Inne · 7 min czytania
Jedna z przygód Maksymiliana Zająca
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Maksymilian Zając trzymając swoją obrośniętą legendami szczotkę, wlókł się swym powłóczystym krokiem przez jeden ze szkolnych korytarzy. Ten charakterystyczny styl chodzenia spowodowany był dwoma czynnikami. Po pierwsze poziom alkoholu w jego krwi był o wiele wyższy niż przewidywały to wszystkie normy (no, może poza jego własną), po drugie nie bez znaczenia był uszczerbek na zdrowiu którego doznał w mrocznych odmętach roku 1941 kiedy to pewnego dnia z bliżej nie znanych mu przyczyn obudził się... w przetwórni tranu na jednej z norweskich wysp- Lofotach. Tak się skalda że obudził go wtedy wybuch owej fabryki. Był na nieziemskim kacu, cudem jednak uszedł z życiem, doznając jedynie obrażeń lewego pośladka. Wbił się weń bliżej nieokreślony fragment owej przetwórni. Absurdalność pojawienia się w takim miejscu kogoś takiego jak Maksymilian Zając może się wydawać niepojęta, nie była to jednak wcale najdziwniejsza przygoda obecnego woźnego w 18 Gimnazjum w Warszawie. Idąc tak opustoszałym korytarzem dumał nad metodą jaką będzie musiał zastosować do przesączenia denaturatu. Była dwunasta w nocy a o tej porze trudno było o chleb. Mógł zawsze wypić nie przesączony, ale po swojej ostatniej przygodzie z eksperymentami na denaturacie (zapijaniu nim mieszanki rozpuszczalnika wymieszanego z sokiem ze spleśniałych kiszonych ogórków) postanowił nie ryzykować. Wciąż jeszcze nie pozbył się tego smrodu... Nagle jego rozważania przerwał jakiś szmer. Maksio miał już swoje lata, słuch jednak wciąż miał bardzo sprawny. Energicznie wyciągną przed siebie zawieszoną przez ramię szczotkę. - Kto to?- Burkną ochrypłym głosem. Odpowiedziała mu cisza. Wytężył wzrok, jednak w półmroku rozpraszanym jedynie przez słabe światło księżyca wlewające się leniwie przez okno nic nie spostrzegł. Znów usłyszał szmer. Tuż za swoimi plecami. Nadspodziewanie szybko zamachną się szczotką i nim jeszcze się odwrócił wymierzył jej końcem w miejsce gdzie usłyszał dźwięk. Szczotka trafiła w próżnie. - Hmm.- Zamruczał Maks drapiąc się po szyi.- Co to ma być?- Burkną. Nagle przez stare głośniki szkolnego radiowęzła wystrzeliła przeraźliwie głośno okropna melodia. Zawtórował jej śpiew: - Soyuz nerushimi respublik svobodnikh splotila naveki Velikaya Rus...! Maks aż podskoczył na ten dźwięk. Szczerze się zląkł, choć zdarzało mu się to niezwykle rzadko, to poznał to uczucie: był wystraszony. Szybko jednak odzyskał zimną krew. - Miszczenko... ty stara prukwo!- Warkną po czym pobiegł w kierunku najbliższych schodów. Zbiegł w dół i plątaniną ciasnych, podziemnych korytarzy i pomieszczeń które tworzyły istny labirynt dobiegł do nieco większej sali. Maks był chyba jedynym człowiekiem, który znał dokładnie te rozległe podziemia. Pomieszczenie do którego dotarł było równie wilgotne, ciemne i zapuszczone jak reszta. Różniło się jednak tym, że po przeciwnej stronie wejścia nie kończyło się betonową ścianą. Dalsza część pomieszczenia była zamurowana czerwoną cegłą. Jedynie Maks wiedział po co. Sam postawił tą ścianę. To było już ze dwadzieścia lat temu. Cegły ukradł z pobliskiej budowy. Skąd miał cement (czy cokolwiek to było)? Nie pytajcie- nie…