Fantastyka · 15 min czytania
Jedi na Pandorze
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Dudek siedział w swoim x-wingu i z nudów zabawiał się w grę w kółko i krzyżyk. Nagle na wyświetlaczy pojawił się napis: A TY CIĄGLE W TO KÓŁKO I KRZYŻYK. ZLITUJ SIĘ, TA GRA MA JUŻ Z DWADZIEŚCIA TYSIĘCY LAT!. Dudek popatrzył za siebie by ujrzeć kopułkę astro mechanicznego droida, wypożyczonego od Luka. - Jak na droida to dużo gadasz… ODCHRZAŃ SIĘ. - Jak na droida to nie jesteś zbyt kulturalny… A TAK W OGÓLE TO GDZIE MY LECIMY I PO CO? - Przecież mówiłem ci – odpowiedział poirytowany jedi – Mistrz Skywalker dał mi urlop z okazji rozwalenia gwiazdy śmierci i pokonania Imperatora. A urlop zamierzam spędzić na Pandorze. ALE Z CIEBIE DEBIL. PRZECIEŻ TAM SAMO POWIETRZE ZABIJA. - Moc jest we mnie silna, zatrute powietrze nic mi nie zrobi. A po tylu latach na planecie–mieście przyda mi się kontakt z naturą. Zresztą tam jest bardzo ładnie i miło… Przynajmniej tak pisało na ulotce z tego biura podróży, nie pamiętam nazwy. TO BIURO PODRÓŻY NAZYWAŁO SIĘ „ADRENALINA – SPÓJRZ ŚMIERCI W OCZY”. CHYBA CI OBWODY PRZEPALIŁO ŻE SIĘ TAM PCHASZ. - Przesadzasz – odparł niezrażony Dudek – będzie fajnie. O! Pandora na horyzoncie. Jak na mój gust, z lotu orbitalnego wygląda dobrze. O TANTOOINE TEŻ TAK MÓWIŁEŚ I O MALO NIE UMARŁEŚ. - Wtedy nie byłem jeszcze jedi… Zresztą to było dawno temu i nieprawda. Przerwali rozmowę gdyż zbliżali się już do planety. - Dobrze R2, przejmujesz stery. Podleć na wysokość dwóch tysięcy metrów i otwórz kokpit. Dalej polecę sam. MYŚLAŁEM, ŻE JESTEŚ TYLKO KRETYNEM, ALE WIDZĘ, ŻE TOBIE KOMPLETNIE ODBIŁO. - Moc jest we mnie silna – przypomniał jedi – wróć po mnie za dwa tygodnie. Kokpit się otworzył, a Dudek zwinnymi ruchami uwolnił się ze wszystkich pasów, po czym zamarł intensywnie nad czymś myśląc. W końcu jego twarz rozjaśniła się po czym rzekł: „Tylko nie zapomnij wyłączyć żelazka”. I wyskoczył. Nie zobaczył już napisu na ekranie głoszącego: KRETYN
W tym samym czasie Jake oraz Neytiri wędrowali po pniach drzew zielonej Pandory. Błąkali się bez celu – ot tak, żeby rozprostować nogi. Kierowali się do pobliskiego wodospadu. Z drzewa można było ujrzeć cel ich podróży – ogromnie kaskady wody spadające ze stu metrów wysokości, a następnie rozlewające się szeroko, odbijając barwne promienie Polyphemus-a. Nad ogromną powierzchnią błękitne niebo niemal zlewało się z tonią jeziora. Nagle Neytiri wskazała palcem dwa punkty na niebie. Jeden dość duży w kształcie litery T, drygi znacznie mniejszy od pierwszego wyglądał jakby spadał. - Spójrz Jake! Tam coś spada. - Hę? – Zdziwił się Jake, wytężając wzrok by dojrzeć to „coś” – Faktyczne, a drugi wygląda jakby się wznosił. – odpowiedział zauważając, iż litera T robi się coraz mniejsza, by po chwili nagle zniknąć. Mały punkt został więc sam i robił się coraz większy. Po chwili punkt był już X-sem. Po kilkunastu sekundach Jake oniemiał. - Neytiri! Albo mam przewidzenia, albo to jest spadający człowiek! - Raczej skxawng. Przecież spadając z takiej wysokości nie ma szans na przeżycie. Zresztą udusi się zanim spadnie! - Temu gościowi chyba kompletnie odbiło – zgodził się Jake.
Dudkowi jednak nie przeszkadzało, że spada. Można nawet zaryzykować stwierdzenie, iż był szczęśliwy. Kiedy spadał czuł się panem przestworzy. Czuł się wyzwolony od wszelkich problemów. No, prawie wszystkich. Był tylko jeden, ale za to zawsze powtarzający się problem podczas tych szalonych praktyk – lądowanie. Na razie jednak się nad tym nie zastanawiał, do ziemi dzieliło go jeszcze siedemset metrów. Póki co leciał – nie myślał o niczym konkretnym, po prostu napawał się nieograniczoną przestrzenią. Poza tym była do doskonała okazja do obejrzenia krajobrazy z „lotu ptaka”. Jednak im bliżej był od ziemi, tym mocniej nasuwało mu się pytanie: „jak wylądować”. Kiedy wyskakiwał, nie miał żadnego, konkretnego planu oprócz tego, że wymyśli coś po drodze. Rozglądając się po, obfitującej w zieleń okolicy (jak na ulotce), zobaczył wodospad, a u jego stóp ogromne jezioro. W głowie zaświtał mu pomysł. Wykorzystując opór powietrza, ustawił swoje ciało tak, by skierować się do jeziora.
Jake i Neytiri spacerowali brzegami jeziora spierając się które z nich lepiej pływa. Sprzeczka miała pogodny i zabawny charakter. - Możesz wierzyć lub nie ale w wojsku nie było lepszego pływaka ode mnie! – chwalił się Jake sięgając do zamierzchłych czasów. - Ale to było, kiedy nie byłeś na’vi, nie byłeś stary i nie na tej planecie – przypomniała z sarkazmem jego towarzyszka. - Hej! Nie jestem stary. Zresztą ścigajmy się. Do wodospadu! – krzyknął po czym wskoczył do wody. Neytiri nie trzeba było tego dwa razy powtarzać. Zwinnie poszła w ślady Jake’a wchodząc płasko do wody by zyskać jak największą prędkość. Szli do wodospady łeb w łeb. Jake miał przewagę w sile mięśni, niestety nie był tak winny jak Neytiri. W ciągu niecałej minuty byli już w połowie drogi do celu, która liczyła sobie dobre dwieście metrów. Mimo swojej siły Jake nie mógł wyprowadzić się na prowadzenie. Ponadto jego ruchy nie były tak oszczędne i tracił siły dużo szybciej niż Neytiri. Jego przewaga malała z każdą sekundą. Po następnej minucie jego rywalka była już na miejscu, unosząc się swobodnie na wodzie, gdyż dno było zbyt głębokie. Przegrał o całe dwie sekundy. - Ha! Widzisz wygrałam! – krzyknęła zwyciężczyni. - Kryj się! – Wrzasnął Jake zauważając spadającą sylwetkę. Nie musiał powtarzać. Szybko płynęła by schronić się pod skałami. On popłynął w przeciwnym kierunku. Nim Neytiri zdążyła dopłynąć do upatrzonej kryjówki, między nią, a Jake’kiem wyrósł ogromny słup wody.
Dudek z rosnącym skupieniem obserwował jak lustro wody zbliża się do niego z dużą prędkością. Tuż przed uderzeniem zwinął się w kłębek aby nie złamać kręgosłupa jednocześnie spowalniając prędkość spadania mocą, przynajmniej na tyle na ile potrafił. Nagle poczuł zderzenie z wodą, a już po chwili był już pod wodą. Zrzucił szybko ciężkie buty, zostając jedynie w luźnej, białej koszuli i granatowych spodniach. Wynurzył się na powierzchnię, łapiąc brakującego już w płucach powietrza.. Po złapaniu tchu zobaczył dwóch na’vi patrzących na niego jak na trupa. Co prawda był mokry i rozczochrany, no ale bez przesady. Postanowił się jednak zachowywać jakby tego nie zauważył. Postanowił zacząć rozmowę. „Mam nadzieję, że umieją angielski” – pomyślał w duchu. - Ja Dudek. Gdzie Hotel? – powiedział wyraźnie akcentując każde słowo – H-O-T-E-L.
Kiedy młody jedi rozmawiał z navijczykammi w odległym o tysiące lat świetlnych systemie, nia planecie zwanej Coruscant toczyła się rozmowa, która jest dla na ciekawa tak samo jak byłaby dla naszego zwariowanego jedi, gdyby mógł ją usłyszeć. W przytulnym pomieszczeniu, przed hologramem siedział młody człowiek – Joke Maxim. - Witaj mistrzu! – powiedział na widok wchodzącego Luka Skywalkera. Wielki mistrz jedi skłonił lekko głowę i przeszedł od razu do rzeczy. - R2 właśnie wrócił. Wysadził Dudka na Pandorze. Nasz przyjaciel przez całą drogę bredził o ulotce z biura podróży, hotelu, kontakcie z przyrodą, oraz twierdził, iż pisało na niej, że thanator to taki komar. – zrobił przerwę i popatrzył podejrzliwie na stojącego przed nim młodzieńca – wiesz może o jaką ulotkę chodziło? - Ulotkę – zrobił niewinne oczy Joke, po czym roześmiał się –Dobra, przyznaję. To ja zrobiłem tą ulotkę. Ale R2 chyba go powstrzymał? – spytał myśląc, że zza drzwi zaraz wyjdzie Dudek. Nie wyszedł. Mina młodego padawana zrzedła. – Myślałem, że R2 go…