu tam było. Zdjął z ramienia kij, na którym niósł tobołek, który rzucił pod krzewy i chwyciwszy prymitywną broń niczym pikę zaczął powoli podchodzić do źródła światła. Gdy się zbliżył zobaczył czerwoną posokę na ściółce i ślady walki dookoła. Jeden krwawy ślad wiódł do truchła wielkiego dzika, które leżało w niewielkim zagłębieniu, dlatego wcześniej go nie zauważył. Drugi ślad, też zbryzgany krwią wiódł za pień leciwego dębu. Ktoś tam siedział, żył, dopiero teraz zdał sobie sprawę, że rytmiczny dźwięk, który słyszał, to urywany oddech rannego. Cały czas zasłaniając się zaimprowizowaną bronią, obszedł pień w bezpiecznej odległości. Ranny siedział oparty o pień, teraz spojrzał na niego. - Cześć mały. Fajnie, że tu jesteś – powiedział wesoło, mimo że całe nogi i brzuch miał zakrwawione a twarz bladą niczym kartki papieru u skryby. Jaśko przyjrzał mu się dokładniej, jego szaty nie były ani brudne ani poszarpane, może i wyglądały dziwnie, ale na pewno były drogie. Maił doskonale przystrzyżoną brodę jak u wielmoży, siwiejące włosy a do tego białe i równe zęby. Musiał być bardzo bogatym człowiekiem. Nie zrozumiał wszystkich słów, które powiedział ranny, ale to był polski, jakiś inny, bardziej dźwięczny i dostojny, ale znany. - Co wam się stało… Panie? – Zapytał niepewnie. - A, nie mogłem dogadać się z takim jednym dzikiem na temat rewiru. - Co mówicie, Panie? - Dzik mi się do dupy, to znaczy „rzyci”, dobrał. - Acha…, ale co tu robicie? - Jak widać próbuję odwlec nieuniknione. - Że jak? Nie rozumiem, co mówicie, Panie. - Umieram chłopcze, umieram. Bydle mnie poharatało. - Prawo gadacie, Panie. Poturbował was ten odyniec. Aleście go ubili i to sami. - W sumie to marna pociecha w moim stanie. - Nie rozumiem o czem mówicie. - Chyba nie bardzo możemy się dogadać chłopcze. Ale może inaczej… Ranny sięgnął ręką do poniżej swego pasa i wyjął coś z kieszeni. Położył to na dłoni i podsunął ku Jaśkowi. - Chcesz nieco zarobić? Jaśko popatrzył na dłoń obcego. Leżało na niej pięć złotych monet, prawdziwy majątek, jakiego jeszcze na oczy nie widział. - Pewno, Panie. – Odpowiedział buńczucznie. - Zrobisz coś dla mnie za te monety? - Ano. - Na początek podaj mi moją torbę. – Skinął ręką w kierunku pobliskich krzaków. Jaśko spojrzał tam i zobaczył dziwną sakwę, w błękitnym kolorze, takim samym jak ubranie obcego. - Weź też tablet… to coś, co leży tam. I przynieś mi. Skinął głową w kierunku przedmiotu, który zwabił Jaśka tu swym spokojnym światłem. Odłożył kij na ziemię i zebrał sakwę i świecący przedmiot. Przyniósł je pod pień dębu. Podszedł do rannego i w wyciągniętych rękach podał mu oba przedmioty. Obcy sięgnął najpierw po sakwę. Obracał ja przez chwilę, by w końcu z bocznej kieszeni wyjąc dwa przedmioty. Jeden był biały i owalny, włożył go do ust, przytknął drugi, z którego strzelił mały płomień i głęboko wciągnął powietrze. Po chwili wydmuchując je zabarwione błękitnym dymem z wyraźną przyjemnością. - Tego było mi trzeba. – Z uśmiechem popatrzył na Jaśka, który wpatrywał się w niego z szeroko otwartymi ustami. Wziął prostokątny przedmiot i zaczął nerwowo dotykać jego świecącej powierzchni, która w magiczny sposób zaczęła zmieniać się pod jego dotykiem. Janko poczuł dreszcz przerażenia. Tatko opowiadał o magach, w jego opowieściach przeważnie byli źli. Ale leżący pod dębem obcy nie miał takich szat i najwyraźniej nie mógł się magicznie wyleczyć, ani zniszczyć go magicznym gromem. Czyli albo nie był dobrym magiem, albo wcale nie był magiem. - Jesteście magiem, Panie? - Czym? – Ranny wyglądał na zdziwionego. –A… Magiem, nie… I przestań do mnie mówić „panie”. Mam na imię Piotr. A ty? - Co ja, Panie… Piotrze. - Jak masz na imię? To znaczy jak cię zwą? Mnie zwą Piotr. - Acha… Mnie Jaś. Jaśko… Obcy tylko skinął głową i cały czas dotykał palcem tajemniczy przedmiot, który teraz zaczął wydawać jeszcze, dziwny warczący odgłos. Początkowo, Jaśko był nim przerażony, ale, ranny najwyraźniej nie obawiał się tego warczenia, tylko coraz energiczniej stukał w przedmiot, postanowił, więc także się nim nie przejmować. - Cholera, wiedziałem. Nic z tego nie będzie. Łączność padła. - Aaaaa? – Tym razem, Jaśkowi udało się nie wybałuszyć oczu po niezrozumiałej tyradzie. - Będziesz musiał zrobić dla mnie znacznie więcej. - Dobrze, Panie… Piotrze. - Podejdź bliżej, powiem ci, o co chodzi. Jaśko niepewnie zbliżył się do obcego, który odwrócił świecącą powierzchnię przedmiotu ku niemu. - Będziesz musiał iść dość daleko, aż do tego miejsca. Tylko stamtąd nie będzie widać wieży. To jakieś 90 kilometrów stąd. To znaczy… mniej więcej tyle samo stajań. – Pokazał coś na przedmiocie. - Ale po co, Panie… Piotrze. - Wystarczy tylko „Piotrze”. - Dobrze, Panie… Piotrze. Dobrze, Piotrze. - Musisz przekazać dane… Humm… Muszę przekazać komuś pewne informacje. Są mu bardzo potrzebne, jeśli uda ci się je dostarczyć obiecuję, że dostaniesz jeszcze pięć takich monet. – Ponownie wsunął białą rurkę do ust i zaciągnął się dymem. - Panie… Piotrze, zaliż to wielki majątek. Ale cóż chcecie bym dala was zrobił, bo zemnie prosty człek i nie pojmuję czegoż ode nie chcecie. Obcy przechylił głowę, przyglądając mu się uważnie. Westchnął głęboko i popatrzył Jaśkowi w oczy. - To nie jest trudne… Musisz iść w pewne miejsce i zrobić to, co ci powiem. - Dobrze, Piotrze…Panie. - Mówiłem, że nie jestem żadnym „panem”. - No tak… Po prawdzie to tak. Panie Piotrze. - Ech… Jesteś nie reformowalny. - Że jak? - Nieważne… - ranny zakaszlał paskudnie. – Ważne żebyś zrobił, co ci powiem. Widać było, że czuje się coraz gorzej. Ponownie zakaszlał a na ustach pojawiła się czerwona piana. Przetarł je wierzchem dłoni i popatrzył na krwawy ślad. Zgniótł dymiącą rurkę o ziemię. - Palenie jednak mnie nie zabije. Zostało mi chyba niewiele czasu, słuchaj, więc uważnie, o co masz zrobić. Jego palce szybko zatańczyły na kolorowej powierzchni „magicznej księgi” jak Jaśko postanowił nazywać świecący przedmiot. - Zabierzesz to, będzie pokazywać ci jak masz iść. Wystarczy patrzeć, w którą stronę wskazuje grot tej czerwonej strzały. Gdy będziesz tam gdzie trzeba, usłyszysz też dźwięk. – Podał mu przedmiot. Jaśko niepewnie wziął go w dłonie i zaczął przyglądać się kolorowym obrazom. Po chwili strach przegrał walkę z ciekawością i odważył się nawet obrócić, aby przekonać się, że strzała faktycznie niezmiennie wskazuje jeden kierunek. - Jak żeście to zrobili, Piotrze? - Czy to ważne? Doprowadzi cię do celu. - No, ale to jakowaś magia, a uczciwi ludzie magią parać się nie powinni. - To żadne magia, po prostu wiedza. - To tak jak na terminie u garncarza? Ja wiem jak garnek zlepić a ktoś nie. Tako i wy wiecie jak to działa, a ja nie? - Tak, masz racje. To tak jak na terminie. Więc lepiej nikomu tego nie pokazuj. Wiesz ile warta jest wiedza. - Tak, Piotrze. Za termin ojciec musieli… - Chętnie bym posłuchał, ale jak widzisz czasu nie mamy zbyt wiele. – Zakaszlał schylając się po sakwę. Tym razem nie wytarł już ust, może, dlatego, że doszedł do wniosku, że nie ma to sensu a może, dlatego że miał zajęte ręce. - Weźmiesz też to. – W rękach miał dwa kolejne przedmioty, jeden był czarny i owalny. Połyskiwał jakby był wypolerowany. Przypominał nieco ziarno czarnej fasoli, był tylko kilka razy większy. Drugi rozmiarem i kształtem, podobny był do tego, który wcześniej zapalił, był jednak przezroczysty. - A teraz będzie coś bardzo ważnego. Pamiętaj…, Gdy dotrzesz na miejsce, tam gdzie doprowadzi cię tablet, położysz to na ziemi. – Podniósł i pokazał czarny przedmiot. – Potem położysz to obok, niezbyt daleko i zgnieciesz. – Tym razem poniósł przezroczysty przedmiot. Jaśko tylko skinął głową. - Potem będziesz musiał stamtąd odejść. Tablet znowu pokaże ci drogę, będziesz musiał iść przynajmniej jeden dzień. Musisz odejść dość daleko. Rozumiesz? - Tak, Piotrze. - Mądry z ciebie chłopak. Teraz będzie trochę trudniejsze. Jeśli myślisz, że to jest magia, - skinął głową w kierunku trzymanej przez Jaśka „magicznej księgi” - to, co będzie się dziać wyda ci się prawdziwą magią. Poradzisz sobie? - O magii nic nie wiem, ale skoro prosicie… - To nie magia, zapamiętaj. To wiedza, ale potężna. - Dobrze, nawet proboszcz z Michałowa mówił żem mało bojaźliwy i że kara mi za to pisana. - Tu kara cię nie spotka, a raczej nagroda, ale jak już ci mówiłem, nie opowiadaj nikomu o tym. Jaśko skinął. - Pamiętaj cokolwiek by się działo, tak ma być. Odczekasz kilka dni, wtedy…
Jaśko spędził z rannym czas do następnego ranka. Wiedział, co ma zrobić, dostał pierwszą część zapłaty, wiedział jak ma odebrać resztę. Piotr oddał mu jeszcze kilka dziwnych, ale bardzo smacznych porcji jedzenia, przedmiot, który jednym ruchem pozwalał na skrzesanie ognia. Miał też jeszcze jedna prośbę. Ale spełnić mógł ją dopiero rano. Wieczorem odeszli od traktu. Rozpalili ognisko pod niewielką skałą w głębi lasu i rozmawiali dalej o zadaniu. Mimo Jaśkowych pytań, Piotr nie chciał nic więcej powiedzieć o sobie. Przybył tu zebrać „dane”, które przechowywane były w „tabecie” niczym w księdze. Miał tylko wykonać zadanie, oddać księgę i będzie bogatym człowiekiem. Piotr dał mu coś jeszcze, małe urządzenie. Było przerażające. Jaśko mógł je opisać tylko w jeden sposób… miotało pioruny. Może nie takie głośne jak te podczas burzy, ale uderzały tam gdzie człek chciał. Jak na razie było to najbardziej przerażające urządzenie, które widział. Ale znowu usłyszał, że to tylko „wiedza”. Dzięki temu „pistoletowi” miał się obronić przed każdym drapieżnikiem czy zbójem. Piotr, zapytany, czemu nie obronił się przed dzikiem, stwierdził tylko, że „spartolił”, czy jakoś tak. Jaśko nie dopytywał się jak można „spartolić”, rannemu mówienie sprawiało coraz większe trudności. Rano Jaśko spełnił ostatnią prośbę rannego i przykrył jego ciało zniesionymi z okolicy kamieniami i gałęziami. Przez chwile stał nad małym kopcem. Pochylił głowę i wyszeptał kawałek pacierza. Zebrał wszystko, co otrzymał. „Tabet” w specjalnej torbie przewiesił przez szyję. Chwilę przyglądał się czarnej torbie, zdjął ją owinął wyciągniętą z tobołka starą koszula i ponownie zawiesił na szyi. Przez bardzo krótką chwile zawahał się… A może wziąć pieniądze i ruszyć do miasta? Nie. Obiecał. Był ciekaw tych cudów, które miał zobaczyć. No i była druga część nagrody.
Na miejsce dotarł piątego dnia rano, kilka razy musiał obchodzić rozpadliny lub zbyt gęste partie lasu, w które bał się zapuszczać. Jedzenia miał dość, te otrzymane od Piotra „batony” były nie tylko smaczne, ale i pożywne, a w lesie znalazł kila razy jagody. Drugiego dnia udało mu się nawet upolować zająca i upiec go na ognisku. Żadnych dodatkowych przygód nie było. Troszkę żałował, że nie mógł wypróbować miotacza piorunów, ale tylko trochę. Jego celem okazała się być duża, płaska polana otoczona lasem. Niczym się nie wyróżniała, nie było na jej środku ani leciwego tajemniczego drzewa, ani jaskini czy magicznego światła. Ot po prostu pusta polana. Wyjął oba przedmioty i postąpił zgodnie z instrukcja. Znowu nic się nie stało. Nie było światła, błysku czy czegoś takiego. Z rozbitej szklanej rurki wyciekła tylko jakaś ciecz, która szybko wsiąkła w podłoże a czarne ziarno fasoli leżało obok. Pisk „tabetu” był tak niespodziewany, że Jaśko niemal podskoczył. Odsunął koszulę i ponownie spojrzał na ekran. Strzałka pojawiła się znowu. Miał ruszać szybko. Zerknął, więc po raz ostatni na leżące na ziemi rzeczy i ruszył