Psychologia · 7 min czytania
Jechała pani z panem...
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Bywa nader często, że zgodne i dobre małżeństwa, które w zasadzie się nie kłócą, w samochodzie dostają małpiego rozumu, głównie pod wpływem rozbudzonych ambicji lub lęków. Mężowie zwykle samozwańczo przyznają sobie tytuł "kierowcy doskonałego" i prawo do instruowania i pouczania małżonki za kierownicą, co budzi gwałtowną furię tejże. Z kolei żony dzielą się na dwie kategorie: pierwsza to żony aktywnie wspomagające mężów w prowadzeniu samochodu za pomocą nieoczekiwanych wykrzykników typu: "Uważaj! Hamuj! Wolniej!" Druga kategoria to żony lękliwe, nieznające się kompletnie na rzeczy, nieodróżniające strony lewej od prawej, które oddają swoje życie w ręce męża. Przy drodze w nieznane najczęściej przypada im rola pilota z mapą na kolanach, a ponieważ mają raczej słabą umiejętność czytania mapy, to nieraz zostają odsądzone od czci i wiary.
Właściwie zupełnie nie wiadomo, skąd się bierze ta męska pewność, że samochód stworzony został dla mężczyzny. Na nic zdają się wszelkie racjonalne argumenty i statystyki, które pokazują, że kobiety popełniają mniej wypadków, nie szarżują, prowadzą spokojnie i pewnie. No, może jakieś kobiety rzeczywiście, zwłaszcza te obce, ale z żoną to zupełnie inna sprawa. Kiedy ona prowadzi, a on siedzi obok trzeźwy i całkowicie świadomy, to trudno mu zachować spokój i nie komentować każdego jej ruchu. Zastanawiam się, z czego to wynika. Czy jest to zazdrość o umiejętności, czy lęk o życie, czy też troska o samochód? A może jest to po prostu atawistyczna obrona męskiego terytorium na zasadzie - wprawdzie ty trzymasz kierownicę, ale i tak ja prowadzę.
Znacie? No to posłuchajcie.
Andrzej zrobił prawo jazdy kilkanaście lat temu, jego żona Agnieszka dopiero niedawno. Kiedy chodziła na kurs, wspierał ją, przepytywał z teorii i cierpliwie uczył robienia "koperty". Teraz żona radzi sobie doskonale, ale najbardziej wtedy, kiedy jest w samochodzie sama. - Agnieszko, zwolnij, czerwone. - Przecież widzę. - Widzisz, ale nie zwalniasz. Po co hamujesz tak gwałtownie?! Niepotrzebnie zużywasz nakładki. - Nie wymądrzaj się. - Ruszaj, masz zielone. - Widzę. - Uważaj, skręcamy w prawo, zmień na "dwójkę". - Wiem, co mam robić i wiem, gdzie mieszka babcia. Siedź spokojnie, dowiozę cię. - "Trójka"! Zarzynasz samochód. - Zaraz ciebie zarżnę, jak się nie zamkniesz! - Ale ty jesteś nerwowa. Uważaj, on ma pierwszeństwo z prawej. - Cholera, powiesz jeszcze słowo i nie ręczę za siebie! - Dobrze, nic nie mówię, ale zwolnij, uważaj na te dziury! - Dosyć tego! - Agnieszka gwałtownie zjeżdża na prawą stronę i zatrzymuje samochód. - Wysiadaj, w tej chwili! Idź na piechotę, dobrze ci to zrobi. - Czyś ty zwariowała? Jedź dalej, no, nie wygłupiaj się. - Ani mi się śni. Jadę sama, bez ciebie. Wysiadaj, słyszysz! Andrzej wysiada i z wściekłością trzaska drzwiami. - Z babami to tak zawsze. Nic im nie można powiedzieć - mruczy do siebie i dostojnie idzie w stronę postoju taksówek.
Ależ to typowe! Tylko co właściwie miała udowodnić ta wymiana zdań? Siedziałby sobie facet spokojnie, myślałby o niebieskich migdałach, albo zająłby się radiem. Ale nie! To nie wykonalne! Męska ambicja nie pozwoliła mu trzymać języka za zębami. Musiał udowodnić, że wie lepiej, że widzi więcej, że przewiduje trafniej. Szkoda, że zapomniał o żelaznej zasadzie, że