Fantastyka · 1 godz. 10 min czytania
Jedna decyzja Stwórcy
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 6
Czas leciał nieubłaganie. Wydarzenia które miały miejsce wieki temu, zdają się być bardzo mi bliskie. To normalne, gdy jest się zajętym jakąś pracą, lub czynnością, która sprawia przyjemność. Dla mnie zawsze taką czynnością było tworzenie. Najlepiej sprawdzam się w konstruowaniu maszyn, które na pozór zdają się nikomu niepotrzebne. To tylko pozory, oczywiście, bo przecież maszyna aby dobrze zadziałała, musi być poprawnie obsługiwana przez wykwalifikowaną jednostkę. W czasie mojej wieloletniej pracy często zdarzało się, że niekompetentne jednostki bawiły się moim dziełem. Określenie bawiły jest najlepsze gdyż nazywanie tej czynności operowaniem byłoby kłamstwem. Wynikiem tej zabawy zawsze i niezmiennie było zepsucie lub poważne uszkodzenie mechanizmu wewnątrz podstawowych motorów bądź układów elektronicznych. Naprawa takiej maszyny zawsze była taką samą przyjemnością jak jej pierwotne konstruowanie, lecz smucił mnie fakt tak nieporadnego obcowania człowieka z dziełem, które stworzone zostało przez podobnego człowieka. Poprawna współpraca człowieka i maszyny brzmi jak dobrze nastrojony instrument, co w efekcie daje symfonie wizualnych rezultatów, pięknych produktów bądź czynności odbywających się cyklicznie, jedna po drugiej, niezmiennie i logicznie. Jest w tym pewien rodzaj piękna. Piękno nieustającego procesu tworzenia. Docenić to piękno może tylko ten, kto zrozumie ten system. Tak jak dla wprawnego oka muzyka układ nut dziewiątej symfonii Beethovena jest dziełem genialnego umysłu , tak dla laika to tylko zbiór symboli, z których nic nie wynika. W akcie tworzenia należy uczestniczyć, aby go w pełni docenić.
W upalny, wtorkowy ranek zadzwonił telefon. Dźwięk leniwie rozchodził się w ociężałym od skwaru powietrza, rozbijał się po pokoju, mijając łóżko, stojący przed nim malutki drewniany stołeczek, skórzany fotel, jaki często można spotkać w przydrożnych motelach z popękanym nakryciem, komódkę, aż dotarł do mnie, śpiącego na sofie. Sygnał dzwonka telefonicznego był irytujący. Nie mogłem przerwać go od razu. Telefon leżał zbyt daleko. Dopiero przy czwartym sygnale podniosłem słuchawkę. Lewą ręką przetarłem oczy i rozejrzałem się po pokoju. Tonął w odcieniu jasnego, dębowego koloru światła, które uparcie przedzierało się przez uchylone lekko szczebelki żaluzji. Drzwi do łazienki były otwarte, ręcznik leżał niedbale na metalowej poręczy przed wanną. Przyłożyłem słuchawkę do ucha. Usłyszałem znajomy głos.
-Max? - Głos mojego przełożonego był ciężki, jak gdyby coś przeszkadzało mu w mówieniu.
-Tak, to ja.
-Wszystko w porządku? Ciężko się z Tobą skontaktować. Dzwoniłem na Twoją komórkę, ale przez cały czas łapała mnie poczta głosowa. Do tego irytowała mnie ta nieznośna melodia. –Rick miał na myśli utwór Leonarda Cohena, Hallelujah, który ustawiłem zamiast sygnału. Nie lubi poważnych piosenek o podtekście religijnym.
- Wszystko jest w porządku. Chciałem wyskoczyć za miasto na dwa, trzy dni. Cindi dała Ci numer do tego motelu?
-Tak – odpowiedział Rick. – Przepraszam Cię, że przeszkadzam w spokojnym spędzaniu urlopu, ale pojawiło się nowe zlecenie. Na tyle ważne, że nawet te dupki z centrali nie wiedzą o nim. Naturalnie nie mogę powiedzieć Ci wszystkiego przez telefon. Wszystkie szczegóły przekaże Ci osobiście. – W tym momencie Rick zrobił krótką przerwę, jakby zbierał myśli, albo zastanawiał się nad tym czy powiedzieć mi coś jeszcze lub zachować dla siebie. Zdecydował się mówić dalej.- Uwierz mi Max, ta sprawa jest bardzo nietypowa. Można powiedzieć, że przywraca wspomnienia. – Głos miał coraz żywszy, wyraźnie podniecony tym o czym mówił. Zastanawiało mnie to o jakim zleceniu mówi, i czemu miało by przywracać wspomnienia? Wspomnienia czego? Dlatego zapytałem.
-Możesz mi jednak nakreślić czego mogę się spodziewać.
- Lepiej nie. Naprawdę. Ważna jest dyskrecja. Dużo ryzykuję dzwoniąc na ten numer. Spotkajmy się za dwie godziny, a wszystko ci wyjaśnię.
Nie miałem żadnych planów na ten dzień. Odkąd pamiętam, nigdy nie potrafiłem wypełnić wolnego czasu normalnymi czynnościami. Tak samo wygląda mój urlop. Pewnie przesiedziałbym cały dzień w pokoju bądź spacerowałbym bez celu. Dlatego też perspektywa poznania ciekawego zlecenia wydała mi się na tyle atrakcyjna, by nie silić się na wymyślanie wymówek, aby pod pretekstem odłożyć to spotkanie.
-Dobrze. Spotkajmy się w firmie.
-OK. Wiedziałem że mogę na Ciebie liczyć. Do zobaczenia Max.
-Tak, do zobaczenia.
Było po 11 : 30 gdy przekroczyłem próg firmy. Przywitałem się z sekretarką Cindi. Jest jedną z niewielu osób z którymi jestem w zażyłych stosunkach i z którą mogę rozmawiać bez upiększania faktów.
-Cześć Cindi.
-Witaj Max. Jak się czujesz? Nie jesteś zły za to, że powiedziałam Rickowi o tym, gdzie wyjechałeś na urlop?
Początkowo byłem trochę zdenerwowany, że powiedziała mu o moich planach. Myślałem, że mogę je bez obaw jej wyjawić, a ona ich nie zdradzi. Lecz Rick wiedział o nich od niej. Dlaczego mu powiedziała? To mnie zastanawiało. Na pewno nie wie o zleceniu, które dostaliśmy. O ile mi wiadomo, to sprawa poufna. Skoro Centrala Zarządu nie wie o tym projekcie, jak twierdzi Rick, to tym bardziej Cindi. Postanowiłem nie pytać jej wprost, lecz wybadać, czy o czymś wie.
-Rick musiał mnie bardzo potrzebować, skoro ściągną mnie z urlopu, jednocześnie nic nie wyjaśniając.
-Naprawdę nie powiedział Ci o tym zleceniu? Podobno Centrala potrzebuje wykwalifikowanego inżyniera do naprawy ich głównej jednostki operacyjnej – karty służącej do przeprowadzania obliczeń matematycznych. Sam wiesz, oni bez niej nie mogą nawet spuścić wody w toalecie. Dlatego dałam Rickowi namiary na ten mały motel w którym się zatrzymałeś. Inni nie naprawią tego komputera wystarczająco szybko.
-Tak, zgadza się.
Więc też o niczym nie wiedziała. Pretekst mówiący o naprawieniu karty w siedzibie centrali faktycznie jest na tyle przekonujący, aby ściągnąć pracownika z urlopu, nieważne jak daleko wyjechał. Ściągnęli by go nawet, gdyby poleciał na Saturna.
Część 22 / 6
- Ty programowałeś układy tej karty.
- Rick nie pomyślał o kimś innym do tej pracy?
-Powiedział że tylko Ty nadajesz się do tego zadania.
- Skąd wiedział, że Ty wiesz gdzie jestem?
- Mmm. Być może…ktoś usłyszał jak rozmawialiśmy, albo sam się domyślił.
W jej głosie słychać było niepewność i lekkie zawahanie. Odniosłem wrażenie że kłamała. Nie mogłem jednak drążyć tego tematu. Spieszyłem się na spotkanie.
- Pewnie miał swój powód. Praca zajmie mi kilka dni, może cały tydzień. Chciałabyś spotkać się dziś wieczorem?
- Max, bardzo mi przykro, ale mam plany na kilka następnych wieczorów. Nie mogę ich odwołać. Chętnie za to pójdę na kawę z Tobą w czasie przerwy.
- Ok. Zadzwonię do Ciebie.
W oddali korytarza rozniósł się cichy dźwięk sygnalizujący otwarcie drzwi do windy. Budynek w którym pracuje ma równe 100 pięter i aby dostać się na samą górę należy zrobić trzy przesiadki. Windy są dosyć małe. Mogły by być większe, choćby odrobinę. Pracowników zatrudnionych w FutuCorp jest ponad ośmiuset. To ogromna liczba ludzi, codziennie jeżdżących windą. Nigdy nie zdarzyło mi się jechać samotnie całą drogę na górę. Za każdym razem spotykam znajome mi twarze, ludzi, których znam z widzenia, rzadko z imienia.
Szybkim krokiem przeszedłem w kierunku windy, mijając po drodze stanowisko Cindy, oraz wyposażenie lobby. W windzie spotkałem Ricka.
- Dobrze Cię widzieć Max! Centrala znowu nie pozwala nam się nudzić, prawda?
- Tak, co bez niej byśmy zrobili z naszym życiem.
Jechało z nami kilka osób. Rick specjalnie głośno zaczął rozmowę w ten sposób aby ukryć prawdziwy cel naszej wizyty. Całą drogę na górę rozmawialiśmy o nowym modelu karty dokonującej obliczenia w głównym komputerze centrali. Posługiwaliśmy się specjalistycznym, inżynierskim żargonem, toteż nikt z osób, które z nami jechały nie mogły wiedzieć, co najwyżej się domyślać, o czym mówimy. Pewny tego jestem, gdyż większość projektu karty została zaprojektowana od podstaw przeze mnie z pomocą Ricka. Użyliśmy nowatorskich technik oraz ciężko dostępnych materiałów. Muszę przyznać to przed samym sobą, że konstrukcja tej karty to niemalże szczyt moich możliwości. Obliczenia, których zdolna jest wykonać ta karta, przewyższa sumę mocy obliczeniowej wszystkich procesorów które istnieją, dodatkowo nie przegrzewa się podczas pracy, i może bez przerwy wykonywać obliczenia. Natomiast szansa, że popsuje się z powodu wyłącznie wewnętrznego jest bliska zeru. Nie posiada ruchomych części, wszystkie obwody zostały pokryte materiałem znoszącym najgorsze warunki zarówno wewnętrzne jak i zewnętrzne. Unieruchomienie obliczeń dokonywanych przez to urządzenie musiałoby nastąpić jedynie przez nieuwagę i niekompetencję osoby użytkującej, przy czym jest to teoria bardzo prawdopodobna. Ludzie pracujący w centrali to osoby niewykwalifikowane technicznie, lecz o pożądanych preferencjach politycznych. Oni decydują w jakim celu karta ma być wykorzystana, nie w jaki sposób. Lecz usterka karty to tylko przykrywka. Prawdziwy cel dzisiejszej wizyty jest zgoła odmienny. Postanowiłem szybko dowiedzieć się, czego Rick zażąda ode mnie tym razem. Dojechaliśmy na 96 piętro. To właśnie na tym piętrze znajduje się gabinet Ricka. Jest dosyć ważną osobą w całej korporacji. Do tego jest cholernie inteligentnym facetem, wyprzedzającym większość naszych najlepszych inżynierów pod względem fachowej wiedzy. Na wyższych piętrach firmy jest tylko biuro prezesa całej firmy, a dalej wyłącznie sale z dokumentami, teczkami pracowników i resztą niezbędnych papierków. Na ostatnim, setnym piętrze zaś umieszczony został główny komputer, AE, czyli Artificial Entity, wynik wieloletniej pracy, zarówno mojej jak i Ricka.
Po wyjściu z windy skierowaliśmy się prosto do jego gabinetu. Będąc już w środku, Rick usiadł na swoim własnym, skórzanym fotelu za biurkiem, a ja na kanapie stojącej naprzeciwko.
- Napijesz się czegoś, Max? Brendy, whisky, może JD?
JD, czyli Jack Daniels, to mój ulubiony alkohol. Pił go Frank Sinatra jak i członkowie legendarnego już zespołu The Rolling Stones. Postanowiłem napić się, aby uspokoić choć trochę swoje skołatane nerwy. Wczesna godzina mi nie przeszkadzała.
- Dobry wybór, jak zawsze. Ja też się napiję, jeśli pozwolisz.
Kiwnąłem głową, po czym nalał nam obu alkohol do niewielkich szklaneczek. Następnie wyjął ze swojej mini-zamrażarki kubełek z lodem, i wrzucił po kilka sztuk zamrożonych kostek do naszych drinków. Jego gabinet, jako dyrektora naczelnego i głównego inżyniera wyposażony jest w pokaźnych rozmiarów barek, z imponującą ilością różnorodnych alkoholi do wyboru. Podczas gdy nasze drinki się chłodziły, Rick przeszedł do rzeczy i zaczął opowiadać o projekcie, jaki nam zlecono.
- Max, to, o czym teraz Ci powiem, musi pozostać miedzy nami. Ufam Ci, wiesz o tym. Ale zrozum to i przyjmij do wiadomości. W porządku?
- Jasne – odpowiedziałem.
Część 33 / 6
- Jakiś czas temu na rynku komputerowym pojawiła się nowa firma. Może o niej słyszałeś, nazywa się NextStepLab. Jak zapewne wiesz, w dzisiejszych czasach, jest to dosyć niespotykane. Konkurencja jest silna, a nielegalne działania wyniszczające innych przedsiębiorców zdarzają się notorycznie. Policja i tak siedzi w portfelach głównych szych. Nasza firma dominuje w tej grze. Na ogół nie przejmuję się tym, że ktoś próbuje wyrwać kawałek tortu dla siebie, lecz tym razem było inaczej. Postanowiłem trochę powęszyć i sprawdzić, kto jest właścicielem tej firmy. Tutaj pojawiła się pierwsza dziwna informacja.
Rick sprawdził dłonią temperaturę szklanki. Z jego miny można było wywnioskować, że była jeszcze dość ciepła. Zbyt ciepła dla osoby pijącej codziennie mocne alkohole. Lód jeszcze się nie rozpuścił w brunatnej cieczy. Trzymając w lekkim uścisku szklankę, kontynuował.
- Powiedz mi Max, czy wiesz kto był najbardziej wpływowym człowiekiem w latach 90’siątych w przemyśle komputerowym?
- Hmm. – Musiałem się chwilę zastanowić. – Czy masz na myśli Johna Spencera?
- Pudło. Postaraj się bardziej. Wiem, że Ty wiesz, o kogo mi chodzi.
- W takim razie zapewne chodzi o Rotarda, najgenialniejszego i wyjątkowo niedocenionego umysłu tamtych lat.
- Dokładnie o tego człowieka mi chodziło. O jego istnieniu praktycznie nikt nie wiedział i nadal mało kto wie. Jasne jest to, że my o nim pamiętamy, gdyż to bazując na jego teoriach byliśmy w stanie rozpocząć prace nad główną kartą AE. Obaj też wiemy, że Spencer wykorzystał genialny umysł Rotarda, aby zbić majątek. Traktował go przedmiotowo i wyzyskiwał chorego człowieka. Jako umysłowo niepełnosprawny, był od niego całkowicie uzależniony. Innowacyjne technologie, będące wynikiem pracy Rotarda sprzedawał jako swoje za krocie, po czym otworzył FutuCorp.
- Czemu o tym mówisz?
- Już zmierzam do meritum sprawy, mój drogi kolego. Węsząc wokół firmy NextStepLab dowiedziałem się, że jej właścicielem jest nie kto inny, jak sam Mark William Rotard, we własnej osobie.
- Niemożliwe. Zginął w dwa lata po otwarciu FutuCorp, gdy prowadzone przez niego laboratorium doszczętnie spłonęło. Poza tym, gdyby przeżył, nie byłby zdolny do samodzielnego prowadzenia firmy. Choroba by mu nie pozwoliła na to.
- Pomyślałem to samo. Dlatego nasuwają mi się dwa rozwiązania.
Mówiąc to, podniósł do ust swojego Jacka Danielsa i przechyliwszy szklankę, upił dwa duże łyki. Mój drink stał na małym barowym stoliku po prawej stronie sofy. Również sięgnąłem po niego, lecz dla mnie był jeszcze zbyt ciepły.
Odstawiwszy do połowy już pustą szklankę, Rick kontynuował.
- Pierwsze nasuwające mi się rozwiązanie jest takie, że Rotard wcale nie zginął w pożarze. Być może po tym wypadku jego umysł doznał czegoś w rodzaju…olśnienia? Być może znormalniał na tyle, że jest w stanie samodzielnie się o siebie zatroszczyć. Od tamtego czasu minęło już przecież 16 lat. Jeżeli Rotard zachowałby chociaż połowę swojego naturalnego geniuszu, byłby dziś niechybnie jedną z najważniejszych i najbardziej wpływowych jednostek żyjących na ziemi. Sam musisz przyznać, że jego teorie były przełomowe.
Rick miał całkowitą rację. Rotard swoją pracą przełamywał wszelkie schematy. Czytając jego zapiski rzucało się w oczy, że człowiek ten myślał kategoriami nieosiągalnymi dla przeciętnych umysłów. Naginał i łamał każdą możliwą teorię naukową, każdy powszechnie uznany i przyjęty za poprawny punkt widzenia. Bawił się ustalonymi prawami, rozwijał i układał je we wzory i schematy o niesamowitych proporcjach oraz właściwościach. Do dzisiejszego dnia żyje we mnie uczucie, którego doznałem gdy po raz pierwszy miałem szczęście czytać własnoręczne zapiski Rotarda. To tak, jak gdyby ktoś przebił balon noszący napis „mój świat” i zastąpił go wspaniałą konstrukcją, która jawi się jako coś samowystarczalnego i całkowicie oczywistego, gdy już się ją pozna. Gdyby wykorzystać całą jego wiedzę, dziś nasza cywilizacja byłaby o wiele dalej rozwinięta technologicznie niż ma to faktycznie miejsce.
- Drugie rozwiązanie, które przyszło mi do głowy – kontynuował po chwili ciszy Rick – jest takie, że ktoś specjalnie podszywa się pod Rotarda, aby zwrócić naszą uwagę. O jego istnieniu wiedziała zaledwie garstka ludzi. My, nasz szef John Spencer i jeszcze jedna osoba z centrali. Tylko my jesteśmy na miejscu aby mieć szansę na zorientowanie się, co dzieje się na rynku. Spencer jest na Bliskim Wschodzie razem z tą drugą osobą, inżynierem Stevem Kiprem. Lód w moim drinku już całkowicie się rozpuścił. Delikatnie kłujący w skórę chłód szkła pobudzał moje nerwy, gdy przechyliłem szklankę i wlałem całą jej zawartość do ust. Poczułem znajomy smak ulubionego alkoholu. Połknąwszy trunek, przyjemne zimno rozeszło się spokojnie po moim ciele. Rick również dokończył swoją porcję Jacka Danielsa.
- Myślisz więc, że to był haczyk? – zapytałem.
- Ja już to wiem, Max. Rotard niestety nie przeżył pożaru. Moje małe dochodzenie doprowadziło mnie do tego, co kryje się za tym nazwiskiem oraz tą fikcyjną firmą. Rick wstał ze swojego fotela i podszedł do barku. Sięgnął po otwartą butelkę Danielsa i pytającym wzrokiem skierował się w moją stronę. Kiwnąłem głową, po czym nalał mi kolejną porcję. Lód wrzuciłem sam. Z pełną szklanką wrócił na swoje miejsce, i tym razem nie czekając na schłodzenie się alkoholu, jednym, potężnym łykiem wypił całą jej zawartość.
- W trzy lata po śmierci Rotarda, jego zwłoki zostały przeniesione do Azji, a konkretnie, do Tybetu. Przewozem zajęła się firma wynajęta przez klasztor małej sekty wierzącej w reinkarnację. Pomimo tego, że cała akcja była bardzo dyskretnie przeprowadzona i musiałem przekupić pokaźnymi sumami pewne osoby, aby wyjawiły ważne informacje, to jednak najistotniejsze poszlaki zostały pozostawione najwyraźniej naumyślnie. Gdyby postarali się trochę bardziej, nikt nigdy by nie odkrył tej całej sprawy. Dzięki temu, że wiedziałem pod jakim nazwiskiem szukać informacji, ślady wychodziły na jaw po kolei. Jestem przekonany, że specjalnie je zostawiono.
- Niech zgadnę. Chcieli, żebyś ich odnalazł?
- Tak.
Część 44 / 6
- Kontynuuj.
- Ciało Rotarda, o ile mi wiadomo, zostało poddane jakimś rytualnym obrzędom religijnym. Miały one na celu przywrócenie go do życia. Klasztor ten wykonuje te praktyki już od setek lat. Widziałem się z profesorem antropologii z Uniwersytetu. Wyjaśnił mi, że sekta ta jest zamkniętą społecznością ludzi umartwiających swoje ciała. Wierzą też, że świadomość opuszcza ciało po śmierci, lecz może do niego później wrócić. Trudno w to uwierzyć, co nie?
- Dla mnie to tylko zabobony. Człowiek umiera i to koniec. Skoro technika nie znalazła jeszcze sposobu na zwrócenie komuś życia, to coś tak prymitywnego, jak religia, z pewnością nie pomoże. Zastanawia mnie coś innego.
- Co?
- Otóż, po co ta sekta miałaby sprowadzać do siebie ciało człowieka, który należy do zgoła odmiennej kultury. W ogóle, skąd o nim wiedzieli?
- Tego też nie wiem. Nie powiedzieli mi tego wprost. Ale to, co za chwilę Ci pokażę, udowadnia, że chyba faktycznie im się udało postawić staruszka na własne nogi. - Chyba żartujesz.
- Nie jest mi łatwo o tym mówić, wierz mi. Ale dostałem od nich coś, co jest niepodważalnym na to dowodem. Mnichowie z klasztoru nie mogliby tego stworzyć. To dzieło geniusza. To musi być praca Rotarda.
Rick szybkim, zdecydowanym ruchem wstał od swojego biurka. Skierował swe kroki w stronę wiszącego na ścianie impresjonistycznego obrazu. Zdjął go i postawił na ziemi. Pod spodem znajdował się niewielkich rozmiarów sejf. Otworzył go. Choć siedziałem w znacznej odległości od niego, usłyszeć mogłem metaliczny szczęk blokad zabezpieczających. Blokady te rozmiarem musiały znacznie przewyższać wielkość drzwiczek. Cały mechanizm ukryty był w ścianie. Wyjął ze środka gruby arkusz papierów, po czym wrócił do biurka. Ruchem ręki przywołał mnie do siebie, następnie zaś niedbale rzucił je na blat, mówiąc – masz, poczytaj sobie. Wziąwszy je do ręki, powoli zacząłem czytać ich zawartość. Z każdą kolejną kartką moje zdumienie rosło.
- Skąd Ty to masz?
- Oni mi je dali. Po tym jak odnalazłem adres firmy transportującej ciało Rotarda i zlokalizowałem ten klasztor, dostałem dziwny telefon. Zdecydowany, lecz przyjemny męski głos uprzejmie mi rozkazał, abym następnego dnia po tej rozmowie, z samego rana udał się na lotnisko i tam czekał w poczekalni. Mieli mnie znaleźć i porozmawiać. Mężczyzna z którym rozmawiałem powiedział mi też, że on jak i jego współpracownicy wiedzą o tym, że śledzę ich firmę i wiem o koneksjach pomiędzy nią a klasztorem. Zanim zdążyłem o coś zapytać, rozmowa się urwała. Oczywiście, następnego dnia pojechałem na lotnisko. Po kilku godzinach czekania, zrezygnowany i zły już miałem wracać do domu, gdy podeszło do mnie trzech mężczyzn. Nie wyglądali mi na mnichów, raczej na kulturystów. Lecz z ich oczu wyczytać można było opanowanie i wyjątkową inteligencję.
- Co Ci powiedzieli?
- Niewiele, lecz to co byli łaskaw powiedzieć, było bardzo konkretne. Potrzebują konstruktorów. Podobno zdołali wydobyć sumę ludzkiej wiedzy z jej całym potencjałem. Lecz nie potrafią jej zinterpretować. Mówiąc prościej, dostali instrukcje której nie rozumieją. Dlatego potrzebują nas.
Ostrożnie i dokładnie przyglądałem się kolejnym stronom dokumentu.
- Domyślasz się pewnie czemu akurat w nasze ręce trafiły te projekty, prawda?
- Tak, domyślam się. Jak widać, zostaliśmy wybrani do tego zadania z powodu naszych wcześniejszych kontaktów z Rotardem.
- Oraz z powodu skonstruowania karty na bazie jego wcześniejszych odkryć – słusznie zauważył Rick. – Lecz owi mężczyźni powiedzieli jeszcze, że Ty jesteś jedną z nielicznych osób, która może w ogóle pojąć to, co jest tam napisane…sam to przeglądałem wielokrotnie…powiem Ci szczerze, że nic nie rozumiem z tego…
Zegar na ścianie wybił właśnie godzinę pierwszą po południu. Dźwięk zegara dotarł do mnie dopiero po chwili. Cały czas znajdowałem się w stanie oszołomienia informacjami, jakie Rick mi przekazał. Oraz przez to, co właśnie trzymałem w dłoniach. Moment zadumy i oderwania od rzeczywistości przerwał mi właśnie docierający do mojego mózgu dźwięk uderzającego metalu w trzewiach naściennego zegara. Uświadomiłem sobie, że miałem skontaktować się z Cindy w porze przerwy. Godzina, która właśnie nastała, to właśnie ten moment.
- Rick, te dokumenty są…
- Nie kończ…wiem, co chcesz powiedzieć.
- Wprawiają mnie w ten sam zachwyt, co zapiski dostarczone wiele lat temu przez Spencera. Ponownie też czuję ogromny lęk przed rezultatem pracy, gdy już przeanalizuje te stronice. Przerwałem na chwilę. Musiałem zebrać myśli i zrozumieć, co czuję. Po dłuższej przerwie, kontynuowałem.
Część 55 / 6
- Czuje się jednak zmieszany. Każesz mi uwierzyć, że jakaś sekta wskrzesiła genialny matematyczny umysł, wycisnęła z niego ostatnie soki i to podrzucili nam? Sam przyznasz, że to niedorzeczne.
- Wiem co czujesz. Mam podobne wrażenie. Ale spójrz na to z mojej strony. Odkryłem tę firmę i poczułem, że muszę sprawdzić, co w trawie piszczy. To było dosyć silne uczucie. Zwykle nie sprawdzam tak szczegółowych informacji na temat konkurencji, bo i po co. Mamy monopol na sprawy związane z technologią. A dalej na co trafiam? Klasztor w Tybecie, reinkarnacja, tajemniczy transport zwłok Rotarda i nagły kontakt z członkami sekty. Najgorsze w tej sprawie jest jednak to, że ostatecznie, wszystko trzyma się jakoś kupy!
- Co masz na myśli?
- Te dokumenty, do cholery! Zobacz, gdyby tego jednego elementu zabrakło w tej chorej układance, puściłbym całość w niepamięć. I tobie bym dupy nie zawracał. Teraz to jednak niemożliwe. Tylko Ty kumasz, o co chodzi w tym, co tam pisze. Dlatego powiedz mi, zgodzisz się to przeanalizować?
Wahałem się. Po raz pierwszy od bardzo dawna miałem poczucie, jakby moje myśli biegły w dwóch zupełnie różnych kierunkach. Z jednej strony, ciekawość i chęć podjęcia wyzwania. Z drugiej jednak strony, strach przed tym, do czego może nas to odkrycie doprowadzić. Cały czas mam w pamięci tragedie wielu ludzi, do których doszło w wyniku skonstruowania karty. Rynek technologiczny zmienił się wtedy nie do poznania. Przejęliśmy setki mniejszych i większych biznesów. Puściliśmy z torbami tysiące ludzi, analityków, informatyków, programistów…wszędzie tam, gdzie ludzki umysł nie był w stanie konkurować z AE. Co stanie się, gdy odkryjemy potencjał tkwiący w dokumentach, które właśnie trzymam we własnych dłoniach? Czy próżna ciekawość nie zaprowadzi nas zbyt daleko, tam, skąd powrót będzie marzeniem?
- No i jak będzie? Popracujesz nad tym?
- Zgoda. Niech będzie.
- Wspaniale. Kiedy zaczniesz?
- Nie śpieszmy się. Dam Ci znać w odpowiednim czasie.
Spakowałem wszystkie dokumenty do swojej podręcznej teczki. Pożegnałem się z Rickiem. Z jego twarzy wyraźnie można było wyczytać zadowolenie. Wychodząc z pokoju, wyjąłem telefon i wykręciłem numer do Cindy. Odebrała po chwili. Umówiłem się z nią na kawę. Dziesięć minut później, witałem się z nią w pobliskiej kawiarni. Przyszła wcześniej. Ubrana w elegancką marynarkę i krótką spódnicę, eksponowała swoje młodzieńcze wdzięki. Długie nogi, bogaty biust, smukłe ręce i delikatne dłonie. Na dokładkę zaś, szlachetne rysy symetrycznej twarzy. Dyskretny makijaż podkreślał jej naturalny wdzięk. Czułem, jak na jej widok poprawia mi się nastrój.
- Witaj Cindy. Jak Ci dziś mija dzień?
- Cześć Max. Zwyczajnie…Nudno jest siedzieć w recepcji, gdy nikt nie przychodzi. Na domiar złego, nie ma dziś żadnej papierkowej roboty, dla zabicia czasu.
- Rozumiem. Zamówię dla nas kawę. Jaką chcesz?
- Tą co zwykle…dziękuję.
Kelnerka przyjęła zamówienie i oddaliła się od naszego stolika. Nim minęła dłuższa chwila, a zbyt krótka, by silić się na wypełnienie jej jakąkolwiek rozmową, nasze kawy znalazły się na stoliku. Na wiadomość, że na razie nic więcej sobie nie życzymy, pożegnał nas wyćwiczony uśmiech kelnerki. Ona sama również odeszła.
- Będziecie z Rickiem teraz bardzo zajęci, mam rację?
- Zgadza się. Praca nad skalibrowaniem karty trochę potrwa. Coś mi mówi, że tym razem dłużej niż wcześniej.
- Wiesz co Max, zazdroszczę Ci. Jesteś szczęściarzem.
- Ja? Czemu tak sądzisz?
- Bo jesteś nie do zastąpienia. – Głos Cindy nabrał wyraźnie poważniejszego tonu. – Nie mogą do tego zadania wybrać pierwszego lepszego informatyka lub inżyniera. Po prostu, nie istnieje ktoś równie wykwalifikowany.
Część 66 / 6
Mówiąc to, jej wzrok spoczął na filiżance kawy, która stała przed jej leżącymi na stoliku dłońmi.
- Inaczej jest ze mną. Mnie można w każdej chwili zastąpić. Pewnie gdzieś tam znalazła by się bardziej atrakcyjna i bystrzejsza dziewczyna. I z powodzeniem mogła by zająć moje miejsce.
- Czemu poruszasz ten temat? Coś Cię martwi?
- Tak. Jestem niepewna. Niepewna tego wszystkiego, co się może zdarzyć. Teraz mam pracę, lecz to się może zmienić. Coraz częściej zastępuje się ludzi maszynami, które szybciej i skuteczniej wypełniają ich role. Dotyka to głównie najmniej wykwalifikowanych. Ja nie mam szans na jakikolwiek awans. Nie z moim wykształceniem. Jeśli stracę tę pracę, nie będę mogła płacić za mieszkanie. Gdyby tak się sprawy potoczyły, również i studia musiałabym przerwać. Zmartwienie towarzyszyło tej dziewczynie najwyraźniej od dawna, gdyż wypowiadała te słowa w taki sposób, jak lekarz medycyny sądowej nagrywa swój głos na taśmę w trakcie dokumentacji sekcji zwłok. Zimne, nieprzerywane zdania. Przyjrzałem się jej twarzy. Teraz dostrzegłem coś, co wcześniej mi umykało. Jej twarz była szczuplejsza niż niegdyś. Musiała zrzucić kilka kilo wagi. Pewnie oszczędza. Jej lekko podkrążone oczy zdradzały niejedną nieprzespaną noc. Pusty w wyrazie wzrok Cindy utkwił na obiekcie, którego ja dostrzec nie mogłem, znajdującym się za oknem kawiarni, w której spędzaliśmy przerwę. Po chwili namysłu, kontynuowała.
- Chciałabym wiedzieć Max, czego mogę się spodziewać w przyszłości. W dzisiejszych czasach nic już nie jest pewne. Jedyne, na co mogę sobie pozwolić, to na posiadanie nadziei.
- Wszystko jakoś się ułoży. Zobaczysz.
Oboje wymusiliśmy na sobie niewielki uśmiech. W milczeniu dokończyliśmy swoje kawy. Rozstałem się z Cindi. Ona poszła z powrotem do swojej pracy, a ja do samochodu. Chciałem wrócić do domu, aby przygotować się do pracy nad dokumentami. Po wejściu do mieszkania, zrzuciłem z siebie ubranie. Odkręciłem wodę pod prysznicem i włączyłem automatyczną sekretarkę w telefonie. Kilka nieistotnych informacji o promocjach w markecie, jedna oferta ubezpieczenie na życie. Wziąłem prysznic, który mnie zrelaksował. Włączyłem wodę w czajniku. Po chwili, z kubkiem gorącej kawy siedziałem już nad dokumentami. Linijka po linijce analizowałem kolejne strony. Opróżniałem kolejne kubki, na zmianę wypełnione kawą i herbatą.
Po dziewięciu godzinach wytężonej pracy, pewne aspekty owego projektu zaczynały do mnie docierać i przybierać wyraźnego kształtu. Lecz zbyt długa koncentracja sprawiła, iż musiałem się przespać. Trzy godziny snu, tyle mi wystarczy. Nie muszę dużo spać, mój umysł z nieznanych mi powodów szybko się regeneruje i odzyskuje sprawność. Był już prawie środek nocy, gdy z kolejnym kubkiem kawy usiadłem do dalszej pracy. Tak upłyną mi czas do bladego świtu. Pierwsze promyki słońca przywitały mnie w akompaniamencie dzwoniącego telefonu. Okazało się, że to dzwoni Rick.
- Witaj, Max. Jak Ci idzie? Zacząłeś już pracę nad dokumentami?
- Cześć…nigdy nie byłeś tak przejęty projektem jak teraz…ale rozumiem Twój niepokój i zainteresowanie jednocześnie…opracowałem już około połowę tekstu…
- No kolego, jestem z Ciebie dumny! Że tak szybko pracujesz, to nawet ja nie wiedziałem. Zadzwoniłem żeby pogonić Cię do roboty, a tutaj taka niespodzianki. I jakie wyciągasz wnioski?
- Wstępnie wydaje mi się, że jest to instrukcja do budowy urządzenia dokonującego obliczenia w oparciu o jedną konkretną informację…wprowadzaną do systemu w jakiś dziwny, jeszcze niezbyt mi znany sposób.
- Jedną informację wstępną? To jakieś żarty. Mój komputer osobisty wykonuje je w oparciu o miliony takich informacji. Na pewno dobrze to zrozumiałeś?
- Zaufaj mi. Twój komputer wykonuje setki milionów operacji, ale są one rozbite na tyleż samo procesów. Tutaj mamy do czynienia z czymś zupełnie innym. Wyobraź sobie coś o mocy obliczeniowej równej setkom naszych kart AE, ale skupionej na jednej jedynej czynności. Tylko nie wiem, jak to wprowadzić do środka…musisz dać mi jeszcze więcej czasu.
- Dobra, ufam Ci…ale daj mi znać jak tylko będziesz wiedział coś więcej.
- Dobrze. Do usłyszenia.
Szybkim ruchem odłożył słuchawkę. W tonacji jego głosu wyczułem wyraźne podniecenie i zniecierpliwienie. W sposobie mowy natomiast dźwięczne, wręcz melodyjne wymawianie słów. Sugerowało mi to, że cieszy się z całej tej sprawy, jak gdyby wygrał główną nagrodę na loterii. Mnie z kolei trapią wątpliwości. Co to za maszyna, której sekret powoli odkrywam? Do czego będzie nam służyć?
Wstałem znad biurka przy którym pracowałem. Skierowałem się do łazienki. Wchodząc, zapaliłem blade światło jarzeniówki. Drzwi zostawiłem lekko uchylone, spojrzałem w lustro wiszące nad zlewem. Zobaczyłem tam zmęczonego człowieka, z podkrążonymi oczami. Przykry widok. Odkręciłem kurek z ciepłą wodą. Przemyłem twarz. Spojrzałem ponownie. Obraz pozostał ten sam. Poza kilkoma zabrudzeniami, nie udało mi się usunąć smutku, zmęczenia i melancholii z wyrazu mojej twarzy. Zgasiwszy światło, wyszedłem z łazienki i wróciłem do biurka. Kubek znów stał pusty. Wróciłem do pracy około dziewiątej rano. Rozpocząłem analizowanie kolejnych stronic dokumentu. Postanowiłem, że znajdę ideę łączącą główne zastosowanie maszyny, a sposób, w jaki wprowadza się w nią dane wejściowe. Otóż, z tego co pisze, maszyna ta będzie posiadać potężną moc obliczeniową. Tylko w przeciwieństwie do współczesnych maszyn, nie będzie opierała się na obliczeniach binarnych. Schemat jej działania bardziej przypomina działanie mózgu. Lecz jednocześnie, maszyna ta nie będzie niczym w rodzaju imitacji ludzkiego umysłu…Nie będzie miała zdolności do interpretowania faktów ani ich łączenia. Pomimo potencjalnie ogromnej mocy, świadoma analiza faktów będzie poza jej zasięgiem. Więc jednak po skonstruowaniu jej, będzie można ją kontrolować. Czyli pozostanie jedynie narzędziem. Po ustaleniu tego faktu, ulżyło mi. Będziemy w stanie wyłączyć to w razie potrzeby. Przez myśl mi przeszło, że budując to coś, z planów jakie nam podrzucono, konstruujemy coś na wzór konia Trojańskiego. Tak na szczęście nie będzie. Lecz inna rzecz nadal mnie niepokoiła. Aby łańcuch obliczeniowy mógł zostać zainicjowany, potrzebny jest bodziec. Nie jest to jednak rodzaj żadnej komendy. Nie będzie to posiadało funkcji Start. Stop chyba też nie. Ten bodziec będzie musiał mieć dwojaki charakter – informacyjny z jednej strony, a świadomie umotywowany z drugiej. Tak jakby uczucie i myśl dawały czemuś początek… To był przełomowy moment. Człowiek będzie tym zapalnikiem, dostarczycielem początkowej informacji inicjującej. Sterowanie myślami? Być może…co by to nie było, od momentu zrozumienia tego faktu, dokończenie pracy nad analizą dokumentów poszła już szybko. Wszystko układało się w zrozumiały, piękny wręcz schemat. Po dwóch godzinach pracy, wszystko już miałem skończone. Zegar na ścianie wybił wpół do jedenastej. Zimny, metaliczny dźwięk rozprzestrzenił się powoli po pokoju, jak leniwa sprzątaczka w ostatni dzień pracy przed urlopem. Zaparzyłem wodę i zalałem dwie łyżeczki kawy wsypanej do filiżanki. Mała, porcelanowa filiżanka mogłaby uchodzić za relikt z epoki panowania Chińskiej dynastii Sung, lecz na drodze do tego wrażenia stoi marnej jakości motyw przewodni namalowanego na niej wzoru. Cesarz i cesarzowa mieli z pewnością lepszy gust niż to.
Pijąc kawę rozmyślałem o tym, co mam zrobić. Rick już wie, że byłem bliski ukończenia pracy nad analizowaniem dokumentów. Gdybym teraz zdecydował się zataić przed nim jej rezultat, wymyślając jakąś bezsensowną wymówkę, natychmiast by mnie zdemaskował. Pewnie uzbrojony w myśliwską strzelbę przyjechałby pod mój dom, i z pokaźnym zapasem amunicji zaczął głośno liczyć czas pozostały mi do wyjścia z domu z podniesionymi rękoma. W wypadku odpowiedzi negatywnej, zalałby moje mieszkanie gradem śrutu wielkości piłek do tenisa. To był zły pomysł. Uciec też nie mogłem. Gdy myśl ta zaświtała mi w głowie, mimochodem spojrzałem na broszurę informacyjną biura podróży. Wyjąłem ją po powrocie z firmy do domu, i nie zauważywszy pośród innej korespondencji, dopiero teraz przykuła moją uwagę. Kusząco brzmiące promocje tanich lotów do krain, gdzie wszystko można zacząć od nowa. Tak przynajmniej obiecują spece od marketingu. Jako że wycieczki mnie męczą, a nie relaksują, i ta ewentualność odpada. Dłuższy czas tak siedziałem, rozmyślając trochę bez sensu, błądząc po ścieżkach swojej wyobraźni, gdy nagle odezwał się dzwonek do drzwi.
Spojrzałem przez szklane oko wizjera. Ujrzałem dobrze znana mi twarz. To była Cindi. Zanim mogłem otworzyć drzwi, zwolniłem z zawiasów dwa zamki – jeden na górze, drugi na dole. Ujrzałem ją wtedy w pełnej krasie. Jej strój jednoznacznie mówił mi, że dziś musi być jeden z cieplejszych dni. Miała na sobie błękitno-biały T-shirt, z odkrytymi ramionami. Krótkie sportowe spodenki z dwiema kieszonkami na przodzie zakrywały niewielką część jej długich i niewątpliwie ponętnych nóg. Rozpuszczone, ciemne włosy sięgały jej do ramion, zakrywając oboje uszu. Widok pięknej kobiety stojący u progu mojego domu zaburzony był przez wyraz twarzy ów stworzenia, które w każdym mężczyźnie powoduje szybsze bicie serca. Wyraźnie smutna, zanosząca się do płaczu mimika jej lica, przypominała mi uczucie, jakie ma się podczas ogłaszania wyroku sądowego, skazującego człowieka na karę śmierci. Nim minęło pierwsze wrażenie, jej oczy już pokryte były cienka warstwą wilgoci. Jej prawa dłoń, zgięta w przedramieniu, sięgająca blisko ust, mocno ściskała wyraźnie już mokrą chusteczkę. Poszczególne elementy jej twarzy wydawały się jakby zapomniały, że należą do jednego i tego samego lica– niejednolicie drgające mięśnie wokół ust i