Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

podroze · 7 min czytania

Jednooki // pierwsza część

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

{u}Poniedziałek{/u}

Arnold obudził się rano pełen obaw. Co mógł chcieć od niego prawnik prosząc o pilne spotkanie? Byle to nie była kolejna sprawa o alimenty – na to jego skromny budżet nie mógł sobie pozwolić. Stary Opel Kadett rocznik ’76, nie chcąc przerywać codziennej tradycji, złośliwie nie odpalał się. „Klaus się wkurzy, że kolejny raz proszę go o podwiezienie” – pomyślał, choć wiedział już, że nie ma innej alternatywy. Podbiegł do najbliższej budki telefonicznej, wrzucił wygrzebane z kieszeni drobniaki i wklepał numer z pamięci. - Hej, Klaus? O, cześć Sara. Nie ma Klausa? A wiesz kiedy wróci? Cholera. Ach, nic takiego, nie przeszkadzaj sobie. To na razie, miłego dnia. Odłożył słuchawkę i przeklął głośno. Taksówka oznaczała kolejne wydatki, na które bezrobotny z kończącym się zasiłkiem nie mógł sobie pozwolić. Nie było jednak innego wyjścia. Dwadzieścia euro później Arnold stał już przed potężnym wieżowcem, w którym miał spotkać się z Dominikiem Bliefertem, prawnikiem. Ochroniarz zmierzył go pogardliwym spojrzeniem, ale nie próbował zatrzymać. „Widocznie nie wyglądam aż tak źle” pomyślał Arnold. W oszklonej windzie odbijał się garnitur mężczyzny obok Arnolda, który to do eleganckich nie mógł dziś się zaliczać. Biuro Bliferta mieściło się na trzydziestym czwartym piętrze. Kiedy wyszedł z windy zapukał do drzwi i został natychmiast wpuszczony. - Szybko, szybko, niech pan siada. – Ręce trzęsły mu się, kiedy odsuwał krzesło, na którym Arnold miał usiąść. Wyglądał jak tłusty pięciolatek patrzący przez szybę zamkniętego sklepu na batonika. – Chcę panu przekazać świetną wiadomość! – Mówiąc to ukazywał swoje śnieżnobiałe zęby z ósemkami włącznie. – Pierwszy raz w swojej karierze przekażę komuś coś takiego. Dlatego, mimo że może tego po mnie nie widać, jestem lekko zdenerwowany. – Arnold zdenerwowany nie mniej patrzył na jego drgającą powiekę. Gorączkowo zastanawiał się, czy więzienie z powodu alimentów mogłoby być dla Dominika-adwokata czymś ekscytującym do przekazania. – Pański daleki krewny, Antonio Carlos Lorenzo… Zapowiada się ciekawie, nie? – To mówiąc klepnął go po ramieniu gestem ojca-klawego-przyjaciela. – Więc pański krewny… Przekazał panu w spadku… Oczy Arnolda rozszerzyły się słysząc te magiczne słowa będące niczym spełnienie marzeń. -… Wyspę Mino de la Santo na Morzu Karaibskim! Czy to nie ekscytujące?! Daleki krewny, egzotyczna wyspa… Słowa docierały do niego jak przez mgłę. „Wyspa? Spadek? Daleki krewny? Co to wszystko ma znaczyć!?” Bliefert chwycił go za ramiona i potrząsnął. - Dobrze się pan czuje? Słyszał pan? Wyspa! I co pan teraz ma zamiar zrobić? Arnold nie zastanawiał się długo. - Mogę ją sprzedać? Tym razem prawnik pobladł i musiał usiąść. - Nie może pan! – Krzyknął. – To znaczy może, ale… dlaczego!? - Wie pan, potrzebuję pieniędzy. I to szybko. - Ileż to ludzi ma pieniądze, a nigdy nie będzie miało tego, co pan! Proszę się zastanowić! – Ciągle krzyczał. – Hotele, turyści, uprawy bananów! Będzie pan miliarderem! - A czy będzie to już jutro? Bliefert stracił swój zapał i ukrył twarz w dłoniach. Płakał. - Och nie. – Arnold…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Jednooki // pierwsza część — czytnik · opowiadania