Inne · 29 min czytania
Jeden, jedyny taki dzień
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
- Idź, znajdź sobie tłustego robala - Sebastian mruknął niechętnie w kierunku przypatrującej mu się uporczywie bestii. Nie wiedział co to za gatunek. Gawron, wrona a może kruk. Na pewno nie kanarek. W każdym bądź razie był czarny. Nie lubił ptaków. Miały beznamiętne, ponure mordy i martwe oczy bez wyrazu. W końcu przestał zwracać uwagę na pierzastego natręta. Rozluźnił krawat. Odetchnął pełną piersią. W powietrzu pełzały odurzające zapachy zakwitłego bzu i parującej ziemi. Po wielu dniach majowych deszczów wreszcie zaświeciło słońce. To był wspaniały dzień. Ukoronowanie kilku minionych miesięcy. Mieli się z czego cieszyć. Podpisany rankiem kontrakt był nagrodą za wiele dni i nocy projektowania, konstruowania, rozmów, dyskusji i kłótni. Zapewniał firmie byt co najmniej na kilka najbliższych lat. Sebastian jako kierownik projektu był w siódmym niebie. Nie było się co czarować, każdy lubi, gdy śpiewają na jego cześć peany i poklepują po plecach jak zwycięskiego konia na padoku. Nawet jeśli wykonują te gesty poprzez pryzmat spodziewanych premii i nagród.
Obrócił się i oparł o barierkę restauracyjnego tarasu. Z wnętrza sali dobiegał pełen entuzjazmu gwar generowany przez zwycięski zespół. Kostek mocząc wargi w kolejnej szklaneczce irlandzkiej whisky tonem habilitowanego wykładowcy przemawiał do rozpartego naprzeciw Edwarda. - Klasyk mówi: alkohol pity z umiarem nie szkodzi nawet w największych ilościach. Jego interlokutor kiwnął zamaszyście głową potwierdzając z pełnym przekonaniem słuszność wywodu. - Zawsze mówiłem że klasyczne wykształcenie poszerza horyzonty. Siedzący obok Paweł ze smutkiem sprawdzał zawartość portfela. Pokręcił głową z niesmakiem. Półgłosem zaintonował żałobną pieśń. - Cały tydzień haru haru, a w sobotę hyc do baru, kelnereczki świzdu gwizdu i wypłata poszła w... - Paweł! - Zuza warknęła ostrzegawczo, nie znosiła wulgaryzmów. Pieśniarz zamilkł trafiony solidnym kuksańcem w bok. Tuż obok Jurek wpatrywał się głęboko w szare oczy Julii. - Kiedy się wreszcie ze mną umówisz, o najpiękniejsza? - wyglądało na to, że był pod wpływem jakichś rycerskich eposów. Lancelot z Jeziora, a może raczej, zważywszy na pyzatą, poczciwą gębę - Zbyszko z Bogdańca. Z bezgranicznym oddaniem oczekiwał odpowiedzi swej Ginewry vel Jurandówny. Niestety obiekt bezskutecznych zalotów zdawał się widzieć przed sobą tylko bezdenną czeluść. - Jestem gruba...- stwierdziła dramatycznym głosem. - Twa doczesna powłoka nic nie znaczy przy blasku wnętrza cud dziewico. Ciemność przed powłóczystym spojrzeniem wydawała się tylko pogłębiać. - Cellulit toczy me jedwabne uda - dziewica zanurzyła z rozpaczą łyżeczkę w trzeciej czarce lodów czekoladowych. Popychała je koktajlem o dość oryginalnym, sądząc po barwie, składzie. - Nie może to być. Nie uwierzę póki nie ujrzę na własne oczy. Wielbiona białogłowa spojrzała na amanta zaskakująco trzeźwym wzrokiem. - Pomarzyć wolno każdemu. - Tyle okrutnych słów płynie z tych ust koralu. Znajdę na twe bolączki lekarstwo, nadobna - Jurek zwrócił przymglone gorącym uczuciem spojrzenie na przechodzącą nieopodal kelnerkę. - Piękna niewiasto, jeszcze raz duże lody poproszę. Dziewczyna spojrzała na niego niechętnie i kołysząc wyzywająco biodrami odpłynęła w głąb sali. Jerzy poczuł się nieco urażony okazanym mu lekceważeniem. - Dokąd tak pędzisz szalona - warknął w ślad za rozkołysanymi pośladkami. Sebastian uśmiechnął się patrząc na ten totalny chaos. Należała im się chwila wytchnienia. Mirek przechodził kolejny małżeński kryzys. Wylewał swe żale na jedynego słuchacza którego udało mu się znaleźć. - Ją może boleć noga, albo głowa, albo jest w depresji bo złamał jej się tips, ewentualnie najlepsza przyjaciółka bez zezwolenia schudła. I co? Najwyżej możesz skruszony ucałować jej dłoń przepraszając za niestosowną propozycję. Krzysiek walczył bezskutecznie z męczącą go czkawką. Miał najsłabszą głowę z całej ekipy i zawsze marnie kończył podczas tych mitingów. - Natomiast jeśli ty nie masz ochoty oznacza to, że już jej nie kochasz, ewentualnie masz nałożnicę, a z całą pewnością jesteś impotentem. Bo przecież facet ma zawsze ochotę, nie Krzysiu? Śmiertelna obraza, a co najmniej foch gigant jak w banku. Ty też tak masz przyjacielu mój? Krzysiek nieoczekiwanie zwalczył dolegliwość i dał niezbity dowód, że jednak próbował podążać za tokiem rozumowania kolegi. Przynajmniej tak mu się wydawało. - Męska szowinistyczna świnia. Mirek spojrzał na niego z niesmakiem. - Nie pij już, dobra? - Obaj powinniście spasować, dawno nie słyszałam takich durnot - Zuza wysunęła się zza stolika i ruszyła w kierunku Sebastiana. Drobniutka brunetka zbliżała się wdzięcznie rozkołysanym krokiem. Na widok szefa jej twarz rozświetliła się niczym słońce. Od zawsze czuła do niego miętę. - Nie pijesz - pokazała brodą szklankę Coli w jego ręku. - Nie mogę. Nie dzisiaj. Mam dzień zaplanowany do ostatniej minuty. Oliwia na mnie czeka. Muszę się już zbierać. Maleńka chmurka na moment przesłoniła słoneczne oblicze Zuzy. - Jeśli kocha to poczeka...- ciężko znosiła uczuciową porażkę. Sebastian szybko zmienił temat. - Wiesz, dostałem rano faks. Przyznali mi wreszcie kredyt. Mogę zacząć budować. - Naprawdę? Będziesz wił gniazdko...- dziewczyna nie kryła rozdrażnienia. Uśmiechnął się i objął ją wpół. - Daj spokój Zuźka. Przecież wiesz że planuję to od lat. Razem z Oliwką. - No właśnie. Tego też jej zazdroszczę. Rozłożył bezradnie ręce. Nie da się uszczęśliwić wszystkich. Nic nie było w stanie popsuć mu tego dnia humoru. Za to wyraźnie nie w sosie był zbliżający się do nich Bolek. Powód był prosty. Przed wejściem zagrali w marynarza i wypadło na niego. Miał porozwozić całe towarzystwo do domów. To było ponad jego siły. W dodatku nie mógł się pozbyć towarzystwa Mateusza, który z przejęciem roztaczał przed nim swe turystyczne plany. - Mówię ci, że przejdę ze Szrenicy na Śnieżkę w sześć godzin. - Jasne, jak se kupisz muła i z to z małym przebiegiem - Bolek zapalił papierosa. Zaplanowali wyjazd całą ekipą do Szklarskiej. Nie były to Seszele, ale na razie musiało wystarczyć. Swego czasu Sebastian zaprojektował tam luksusowy pensjonat i miał teraz pewne układy z właścicielami. Musieli trochę poświętować, jeśli mieli dalej tak dobrze ze sobą współpracować. Poza tym naprawdę kochał tych ludzi i uwielbiał przebywać w ich towarzystwie. Na złożoną propozycję zareagowali entuzjastycznie. Prawie tak jak na pomysł wstąpienia do pobliskiego irlandzkiego pubu. No i siedzieli tu już kilka godzin. Sebastianowi aż zrobiło się mdło od zielonych koniczynek, zielonych ubranek Leprechaunów i trawiastych landszaftów porozwieszanych na ścianach. Nawet smętne celtyckie pitolenie wydobywające się z głośników było jakieś seledynowe w brzmieniu. I w dodatku ten gość za barem... Za każdym razem gdy tu był, działał mu na nerwy, prawdziwe zaprzeczenie stereotypu barmana. I wyspiarza. Ze swoimi przylizanymi włosinami i przyciemnionymi okularami pasował raczej do podejrzanej trattorii gdzieś pod Palermo. Miał irytujący zwyczaj zawieszania nieruchomego spojrzenia na wybranym kliencie i obserwowania każdego jego kroku. Aż dziw, że jeszcze nie dostał od kogoś w zęby. Praktycznie w ogóle się nie odzywał. Czasami po sali snuł się jego pies. Nie był uciążliwy dla gości, za to bardzo przygnębiający wizualnie. Jego pierwszy właściciel pamiętał chyba jeszcze piramidy w rusztowaniach. W dodatku facet jeździł potężnym, czarnym Hummerem. Ciekawe jak wszedł w jego posiadanie ? Nalewając piwo? To Palermo robiło się całkiem prawdopodobne. Może czas zmienić zajęcie... Poza tym wszystkim Sebastian nie znosił guinessa. Lokal miał jednak dwie niezaprzeczalne zalety. Mieścił się dokładnie naprzeciw ich biurowca i był nieprzytomnie drogi, co powodowało, że nigdy nie było w nim dzikich tłumów. Tymczasem Kostek z Edwardem przerwali dysputę na temat filozofii picia, choć nie porzucili problemu używek. - Chodź, idziemy zapalić. - Palenie szkodzi - zauważył Edzio. - Ale chodzenie jest zdrowe. Idziemy. Kostek przechodząc klepnął Mirka w ramię. - Zapamiętaj kolego, małżeństwo to instytucja stworzona po to, by mężczyzna bez dodatkowych problemów poszedł prosto do nieba. Sebastian uśmiechnął się do swoich myśli. Może wziąć to pod uwagę, zważywszy na swe najbliższe zamiary? - Swoje doświadczenia małżeńskie czerpiesz pewnie z gry w Simsów - Zuza nadal była poirytowana. - Nie, tatuś udzielał mi niegdyś porad życiowych - oświadczył Kostek z godnością. - Pan Bóg po stworzeniu kobiety bardzo żałował swej pochopnej decyzji i wymyślił czyściec na ziemi, by skrócić facetom drogę do raju. - Męska szowin...- Krzysiek urwał w pół słowa widząc jak zniecierpliwiony Mirek pokazał mu zaciśnięta pięść. - Co on dziś z tą wieprzowiną? - spytał się Sebastian. - Powiedz Kostek, jesteś taki głupi sam z siebie czy ktoś ci za to płaci? - zgryźliwość Zuzy wytrzymywali tylko bliscy znajomi. - Julka wiesz po co Kostek ma głowę? Biurowa miss porzuciła pustą czarkę po lodach i również wędrowała na taras. - A ja wiem? Pewnie żeby się nad tym zastanawiać... - Akurat. Żeby mu deszcz do środka nie napadał. - Czego? - Co czego? - Środka czego? Zuźka uniosła ręce do nieba. - Rany Boskie Julka! Tobie chyba też nie napada. Możesz przez chwilę nie myśleć o wskaźniku BMI. Urażona piękność wzruszyła z pogardą ramionami i odpłynęła w stronę stęsknionego jej obecności trubadura. Do Sebastiana podszedł nadal nieutulony w żalu Bolek. - Chodź bracie to cię podwiozę, nie wytrzymam dłużej z tymi moczymordami. Sebastian nie pił, ale jego wysłużona Corolla kilka dni wcześniej w końcu się zbuntowała. To jeszcze jeden problem który miał zamiar rozwiązać w najbliższym czasie - Daj spokój, zobacz jaka pogoda, przejdę się. Wreszcie nie leje. - Przecież to kawał drogi. Sebastian klepnął przyjaciela w ramię. - Nie przejmuj się. Dobrze mi zrobi mały spacerek po tylu dniach przy monitorze. Wracaj i dopilnuj tej hałastry. Chcę jutro wszystkich widzieć w robocie. Bolek wzruszył ramionami, zrobił kwaśną minę. Szefowanie i tak zawsze wypłynie na wierzch jak oliwa. Sebastian zabrał swoją aktówkę. Wyszedł z lokalu żegnany przyjaznymi okrzykami. Ni stąd, ni zowąd, na tarasie zebrała się cała ekipa. - Cześć, do zobaczenia. Pomachał im ręką. Nie widział twarzy, słońce świeciło zza ich pleców. Wyglądali trochę jak załoga żegnająca kapitana schodzącego na nieprzyjazny ląd.
- Cześć! Do jutra szefie!
Odchodząc ujrzał swego znajomego gawrona. Tym razem był z przyjacielem. Albo z przyjaciółką. Skąd miał wiedzieć? Przyglądały mu się szyderczo. Jeden otworzył bezgłośnie dziób. Ziewał? Wyglądało to lekceważąco. - Nie masz nic do roboty pierzasta gadzino? Zajmij się lepiej koleżanką - warknął Sebastian. Jak gdyby zrozumiały, uniosły się ciężko w powietrze. Dwa cienie przesunęły się nad mężczyzną kierując się w stronę niedalekich drzew parku. - Lećcie, lećcie, na pewno gdzieś znajdziecie apetyczny kawałek padliny...
Nie mógł się zdecydować którędy iść. Krótsza droga prowadziła przez centrum, dłuższa początkowo przez park, a potem osiedlem przedwojennych, urokliwych willi. Właśnie w jednej z nich czekała na niego Oliwia. Po chwili wahania wybrał drugą z nich, nie miał ochoty przeciskać się przez tłum gnających w szalonym pędzie przechodniów. Omijając szybko wysychające kałuże, ruszył pomiędzy szpalerami kasztanowców i dębów. Zdjął marynarkę. Uśmiechał się do swoich myśli nie zauważając nawet, że mijane kobiety mylnie to interpretując, odpowiadają mu pogodnymi spojrzeniami. Wszystko wreszcie zaczęło się układać. Teraz najważniejsza była Oliwia. Zdecydował się na krok, którego oczekiwała od lat. To był odpowiedni dzień by spytać ją, czy zechce pozostać z nim na zawsze. Nie planował żadnej sztampowej kolacji przy świecach. Chciał zabrać ją na spacer po majowych Łazienkach, zadać jej jedno pytanie, na które odpowiedzi świadkami miały być tylko łabędzie, majestatycznie przecinające wody pałacowych stawów. Może potem wstąpią do jakiejś przytulnej knajpki. Pobrali by się we wrześniu. Gdy w tym parku zaczną żółknąć liście zabrałby ją w podróż gdzieś w tropikalne raje. Karaiby? Trochę oklepane. Może gdzieś dalej? Samotny atol na bezkresie Pacyfiku... Parsknął śmiechem. Bez przesady. Aż tak dobrze jeszcze nie było. W tej chwili musiał gdzieś kupić jakiś niebanalny bukiecik i wyciągnąć Oliwkę zza komputera, przy którym spędzała całe dnie. W kieszeni zaśpiewał mu telefon.
Część 22 / 2
Hasta mańana...
Wszyscy śmiali się z tego archaicznego przeboju w roli sygnału jego komórki. Nie przejmował się tym. Przynajmniej wiedział, że to na pewno jego telefon dzwoni. Sympatię do szwedzkiego kwartetu otrzymał zapewne w genach od rodziców. To była muzyka ich młodości. Spojrzał na wyświetlacz. Siostra. - Cześć Emila. - Słuchaj! Udało się! - głos kobiety niemal eksplodował emocjami. - Naprawdę? - Seba od razu zorientował się o co chodzi. Była to naprawdę wspaniała nowina. Emila ze szwagrem od lat starali się o dziecko. Nic z tego nie wychodziło, choć badania nie wskazywały na żadne przeszkody u żadnego z nich. Zdecydowali się na in vitro, ale nadal nie było efektów. Siostra w desperacji zaczęła przebąkiwać o adopcji, chociaż jej mąż nie był zachwycony tym pomysłem. Na szczęście w końcu się udało. - Seba, wpadnij do nas wieczorem. Zbyszek mi tu szaleje. Jeśli już musi się urżnąć wolałabym, żeby to zrobił z tobą - Dzisiaj nie mogę. Mam do załatwienia sprawę. Bardzo ważną. Odkładałem jej rozwiązanie zbyt długo. Usłyszał domyślny chichot siostry. - Hej młody! Czy to oznacza, że będę musiała poszukać jakiejś szałowej kreacji? No nareszcie. Dziewczyna ma cierpliwość. - Jak się domyśliłaś? - Seba mruknął dziwnie zażenowany. - No znam cię już parę lat. Trzymam kciuki - znowu usłyszał śmiech, ale nagle rozmówczyni spoważniała. - Słuchaj, spróbuj się dodzwonić do mamy, dzisiaj miały być wyniki. Ja nie mogę jej złapać. Chyba ma wyłączony telefon. - Dobra, spróbuję. Jutro do was wpadnę . - Fajnie. Spróbuję utrzymać go do tego czasu w ryzach.
- Do jutra braciszku!
Sebastian chował telefon, gdy zmuszony został do wykonania uniku przed grupą rozbrykanych dzieciaków. Korzystając z pogody przedszkola i szkoły wyległy w plener.…