filozofia · 15 min czytania
Jedenaście
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 6
{b}{i}Nadszedł czasu pewnego dzień, który dogłębnie mnie zmienił...{/i}{/b}
{b}„Ona i on”{/b}
W nieodległej krainie nie tak dawno temu Podczas wspólnej zabawy w obcym dla nich domu Poznali siebie lepiej, choć to ona zaczęła Stawiając pierwszy krok na morzu przeznaczenia
On widząc jej statek, mocno był zaskoczony I nie wiedząc co począć, uciekł przerażony Chciał schować się przed oczyma towarzyszy podróży Głupi wstydził się siebie i dlatego stchórzył
A gdy dzień wstał następny, a po nim jeszcze jeden Ona smutna siedziała, myśląc, że on nic nie wie A on zamiast podejść i usiąść z jej boku Znów bał się tych wokoło, ich zdania i wzroku
I tak dnie mijały, a on coraz dalej Wypływał w morze uczuć, znoszony przez fale I nie wiedział co czynić, bo nigdy tak daleko W morze się nie zapuszczał, nigdy tak nie uciekał
Pogubił się zupełnie, nie wiedząc, co jest ważne Zamiast żyć rzeczywiście, zdał się na wyobraźnię I tam przeżywał w ciszy swoje wzniosłe uczucia Na co dzień udając, że go nic nie wzrusza
A czas płynął powoli, bo nie mógł przecież czekać Aż on w końcu zrozumie, że nie warto uciekać I gdy się w końcu odważył i podniósł w górę głowę To ona już znalazła swoją drugą połowę
Część 22 / 6
I co tu teraz czynić, gdy brzeg jest tak daleko A statek wokół płonie? Nie ma już na co czekać Więc wskoczył w szklaną wodę, a słabo umiał pływać Powoli zaczął tonąć, tonąc, zaczął przegrywać
Sztormów spotkał wiele i płynąć było ciężej Lecz z każdą po sztormie ciszą, wiedział o sobie więcej I gdy dotarł do brzegu, choć zmęczony swym wiekiem Już nie bał się swych uczuć, bo nowym był człowiekiem
Słońce świeciło jaśniej, niebo było piękniejsze Otworzył szerzej oczy, szczęściem wypełnił serce Poczuł piękno świata, znalazł spokój po burzy Odnalazł w sobie siłę do dalszej podróży
Nie wiedział gdzie jest ona, lecz musiał ją odnaleźć Bo gdyby nie jej urok nie umiałby pływać wcale I ciągle byłby nikim, a po co nikim być? Nie wiedziałby, co znaczy, tak naprawdę żyć
Chciał więc jej podziękować za każdy jeden dzień Za każdą wspólną chwilę, za każdy o niej sen Za każdy mały uścisk, za każdy mały gest Co dawał mu poczucie, że on kimś więcej jest
Pragnął ją też przeprosić za wszelkie te przykrości Które jej uczynił w młodzieńczej naiwności Chciał by się nie gniewała i nie smuciła też By odnalazła szczęście, bo ono gdzieś tam jest
I by w pogodzie ducha przemierzała ten świat I by już nie wracała do tamtych dziwnych lat Bo on już dziś rozumie, że życie piękne jest I chciałby aby ona, to zrozumiała też
Choć zawsze w swoim sercu będzie miał dla niej miejsce Nie będzie jej już dręczył, bo czuć, to znaczy więcej Niż tylko myśleć o tym, by szczęście w sobie mieć Trzeba też słuchać tego, co drugie może chcieć
Część 33 / 6
On długą przechodząc drogę, by pozbyć się swej słabości Nauczył się uważać na cudze uprzejmości Bo wokół wielu jest ludzi, co słowem mogą zwieść Dlatego, że na własność chcieli by ją mieć
A morał z tej historii nie trudno jest wykazać Zamiast wierzyć innym, nauczmy się rozmawiać I chociaż czasem trudne to może dla nas być Nauczmy się rozmawiać, bo to pomaga żyć...
{b}{i}...i mimo, że coś mrocznego zawsze w mym wnętrzu tkwiło...{/i}{/b}
{b}„ Nie było” {/b}
Zachód Słońca cały dzień tu zmierzał Chciał mnie znaleźć, bo znów się zgubiłem On jedyny jeszcze we mnie wierzył Bo nawet ja wierzyć już przestałem
Swą czerwienią chciał mi dodać sił Swoim pięknem chciał wzbudzić we mnie rozkosz Chciał powiedzieć "jeszcze będziesz żył!" Nie słuchałem, myśląc, że żyć nie mam po co...
Więc umarłem na przekór czerwieni Którą zmyślnie wlewał w moje serce I odszedłem do innej przestrzeni Czując, że tam wreszcie odnajdę szczęście Ale ciebie wcale tam nie było...
{b}{i}...do pytań bez odpowiedzi, co przenikały mą duszę...{/i}{/b}
Część 44 / 6
{b}„Drzewo Życia i Prawdy”{/b}
Widziałem siebie, kiedy nie było mnie już Po wszystkim co miałem, pozostał tylko kurz I kilka nieważnych, niedokończonych spraw Widziałem swój ostatni, nic nie znaczący ślad
Widziałem to drzewo, gdzie odpoczywał Bóg I nieskończoną ilość możliwych dróg Siedziałem tam i spoglądałem w dal By cal po calu zrozumieć każdy cal
Czekałem na kogoś, kto w końcu mnie podniesie Przygarnie tego, co błądzi w gęstym lesie... ...spraw niedorzecznych, nieważnych, płytkich chwil Mnie, który kochał przecież Mnie, który by kochać żył...
Zmętniałym wzrokiem patrzyłem wciąż przed siebie Szukając prawdy, której nie było w niebie Stos martwych liści wznosił wokół mnie mur Chcąc ulżyć mym cierpieniom, w górę kopał mi dół...
By złożyć mnie w swym grobie... ...coraz wyżej i wyżej i... Drzewo Życia i Prawdy... …śmierci sięgało bliżej... Zrzucając swoje dzieci, oddając mi swe istnienie Bym tylko mógł ujrzeć prawdę Bym mógł dosięgnąć marzenie...
„To Twoje drzewo Boże, to Ty je kiedyś wybrałeś Zasiałeś je i wzniosłeś, co dzień pielęgnowałeś A ono dziś razem ze mną, a może dla mnie umiera... Dlaczego o nie nie walczysz, dlaczego go nie wspierasz?”
Wszystkie kolory tęczy leżą tu koło mnie Nie mam już sił by krzyczeć, by nie dać się zapomnieć... Tą ostatnią myślą jaka we mnie została Pocieram zapałką śmierci o nicość mojego ciała...
Część 55 / 6
Już tylko kilka pytań kłębi się w pustej głowie Co widzę, kiedy patrzę? Co czuje ja, mały człowiek? Który leży wśród liści Boskiego Drzewa Życia A płonie ogniem piekielnym Jedynym, który zachwyca...
Choć razem odejdziemy Ty Bóg i ja ten człowiek Ostatnim tchnieniem myśli, ostatnim tchnieniem powiek Chcę ujrzeć to, co ważne, zobaczyć Ją w oddali Nim spali nas ten ogień Nim wszystko wokół spali...
{b}{i}...dodałem kolejne pytanie, co to takiego ta miłość...?{/i}{/b}
{b}„Nadmiar Słów”{/b}
Tyle do powiedzenia, a słowa wciąż nie płyną Tkwią gdzieś głęboko w gardle, w otchłani serca giną Utknęły, być może na zawsze, nigdy nie skruszą muru Zgniją niewysłuchane w morzu siarczystego bólu...
Dławię się krwawą posoką, słowami, co wciąż tkwią w gardle! Ranią całe me wnętrze, wciąż odkładają się na dnie I pną się wyżej i wyżej, do nieba samotnie kroczą Już nawet Słońca nie widzę... Jestem sam, otoczony nocą...
I nie wiem, w którą iść stronę, nie wiem, dokąd mam zmierzać? Nie wiem, naprawdę nie wiem, dlaczego przestałem wierzyć? Stojąc na środku tej Ziemi, na placu zapomnienia Strumieniem deszczu na twarzy pozbawiam się istnienia...
Część 66 / 6
Płaczę, choć nie wiem po co? Przecież i tak nikt nie widzi... Samotność dotyka swą mocą i znowu ze mnie szydzi Widzę jej oczy w oddali, te ślepia, co mnie nienawidzą Przenikają dogłębnie i szydzą, szydzą, szydzą...
Ja też cię nienawidzę ty pusta, czarna zmoro Co każesz mi oddychać życia metaforą Tym substytutem piękna, fotografii odbiciem Karzesz mnie i przeklinasz swym samotnym obliczem
Chwytasz moje gardło Słowa wciąż nie płyną Więdną te piękne róże i giną, giną, giną... A ja usycham wraz z nimi w samotnej klatce życia Z ostatnim szeptem na ustach... ...kocham...
{b}{i}...Nie mogłem z nią sobie poradzić...{/i}{/b}
{b}„Ono”{/b}
Samotności smak znowu w ustach czuję Staram się go spłukać strumieniem goryczy Jedno, drugie, trzecie, życia mi ujmuje Lecz pomaga się zamknąć w czterech ścianach ciszy
Łamię klucz na zawsze, by nikt mnie tu nie znalazł Ostatecznie własną będę…