Przyjaźń · 11 min czytania
Jeden dzień z życia Pytona
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Całe moje życie jest niczym wiersz - poukładane, przejrzyste wersy, układające się w całość. Jednakże w gąszczu literek, odnajdujemy zawsze chaos umysłu autora. Wydaje mi się, że tak jest też ze mną. Tak naprawdę, to poezja opowiada świat, w którym żyjemy, walczymy, staramy się przetrwać. Wstając rano, staram się nie myśleć o powyższych słowach. Robię to, co każdy szanujący się, młody człowiek. Jem śniadanie, ubieram się, aby w końcu móc pojechać spokojnie do szkoły. Tak jak mówiłem- czysta, niczym nie zmącona karta księgi, jaką dzień dzisiejszy zapisze, bez mojej ingerencji. Bo niby co ja mogę zrobić, w natłoku codziennych spraw i obowiązków, jakie na mnie nałożono? Walczyć z systemem? To nawet brzmi psychicznie, a co dopiero, jakbym zamienił słowa w czyny. Nie, w tej walce nie mam szans, więc tak jak każdy śmiertelnik, idę wraz z tłumem, przyjmując wszystko, co los mi zgotował. Stoję na przystanku, obok mnie nikogo. Nie lubię tego. Samotność to najgorsze, co może spotkać człowieka i nie chcę, aby doświadczała swoją ręką także mnie. Wystarczy jeden uścisk sprzymierzeńczyni śmierci, a człowiek popada powoli w obłęd. Kiedyś zastanawiałem się, jak przeżyłbym na bezludnej wyspie, daleko od kolejnego, wyszukanego tworu natury, jakim jest człowiek. Czy starałbym się przetrwać rozłąkę z bratnią duszą, żyjąc w nadziei na ziemskie zbawienie, czy też od razu się poddał i zasnął na wieki. Z transu budzi mnie odgłos nadjeżdżającego samochodu. Uczucie letargu odchodzi w zapomnienie. Zaczyna się kolejny, prawdziwy dzień. Z niebieskiego busa nikt nie wysiada. Grzecznie kłaniam się kierowcy, po czym siadam na najbliższym siedzeniu koło okna. Codziennie ten sam, szary, statyczny widok budzącego się świata, w którym większość po tylu latach swojego życia, nic już nie dostrzega. Ja jednak za każdym razem widzę coś nowego. Tłum nie rozumie, że każdy świt przynosi nowe doznania, pragnienia, strach, aż wreszcie uczucia, potrzebne tak bardzo naszemu gatunkowi. Włączam Mp3, zaczynam słuchać muzyki. Czuję wewnętrzny spokój, przepełniający z każdym kawałkiem całe moje serce. To tylko kawałek mięsa, potrzebny każdemu do normalnej egzystencji. Niewielka liczba ludzi wie, że w tej części nas jest coś więcej- poezja, która nadaje sens życiu. Powoli zamykam oczy, dajac się ponieść myślom daleko, poza wszelkie do tej pory, dostrzegane przez oczy granice. Oczy, choćby były nie wiem jak piękne, namiętne i dające wyraz rozkoszy, kiedy na nie spoglądamy, nie widzą nic! To serce postrzega świat takim, jaki jest naprawdę. Nie wszyscy myślą podobnie jak ja. Żyją we śnie, wymyślonym przez czernie źrenic, nie domyślając się nawet, że poza granicą rozumu, jest jeszcze coś więcej. Żyję więc cały czas, nie dając zbytnio wyrazu mojej wiedzy. Należy się ona tylko tym, którzy czują podobnie jak ja. Jak na razie niewielu ich spotkałem. Mam tylko nadzieję, że w moim życiu spotkam kobietę, która pomimo pięknych, wielkich oczu, będzie widziała wszystko z mojej perspektywy. Oddzieli serce od rozumu, abym mógł ją odnaleźć w tym drugim, piękniejszym świecie. Dojeżdżam do szkoły. Uczę się w miarę dobrze- jak mi się wydaje- chociaż rodzicom zawsze za mało. Rozumiem, że chcą dla mnie dobrze, ale często jest to przesada. Jestem dorosły, mam swoją złotą myśl, którą się kieruję, ale oni nigdy nie zrozumieją. To już nie jest mój bunt, tylko ich, wtrącających się w moje życie. Czasem mnie to przerasta. To nie jest tak, że posłucham mamy, jak coś sobie pogada sama do siebie, a potem jej przejdzie. Jest mi źle, że ją zawiodłem w pewnych kręgach. Z drugiej strony wiem, że już tego nie zmienię i trzeba żyć dalej. Słucham wiec pokornie. Przed klasą nie ma zbyt wiele osób. Najpierw są wszyscy ci, którzy przyjeżdżają spoza miasta. Podchodzę do Werbla, spisującego coś na parapecie, po czym podaję mu rękę. - Ty, Pyton, ja pierdole... albo nie, najpierw napisze, a potem ci powiem, bo sie nie wyrobię. - mówi szybko, na jednym oddechu Werbel, jak gdyby przebiegł kilka kółek wokół szkoły, a potem nagle stanął naprzeciw mnie i próbował rozmawiać. Rozglądam się, po czym kładę plecak na ziemi i siadam na parapecie, naprzeciw sali matematycznej. Drzwi są zamknięte, jeszcze za wczesna pora. Wyciągam telefon i spoglądam na godzinę. Ludzie siedzą na podłodze, jedząc spóźnione śniadanie, albo rozmawiając. Wszystko znów układa się w całość, dając wyraz płytkości tego świata. Ach, nachodzi mnie ochota na wiersz. Wyjmuję telefon, wymyślam jakieś zdanie, oddające to, co właśnie czuję, po czym wysyłam Jubemu. Mija kilka minut, podczas których patrzę to na wyświetlacz komórki, to zamieniając z kimś kilka zdań. Nie odpisuje, pewnie jeszcze śpi- myślę szybko, a następnie chowam telefon. Wzdycham ciężko, pochylając się do przodu, abym mógł dostrzec wszystkich siedzących pod ścianą. Nadchodzi Synek, Owczar, a za nimi Bahania. Idą, jak gdyby przyszli tu na pewną śmierć, a nie na lekcje. Uśmiecham się ledwowidocznie, po czym witam z moimi ziomkami. Zaczynamy rozmawiać o wszystkim, rozmowa przeradza się w gmatwanie wokół totalnych głupot, na które jednak mam ochotę. To właśnie takie żartowanie, nie mające najmniejszego sensu wprawia mnie w zachwyt. Są bowiem chwile, które trzeba poświęcić…