Romans · 29 min czytania
"Jedno słowo"
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 5
Prolog
Był ciepły jesienny dzień. Słońce nieźle przygrzewało. Jeden z tych dni „żyć nie umierać”. No wiecie, byle do końca lekcji, na podwórko, z kumplami. Nie każdy jednak podzielał ten entuzjazm. Nie każdemu do życia wystarczało to samo. Nie każdy miał takie potrzeby jak roślina. Go nic nie cieszyło, nic nie było jego celem. Uważał życie za jedną wielką walkę. Każdy kolejny dzień za kolejną bitwę. Nie z wrogiem, bo go można pokonać. Z samym sobą. Z własną słabością. A w tej walce potrzebował wsparcia. Kogoś na kogo mógłby liczyć, z kim ramie w ramie walczyć co dzień. Kogoś kto go zrozumie, kto go pokocha.... Brak chętnych?
Koledzy powiedzieli by o nim fajny kumpel, zabawny, charyzmatyczny. Nauczyciele błyskotliwy, inteligentny, zdolny. A on sam o sobie? Szary. Uważał się za kolejnego Kowalskiego na tym zasranym świecie. Zwykły, niczym nie wyróżniający się. Pewnie nawet nikt nie zauważyłby jego zniknięcia. A na pewno nikt by się nim nie przejął. Już dawno by ze sobą skończył ale nie miał odwagi. Taki był. Nie zawsze i nie na zawsze...
Ten sam dzień. Szkoła dziś jest już wspomnieniem. I chociaż jego kumple z klasy siedzą jeszcze w czterech ścianach swego szkolnego więzienia on jest wolny. Szybko schował się w blokowisku niedaleko szkoły. Sięgną do kieszeni kurtki i wyciągną mocno poniszczoną zapalniczkę Zippo. One nigdy się nie psują- pomyślał. Sprawdził. Rzeczywiście działa bez zarzutu. Potem poszukał jeszcze chwilę w plecaku. Wydobył trochę zgniecioną paczkę Spike-ów.. Włożył jednego do ust, odpalił i głęboko się zaciągną. Paczkę schował w kieszeń kurtki. Znowu się zaciągną. W tym momencie ujrzał kumpla nadchodzącego od strony szkoły. - Ściemka. Jak tam leci Edo? -zagadał. - Cze Ci! Stara bieda. Nudno w tym... Hej! Obstawisz pojarę? - Wiesz że nigdy nie obstawiam – z tymi słowami wyciągną znów paczkę i poczęstował kumpla. - Dzięki! No to właśnie mówię ci że nudno jakoś w tym mieście. Wszyscy nic tyko szkoła, nauka bo potem się do liceum nie załapiesz a ja to wszystko pierzę. - Witaj w klubie! Ha, mam taki sam światopogląd. Ten świat jest zbyt parszywy żeby się nim przejmować. A tak w ogóle to co ty tu robisz? - Przyszedłem po laskę. Chyba teraz kończy lekcję... – w tym momencie przerwał mu dzwonek na przerwę. - No to leć, one nie lubią czekać. –powiedział On tak jakby miał o tym jakiekolwiek pojęcie. - Masz rację bracie. Cze! –rzucił jakby od niechcenia i poszedł. On jak zwykle sam poszedł. Na autobus, bo już pora do domu. I pomyśleć że jutro to wszystko zacznie się od nowa...
Część pierwsza „Prawie autobiografia”
Rozdział I „Święto”
Ale On nie był wcale sam. Miał rodzinę, miał kolegów, nawet kilku przyjaciół. Ale jakoś nie potrafił się tym cieszyć. Dla niego wszystko to było szare, normalne. Był uzależniony od życia, i potrzebował coraz nowszych, mocniejszych bodźców. A o te było trudno.
Zimny jesienny dzień. Obudził się rano a raczej ktoś mu w tym pomógł.
Część 22 / 5
- Hej Ty! Wstawaj! Szkoda dnia! A poza ty śniadanie stygnie!- To jego matka. Musiała kiedyś być bardzo piękna. Teraz zniszczona trochę przez życie, przez ciężką pracę i przez swoje dziecko które dostarczało jej coraz to nowych trosk. Chciała go zrozumieć. Naprawdę się starała. Jednak tego nikt nie potrafił. - Dlaczego mnie tak wcześnie budzisz, przecież dzisiaj sobota? –spojrzał na zegarek. Dziewiąta rano. Ale nikt mu nie odpowiedział. Matka wyszła roztargniona trochę. Wróciła do swoich codziennych obowiązków domowych. Kochał ją. Bardzo. I było to chyba wtedy jedyna myśl jaka trzymała go przy życiu. Ale to nie mogło trwać wiecznie. Zerkną na kalendarz który leżał na jego szafce nocnej. „Wszystkich świętych” wyczytał.
Ubrał się szybko i zbiegł po schodach do jadalni. Tam czekała już jego matka wraz z ojcem. Jeżeli mógł z całą pewnością powiedzieć że matkę kochał to nie byłby taki pewien tego co do ojca. Jego uczucia względem niego wahały się jak kursy akcji jakiejś spółki na giełdzie. Dla niego był to człowiek zagadka. Jednego dnia taki drugiego zupełnie inny. Był bardzo wybuchowy i denerwował się o byle co. Po śniadaniu poszedł do kościoła, potem na cmentarz. Straszne uczucie. Wystarczyło jedno spojrzenie na morze krzyży i zrozumiał. On nie chciał być jak ten jeden kolejny człowiek. „Pozostawić Trwały Ślad”. Tak. Tak będzie.
On nie był sam. Miał kilku kumpli którzy każdego dnia zjawiali się pod jego domem. I wychodził. Dusił się w czterech ścianach. Czegoś wciąż było mu brak. Sam nie wiedział czego. Dzisiaj jak co dzień udali się na sąsiednie osiedle. Mieli tam kilka zaprzyjaźnionych dziewczyn a On nie miał innego pomysłu na spędzenie tego wieczoru. Żeby się tam dostać trzeba było przejść kawałek polną dróżką. To całkiem dobrze się składało bo nie trzeba było szukać ustronnego miejsca żeby sobie zapalić. Edo wyciągną paczkę fajek. Wszyscy wzięli. Tylko nie on. On sięgną do kieszeni swych spodni i wyciągną mały, foliowy woreczek. Kumplom zaświeciły się oczy.
- No to mamy dzisiaj randkę z Marysią?- powiedział Żabol. Wszyscy wybuchneli śmiechem. On wyciągną z portfela malutkie pudełko bletek i mały tips. Z niemałą wprawą skręcił blanta. - Ja zaczynam – powiedział z szatańskim uśmiechem.
Włożył jointa do ust i odpalił. Poczuł wspaniały smak słodkiego dymu. Głęboko się zaciągnął. Umiał palić. I bardzo to lubił. Pozwalało mu to przeżyć. Oderwać się na chwilę od rzeczywistości. I dobrze się bawić. Skręt wędrował z ręki do ręki aż wreszcie zgasł.
- Wszystko co dobre szybko się kończy – sentencjonalnie podsumował to Misiek
- Mam nadzieję że złe rzeczy też się kończą. – powiedział On. I odleciał.
Część 33 / 5
Jak przez mgłę pamiętał kolejne trzydziści minut. Pamiętał że ciągle się śmiał bo Żabol wyglądał tak strasznie śmiesznie. W końcu znaleźli się u Pauli. Paula była od nich młodsza ale nie dawali tego po sobie poznać. Była to dziewczyna Eda. Zawsze spotykali się u niej w domu. Miała dużą, nową chatę, tak wyciszona że to co robiliśmy i o czym rozmawialiśmy na górnym piętrze nie dochodziło do jej rodziców którzy mieszkali na dole. Jak to zwykle na takich spotkaniach gadali o różnych głupotach. On przysłuchiwał się temu oparty o ścianę. Był jakby nieobecny, zamyślony. Jak zawsze. W końcu ktoś rzucił hasło:
- Co byś zrobił gdybyś miał niedługo umrzeć? - Ja bym się potężnie zjarał – odpowiedział misiek który leżał pod łóżkiem. - Ja bym to z tobą zrobił – powiedział Edo. Skierował to do Pauli. - Ja też! – powiedział Żabol i otrzymał rzęsistego kopa w tyłek. - A Ty? – spytali Go. - Ja... napisał bym książkę.- sam nie wiedział jak na to wpadł. – No wiecie „Pozostawić trwały ślad”. Wszyscy wybuchneli śmiechem. On też. - Ale tak serio to niezły pomysł – podsumowała Feta. Siostra Pauli.
W tym momencie jego życie nabrało jakiegoś celu. Napisze książkę. Przecież umie pisać. I będzie to dobra książka. A potem ze sobą skończy. Tak. Tak będzie.
Rozdział II „Kolejny dzień”
Obudził się wcześnie. Mimo że nie szedł dzisiaj do szkoły to jednak zegar biologiczny bezbłędnie obudzi Go o siódmej. Wstał i ubierając się nacisną Play na swoim magnetofonie. Z głośnika dobiegł głos Peji który oznajmiał że będzie to „Kolejny stracony dzień z życia poza kontrolą”. Pieprzony Nostradamus –pomyślał. Często mu się to zdarzało. Gdzieś czytał, słyszał w radio czy w TV coś co było adekwatne do sytuacji w której się znajduje. A może to nie prawda? Może dzisiejszy dzień nie będzie stracony. Przecież poprzedniego dnia wpadł na pomysł. A wieczorem wymyślił nawet fabułę swojego dzieła. Będzie o nim. No może trochę barwniej ale jednak. I nie skończy się happy endem. Tak jak jego prawdziwe życie. Tak, tak będzie.
„Trudno zrozumieć psychola”. Już sam nie pamiętam z jakiego filmu to tekst. Ale to prawda. On był trochę psychiczny. I pewnie trudno zrozumieć jak człowiek mający w życiu bardzo wiele może chcieć ze sobą skończyć. Ciężko jest przekazać jego sposób myślenia o jego własnym życiu. Może użyję metafory? Więc jego życie było trochę jak zupa. Taka całkiem niezła z wieloma składnikami ale bez kilku najważniejszych. To tak jakby ktoś robiąc rosół bardzo dobrze go przyprawił, użył bardzo dobrego bulionu i nawet kurczaka. A zapomniał o makaronie. A ty, jedząc tą zupę nie możesz zorientować się czego tu brakuje. Paranoja...
Znów przy śniadaniu był jakiś taki nieobecny. Matka kiedyś myślała że może zażywa jakieś twarde narkotyki. Kokainę czy inne gówno. A on nawet bardzo rzadko coś wypił. Fakt, czasem przypalił ale to nic złego. To tylko pomagało. To przez jego psychikę. Sam dobrze wiedział że był chory. Interesował się psychologią i umiał to nawet nazwać. „Głęboka depresja plus skłonności samobójcze”. Kiedyś starał się udawać przed Matką że wszystko jest wporzo. Już dawno z tego zrezygnował. Nie potrafił, nie chciał a może właśnie chciał pokazać? Może oczekiwał pomocy? Pewnie sam tego nie wiedział. Podświadomość to paskudna rzecz –często tak myślał.
Część 44 / 5
Po kilku godzinach spędzonych w milczeniu w domu wyszedł na powietrze. Myślał że ktoś po niego wpadnie ale się przeliczył. Więc to on dzisiaj musi zebrać ekipę? Często tak robił więc czemu nie? Idąc myślał o książce. Co napisać by kogoś to zainteresowało? O tym pewnie myśli każdy pisarz. Ale to nie miał być debiut. Coś po czym można powiedzieć „całkiem nieźle synu, jak napiszesz coś znowu to pewnie będzie jeszcze lepsze”. To miało być pożegnanie w wielkim stylu. Coś jak salwa armatnia którą słychać wszędzie i bardzo długo. Żeby ludzie pomyśleli „szkoda że nie żyje bo miał chłopak talent”. O takich ludziach się pamięta. W tym zamyśleniu spostrzegł że jest już koło domu Miśka. Zadzwonił dwa razy co dla kumpla znaczyło „to ja, wychodzimy ale nie musisz się śpieszyć”. Misiek otrzymał wiadomość a drzwi otworzyła przed Nim jego matka. Kobieta lekko po czterdziestce, o bardzo sympatycznym usposobieniu. Pracowała w szpitalu i umiała rozmawiać z ludźmi. On bardzo ją lubił. Zawsze miała dla każdego uśmiech i dobre słowo. Widocznie była szczęśliwa. Jej życie było ustabilizowane. Miała męża i dwóch synów czyli rodzinka w komplecie. Marzył o takim życiu. Monotonnym ale szczęśliwym. Bo ona każdego dnia miała do kogo wracać.
Starzy przyjaciele, znający się „od zawsze” szli przez oświetloną ciepłym, jesiennym słońcem drogę. Przy każdej ręce tlił się mały żar. Mary Jane szybko zmieniała się z kupki mielonej rośliny w uśmiechy na twarzach. Robił to naprawdę często. Lecz dobrze wiedział że w każdej chwili może przestać. Potrzebował tylko jakiegoś bodźca. Wiedział że zioło nie uzależnia. Porównywał to do ludzi lubiących „Gwiezdne Wojny”. Oglądali film przy każdej wolnej chwili. A poza tym strasznie jarały ich różne gadżety związane z sagą. On czuł to samo. Koszulki, fajeczki itp. Uwielbiał to. Nawet panel do komórki miał w zielone listki ganji. Doszli w końcu na miejsce do domu Pauli.
Ten dzień nie różnił się niczym od stada poprzednich. Siedział, myślał, czasem wdał się w jakąś rozmowę. I to wszystko. Nie bardzo wiedział co tu robi. Chciał jak najszybciej znaleźć się w domu i popracować nad książką. Miał już kilka pomysłów i chciał przelać je na papier.
Była północ gdy wyłączył i wstał od PieCa. Miał już napisane kilka rozdziałów ale nie bardzo wiedział co pisać dalej. Ukrył pracę w jakimś enigmatycznie brzmiącym katalogu, między plikami systemowymi. Tu nikt nie zagląda żeby nic nie popsuć. Położył się i zasnął.
Rozdział III „aszczęście”
Zwykły wiosenny dzień. Od tamtej chwili minęło kilka miesięcy. I nic się za bardzo nie zmieniło. Prace nad książką posuwały się w ślimaczym tempie, no ale jednak.
Zwykły wiosenny dzień.Rano pobudka, śniadanie i do szkoły. W autobusie spotyka Eda. Kumpel pokazuje mu znak. Ich stary magiczny znak znaczący mniej więcej: „mam palenie, ale już nie długo ono wytrzyma”. Odpowiada skinieniem głowy. Dojeżdżają pod szkołę. Wychodzą z autobusu i idą między bloki. Edo wyciąga blanta. On wyciąga starą zapalniczkę Zippo. Odpalaj i zaciąga się. Słabe, ale to dobrze, przecież nie można iść do szkoły mocno zarąbany. Ale te kilka chmur wystarcza. Ma humorek i czyje się świetnie. Wpadają razem do szkoły. Oczywiście w drzwiach wita ich ochroniarz.
Część 55 / 5
-Legitymacje!- wykrzykuje im w twarz. -FBI – odpowiada On i pokazuje bramkarzowi dokument. Edo zaczyna rechotać i robi podobni. Obaj ze śmiechem biegną do szatni i każdy idzie już w swoją drogę.
On zerka do planu lekcji. Pierwszy polski. Kwituje to jednym słowem „wypas” i udaje się na lekcje.
Dziś powiemy sobie czym jest dla nas szczęście i gdzie go szukać. Coś dla mnie – pomyślał. Jestem specjalistą od braku szczęścia. Lekcja leci jak to lekcja. No może nie do końca bo ta upłynęła na ciągłych żartach i śmiechach z Lewym. Lewy był Jego najlepszym kumplem w klasie. Zawsze na lekcjach trzymali się razem i wspólnie doprowadzali nauczycieli do rozpaczy. W końcu polonistka zadała zadanie. „Napisz w kilku słowach co to jest szczęście”. Jakby to było takie proste i łatwe.
-Kto pierwszy skończy pójdzie mi do biblioteki po słownik ok? –oznajmiła nauczycielka. On szybko coś napisał, wręczył jej zeszyt i wyszedł. Szedł pustym korytarzem szkolnym. Wszędzie zielono i jakby strasznie. Palenie tak na mnie dzisiaj działa- pomyślał. Jakoś dotarł do biblioteki gdzie stado bibliotekarek akurat piło sobie kawę. Poprosił i słownik i starając się iść prosto wyszedł. Szybko zbiegł po schodach i popędził do klasy. Jakoś strasznie bał się zostać sam na korytarzu. -O, jesteś wreszcie!- powitała go w drzwiach nauczycielka. –Zachwycamy się właśnie twoją pracą. W sposób bardzo rzeczowy to wyjaśniłeś. Ty na pewno wiesz co to szczęście. O ty hipokryto- pomyślał. Jak ja mogę pisać o szczęściu kiedy moje życie jest jedną wielką agonią. Z tym już koniec! Dzisiaj. Dzisiaj ze sobą skończę. Tak. Tak właśnie będzie.
Część II „A może będzie tak...”
Rozdział I „szczęście”
Wytrzymał jeszcze wszystkie lekcje tego dni. Ostatniego dnia. Chciał pozostawić po sobie chociaż dobre wrażenie. Nie udało się „pozostawić trwałego śladu”. Nie skończy swojej książki. Ale za to dzisiaj skończą się jego problemy. Skończy się jego życie a być może zacznie się nowe. Lepsze lub gorsze. Nie. Na pewno lepsze. Przecież gorsze już być nie może. Wyszedł ze szkoły i nie bardzo wiedział gdzie iść. Przecież tyle razy przeżywał własną śmierć w myślach. Dlaczego teraz nie wie jak to zrobić? W zamyśleniu sam nie wiedział gdzie chodzi ani co robił. Ale w końcu znalazł się przy wiadukcie. Przechodził tędy prawie codziennie ale nigdy nie pomyślał że…