Inne · 9 min czytania
Jedwabne gacie
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Nad wsią zachodziło słońce. Promieniami ogarniało każdą chatkę z osobna. Złotym dotykiem pieściło szorstką korę drzew. - Dupa. A jest jakaś inna kora niż szorstka? Miękka jak jedwabne gacie może? – Nadzieja Porąbaniec odruchowo podrapała się po głowie. – To niedoskonałe, niedoskonałe. Jeszcze raz. Nad wsią zapadał zmrok. Złote promienie słońca dawno już zgasły w srebrzystych jeziorach, po drodze pieszcząc miękką jak jedwabne gacie korę drzew. - Pierdole. Nie robię. – Nadzieja z impetem rzuciła pióro, które z taką czułością wybierała specjalnie do tego zadania. Odsunęła krzesło od biurka. Nogi zdążyły już jej zdrętwieć, mimo że przy biurku siedziała tylko chwilę potrzebną do napisania wzruszającego fragmentu o zachodzącym nad wsią słońcu i korze miękkością dorównującej odzieży zupełni nie wierzchniej. Nic dziwnego, biurko było trochę za małe – Nadzieje znalazła je na śmietniku i urzeczona prostotą starego drewna przytachała do domu. Westchnęła, przeczytała jeszcze raz swoje wypociny i zachichotała wyobrażając sobie drwali zeskrobującyh pieczołowicie korę z drzew, żeby zrobić bieliznę swoim żonom. Ba, może nawet całą suknie wieczorową. Tylko gdzie one by to założyły? Na bal drwali? Szurając rozwalającymi się bamboszami przeszła do kuchni. Na pocieszenie mała kawka – to co, że już czwarta dziś. Może wraz z kolejną porcją kofeiny przybędzie jej sił literackich? Pstryknięcie czajnika radośnie poinformowało o zakończeniu czynności gotowania wody. Przyjemnie zapachniało kawą. - Jeszcze ciacho – brzuch Nadziei sam się wciągnął – reagując jak dobrze wyszkolony pies – jakby chcąc udowodnić swojej właścicielce, że te kilka fałdek to zwykłe złudzenie optyczne. - Kochanego ciałka nigdy za wiele – uspokajała samą siebie Nadzieja z błyskiem w oku wyciągając z lodówki solidną porcję Tiramisu. - No co. Muszę się jakoś pocieszyć. Przecież chciałam zostać pisarką, a tu dupa blada – przemawiała czule do trzęsącego się kawałka ciasta. Przeszła do małego saloniku i wygodnie usadowiła się w fotelu. Siorbnęła kawy, z lubością rozejrzała się po miłym wnętrzu lawendowego pokoju i jak zawsze, gdy czuła, że zagłębia się w dołek intelektualny, sięgnęła po literaturę rosyjską. Wydawało jej się, że po zaliczeniu paru dzieł wschodnich twórców będzie mądrzejsza. Właśnie kończyła czytać „Annę Kareninę”. Leniwie przewracała pożółkłe strony, wchłaniała słodkie kalorie i podświadomie czuła jak się rozrasta. To nic. I tak nigdy nie będzie miała jedwabnych majtek, więc może mieć spory tyłek. Nic ją to nie obchodzi. Zadzwonił telefon. - Hallo? – powiedziała dźwięcznie jednocześnie ostrożnie odkładając książkę z dala od zasięgu brudnego talerzyka. - Nadzieja? Tu Zbyszek. – wibrujący baryton należał do ukochanego Nadziei – Zbysia Bibusa, doktoranta bohemistyki, przebywającego obecnie na stypendium w Pradze. - Ahoj Zbyszek. – Nadzieja pochwaliła się wybitną znajomością języka czeskiego. – Dobry akcent? - Ta, świetny. Co tam u Ciebie? - A nic szczególnego. Anna Karenina właśnie rzuciła się pod pociąg. W sumie to dobrze, nigdy jej nie lubiłam. - No wiesz co? Jak możesz tak mówić? – Zbyś był z lekka skołowany. Nie wiedział, że jego ukochana jest tak nieczuła na tragiczne koleje losu swoich koleżanek. – A jej rodzina? - Z mężem i tak się miała rozwodzić, dla synka już dawno umarła, córeczka jest za mała, żeby cokolwiek pamiętać, w Wroński popłacze, popłacze i pójdzie się lać z Turkami. - Z Turkami? Ale jak to? To my prowadzimy jakąś wojnę z Turcją? Przecież weszliśmy do Unii Europejskiej, to chyba tak nie można, nie? A w ogóle co to za koleżanka była? Taka po przejściach? Samobójczyni do tego? - Nie my, tylko Rosja. Ponad wiek temu. To nie moja koleżanka. Anna Karenina. Ta od Tołstoja. - Tołstoja? – Zbyś poczuł się bardzo zmęczony. Od kilku godzin prowadził samochód, był przybity natłokiem informacji. - Taki pisarz rosyjski był – cierpliwie tłumaczyła Nadzieja. - Aaaaa! – Zbyś poczuł ulgę. Ostatnimi czasy pochłaniali go raczej tacy pisarze jak Haszek i Czapek. Zapomniało mu się o sławnym Rosjaninie. – To ten co nie lubił Polaków? - Nie, to chyba