Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Psychologia · 21 min czytania

Jedenaste piętro

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Drzwi autobusu otworzyły się z sykiem tuż przed nią. Zstąpiła na chodnik z niejakim wahaniem. Właściwie pomógł jej facet z walizką, stojący tuż za nią, który najpierw lekko chrząknął, a potem dźgnął ją nieznacznie palcem między łopatki. Bezwładnie poddała się tej sugestii i wysiadła na przystanku niemal mimowolnie. Ale chciała tu przyjechać. Właśnie tu, i właśnie teraz. Był czwartek, godzina piąta nad ranem, a po granatowym świecie snuło się zadziwiająco wiele niespokojnych dusz. Skądś w oddali dochodził dźwięk syreny policyjnej. To zadziwiające, że komuś jeszcze chce się łamać prawo o piątej nad ranem. Weronika zaczynała żałować, że nie założyła czegoś cieplejszego. Wybiegła z domu w cieniutkiej kurteczce, dobrej co najwyżej na ładne, wiosenne popołudnie. Była jednak zbyt zaaferowana, by myśleć o rzeczach tak przyziemnych jak ubranie. Chwyciła pierwszą lepszą kapotę, zarzuciła ją na siebie i pobiegła na przystanek. Nim zdążyła porządnie zmarznąć - nim by zdążyła wrócić po puchową kurtkę zimową - przyjechał autobus. Następne pół godziny przesiedziała na fotelu, w jednym z tylnych rzędów. Nie było jej o wiele cieplej, a autobus był niemal pusty. Ale skuliła się w fotelu, przygarbiła, i tak zastygła w bezruchu na trzydzieści minut. Tak było dobrze. Wygodnie. Patrzyła przez okno po swojej lewej stronie na granatowy świat za oknem, na latarnie, które w jej odczuciu bardziej szkodziły, niż pomagały. Gdy autobus zatrzymał się na właściwym przystanku, z trudem podniosła się z fotela. Była skostniała i zesztywniała. Bolały ją plecy i nie czuła nóg. Szła, jakby nie miała kolan - na sztywnych, prostych nogach, niepewnie i ostrożnie, jakby zaraz miała upaść. Dygocząc i szczękając zębami, przeszła przez pustą jezdnię na tych szczudłach i poszła dalej na przełaj przez wielki trawnik. Nominalnie był to trawnik, lecz zeszłoroczna trawa dawno już zdechła a nowa jeszcze nie wzeszła. W międzyczasie okolicznym psom do załatwiania swoich potrzeb musiało wystarczyć to spłachetko skostniałej, brunatnej ziemi. Szła między blokami, stawiając kolejne kroki coraz pewniej, bez nieodpartego wrażenia, że nie idzie a jedzie na wrotkach. Ciężkie zimowe buty - w połączeniu z letnią kurteczką rażący przejaw niekonsekwencji stylistycznej - uderzały rytmicznie o asfalt, a odgłos rozchodził się echem po pustych uliczkach osiedla, wśród szarych ścian blokowisk. Stanęła pod jedną z klatek schodowych, pod zadaszonym wejściem, i wdusiła przycisk domofonu. Odczekała chwilę, a nie słysząc odzewu, nacisnęła ponownie. Minęło może dziesięć, a może trzy sekundy - ale cierpliwość nie była jej mocną stroną, a dotkliwy mróz sprawiał, że zupełnie ją straciła. - Słucham - odezwał się rozespany głos. - To ja - odparła Weronika krótko, i to wystarczyło, bo odezwał się brzęczyk. Szarpnęła za drzwi i weszła do ciepłej sieni. Piąta nad ranem nie była zwyczajową porą, o jakiej się tu zjawiała. Ale Piotr powiedział jej kiedyś, że zawsze znajdzie dla niej czas, o każdej porze dnia i nocy. Gdyby był romantycznym głupcem, potraktowałaby go bardziej ulgowo. Przyszłaby o ósmej, może dziewiątej, bo romantyczni głupcy lubią się wysypiać, no chyba, że można komuś podać romantyczne śniadanie do łóżka - a to też dopiero w okolicach dziesiątej, nie przędzej. Ale Piotrek był do rzeczy. Trochę ciepłe kluchy, ale jak przyszło co do czego, zawsze mogła na nim polegać. A teraz Weronika przyszła rozliczyć go z tej obietnicy. Wsiadła do windy i wcisnęła pierwszy guzik od góry. Drzwi zamknęły się i ruszyła powoli na ostatnie piętro. Weronika stanęła w kącie odrapanej, pomalowanej na jakiś psychodeliczny miętowo-zielony kolor kabiny. Tak właśnie wyglądała - jak dziecko odesłane do kąta. Mimo ostrego, ciemnego makijażu, mimo purpurowej szminki, i prawie osiemnastu lat na karku, Weronika miała urodę laleczki, albo małej dziewczynki. Duże, wiecznie smutne, zmartwione oczy i usta permanentnie wygięte w podkówkę. Ubrana w wytarte spodnie, wyciągnięty sweter i lekką kurteczkę, była jak kreskówka w stylu grunge. Winda zatrzymała się na ostatnim piętrze. Weronika westchnęła ciężko i z ociąganiem wyszła z kabiny. Piotr już czekał na nią w uchylonych drzwiach. Przez te kilka chwil, które zajęła jej droga na górę, zdążył się nawet prowizorycznie ubrać. Miał na sobie jeansy i podkoszulek. Na więcej nie miał czasu. Stał w progu na boso. Weronika spojrzała na niego przejmującym wzrokiem, ale nie odezwała się słowem. Piotr cofnął się, by wpuścić ją do mieszkania i również bez słowa zamknął za nią drzwi i przekręcił zamek. - Co jest? - spytał w końcu. Stali w korytarzu a ona gapiła się uparcie w ziemię. Westchnęła ciężko i podniosła na niego oczy. - To już koniec... - Co? - skrzywił się Piotr. - O czym ty gadasz? - Dłużej już nie wytrzymam... - odparła, kręcąc głową. - Lala, co ty za farmazony pieprzysz? Budzisz mnie o jakiejś zupełnie abstrakcyjnej godzinie a teraz gadasz do mnie jakieś kubizmy zupełne! - Musimy pogadać... - rzekła Weronika grobowym głosem. Tyle musiało wystarczyć jako wyjaśnienie. Tyle wystarczyło, by Piotr wiedział, że to, po co przyszła Weronika, zajmie więcej niż pięć minut. - Wejdź, usiądź... Muszę sobie zrobić kawy... - rzekł Piotr. Rozmasował rozespaną, spuchniętą od snu twarz. - Chcesz też? - Tak. Weszła do jego pokoju i opadła na starą, wytartą kanapę zupełnie bezwładnie, jak marionetka, której odcięto linki. Zdjęła kurtkę, szarpiąc się z nią tak, że aż się spociła. W pokoju było ciepło, wręcz gorąco, więc nawet w swetrze było jej duszno. Rzuciła go niedbale na kurtkę. Siedziała w oczekiwaniu na kawę w podkoszulku z Hello Kitty. Oglądała spode łba plakaty Anthrax i AC/DC nad łóżkiem Piotra. To przy dźwiękach Black Lodge poznali się w pubie, i zanim się sobie przedstawili, przegadali bite pół godziny o ich muzyce. Weronika miała wszystkie ich płyty, Piotrowi brakowało Armed and Dangerous i Among the Living. Przegadali całą noc - o Anthrax, o AC/DC, i o życiu w ogóle. Od słowa do słowa, zakochała się w nim na zabój. A teraz musiał wysłuchiwać, że to już koniec. Był w końcu jej najlepszym przyjacielem. Piotr postawił jej kawę na stoliku przy kanapie. Usiadł na niepościelonym łóżku naprzeciwko niej i pociągnął długi łyk gorącej małej czarnej. - No, teraz do mnie możesz mówić - stwierdził. - Z czym koniec? Weronika długo nie odpowiadała. Wzięła szklankę i przez dłuższą chwilę modliła się nad nią. Sączyła powoli i długo. W końcu jednak odstawiła kawę. - Chcę skończyć z tym wszystkim - rzekła. - Odejść. Na zawsze. Piotr zmierzwił brwi. - Weź ty się jeszcze napij tej kawy, chyba się jeszcze nie obudziłaś. Za mało pospałaś, coś cię napadło w środku nocy, ale to ci przejdzie. Łyknij sobie, albo się prześpij, możesz spać na moim łóżku. Zobaczysz, jak się obudzisz, sama się z tego będziesz śmiała. - Piotrek... - westchnęła Weronika ciężko. - To nie jest tak, że to mi tak ot, z niczego, do głowy przyszło, jak poszłam w nocy do lodówki czegoś się napić. Ja od paru dni śpię po trzy godziny na dobę, a dzisiaj nie spałam w ogóle. - To tym bardziej się kimnij, długo tak nie pociągniesz. - Zrozum... Ty myślisz, że tak bardzo chcę z tym skończyć, bo nie mogę spać... A to jest na odwrót! Ja nie mogę spać, bo tak bardzo chcę z tym skończyć. Myślę o tym cały czas. Przewracam się z boku na bok, i tylko czekam na odpowiedni moment. - I kiedy niby zamierzasz? - spytał Piotr, unosząc brew pytająco. - Nie wiem... - Weronika wzruszyła ramionami bezradnie. - Jak najszybciej. Chciałabym jeszcze dzisiaj. Ale nie wiem... Chłopak poderwał się z pozycji półleżącej i usiadł na łóżku. Zamierzał trochę się z niej ponabijać, ale to przestało być śmieszne. Dziewczyna zaczęła go przerażać. Pocieszna kreskówka brzmiała śmiertelnie poważnie, i to go zmroziło. - Ale... po co? Po jaką cholerę? Czemu? Co z tobą? - Bo to już nie ma sensu. - Co nie ma sensu? - Nic. - Co to znaczy: nic? Ja mam to łyknąć? Sorry, ale chyba mnie należy się chyba trochę bardziej wyczerpująca odpowiedź! Weronika westchnęła ciężko. Nabrała powietrza na dłuższą wypowiedź. - Boli mnie istnienie - stwierdziła. - Coraz bardziej. To już nie jest żaden metaforyczny, metafizyczny Weltschmerz. To nie jest ani kac, ani ból głowy. Po prostu wszystko mnie boli. Każdy mięsień mnie rwie, każda kość boli jak złamana w tysiącu miejsc, każdy skrawek skóry swędzi. Pieką mnie oczy. W uszach mi szumi. Suszy mnie. Z trudem oddycham. Czuję się tak, jakbym lada chwila miała dostać zawału. Nie chcę już dłużej się męczyć. Nie chcę tu być. - Ale zrozum, że to wszystko, ten cały ból, bierze się stąd - rzekł, pukając ją lekko w czoło. - Wbiłaś sobie do tego łba, że się wyprowadzasz z tego ciała, i dlatego podświadomie ci w nim niewygodnie. Dlatego wszystko cię boli. I muszę ci to stamtąd wybić, i od razu cały ten ból, rwanie, pieczenie i kac ci minie jak ręką odjął. - Piotr, już nie będzie dobrze. Możesz gadać, aż sobie gardło zedrzesz, i być może przegadasz mnie, i dzisiaj zostanę. Ale co z tego? Jutro byś musiał przekonywać mnie od nowa. Nie dasz rady. A nawet jeśli jesteś cierpliwszy bardziej, niż myślę, to i tak po miesiącu ci się znudzi. Albo to, albo oszalejesz, bo ile można słuchać laski, która już zaklepała sobie bilet w jedną stronę do nieba i nie zamierza go oddawać? Sam byś mnie w końcu przez okno wyrzucił albo jeszcze sam byś skoczył. - Spróbujmy - rzekł Piotr tonem wyzwania. - Piotr, jesteś słodki, ale naiwny. Chcesz leczyć objawy, i to jest dobre, ale prawdziwe leczenie polega na usuwaniu przyczyn, a nie tylko skutków. A tego nie dasz rady zrobić. Nie dasz rady naprawić wszystkiego. - A co to jest: wszystko? Nie układa ci się z rodzicami? W szkole coś nie tak? Daj spokój, przecież to jest wszystko do przeżycia, na tym świat się nie kończy. - Oczywiście, że nie. I mój problem też nie kończy się na tym. To, że z matką się nie idzie dogadać, a ojciec to dla mnie zupełnie obcy człowiek, to jeszcze nic. Mogłabym się przemęczyć te parę lat, a potem uciec do lepszego życia. Tylko, widzisz, ja nie widzę tego lepszego życia. Nie wyobrażam go sobie. Ja, Weronika, nie będę miała pięknego, słodkiego życia, jakie bym chciała. Chciałabym mieć dobrze. Chciałabym mieć na to jakiś wpływ, móc coś zmienić, coś zdziałać. Ale nie mogę, i to mnie doprowadza do rozpaczy. Przez wszystko można przebrnąć, jeśli jest jakiś cel. Ale ja takiego nie mam. Nie chcę. Nie mogę mieć. Nie jestem już w stanie nic…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Jedenaste piętro — czytnik · opowiadania