Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Fantasy · 11 min czytania

Jedyny

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

PROLOG

Jest rok 1985. W szpitalu miejskim im. Św. Elżbiety w Bostonie rodzi się dwójka dzieci: chłopiec i dziewczynka. Są to bliźniaki, chociaż ich matka pochodzi z rodziny, gdzie nigdy nie zdarzył się podobny przypadek. Dzieci te urodziły się całkowicie zdrowe i pomimo drobnych ciałek były bardzo silne. Leżały obok siebie na sali noworodków, ale każdy, kto nie wiedział, że są rodzeństwem, niełatwo by się tego domyślił. Na pierwszy rzut oka całkowicie różniły się wyglądem – chłopiec miał jasne włosy i zielone oczy, a dziewczynka – ciemne gęste włosy i orzechowe oczy. Jednak dla uważnego obserwatora dzieci miały więcej cech wspólnych niż różnic: ten sam odcień skóry, tak samo uniesione kąciki oczu, ten sam kształt ust, a przede wszystkim ten sam znak na wewnętrznej stronie przedramienia – trzy maleńkie pieprzyki, które, gdyby je połączyć, dziwnym trafem tworzyły trójkąt równoboczny. Matka tych dzieci (Teresa) pochodziła z biednej rodziny. Jej bliscy pomagali jej jak tylko mogli, ale na niewiele się to zdawało. Jej mąż również ciężko pracował, ale bez odpowiedniego wykształcenia niewiele mógł osiągnąć. Na domiar złego kilka miesięcy temu miał straszliwy wypadek. Bezwzględne przeznaczenie skierowało na niego lufę pistoletu pewnego szaleńca i pociągnęło za spust. Wraz z tą jedną kulą, która wbiła mu się wtedy w ciało, stracił wszystko, co niosła mu ze sobą przyszłość. Szaleniec miał za to spędzić 20 lat w więzieniu, a on całe życie na wózku. Został sparaliżowany od szyi w dół. Cały świat zawalił się w jednej chwili. Gdyby nie kochająca żona, która była wtedy w czwartym miesiącu ciąży, nie namyślając się wiele, skończyłby z tą marną imitacją życia. Z odszkodowania, jakie im przyznano Teresa opłaciła mu pobyt w ośrodku specjalizującym się opieką nad niepełnosprawnymi – był rehabilitowany, lecz bez żadnej nadziei na normalne życie. Pieniędzy było jednak za mało, by opłacać męża i utrzymywać dwójkę dzieci.

Kilka dni po narodzinach bliźniaków przed salą noworodków stanęła ich matka i obserwowała je przez szybę. Wiedziała, że musi wybrać tylko jedno z nich, tylko jednemu mogła zapewnić przyszłość i to właśnie rozdzierało jej serce. Jak ma wybrać skoro kocha je tak samo? Jak ma wybrać, gdy wie co czeka dziecko, które zostawi? Jak? Boże, pomóż mi. Co mam robić? Błagam pomóż.

*** Łowca szperał w starych księgach, by odnaleźć przepowiednię, o której powiedział mu przed śmiercią Thomar. Podobno „gdzieś” miała się narodzić moc, która będzie w stanie całkowicie zniszczyć zło – źródło zła – Łowcę. W jednym z ogromnych woluminów znalazł to czego szukał: Gdy jedno ból ogarnie, Drugie zapłacze. Krzywdy jednego Przez niebo zostaną pomszczone, A wroga drugiego Ziemia pochłonie. .................... ..................... Razem niepokonani. Razem wszechpotężni. Razem wieczni. - Ale gdzie oni są?! – krzyknął poddenerwowany. – Przeklęty Thomarze! Czemu tak szybko umarłeś?! Czemu dałeś mi się tak łatwo zabić? Spojrzał na ciało Thomara rozdrażniony, jakby to wszystko była wina biednego alchemika. Potem przeniósł wzrok na dziesięciotysięczny zbiór magicznie zapieczętowanych ksiąg Thomara i ciężko westchnął. Nie pozostawało mu nic innego jak rozpocząć poszukiwania.

*** {i}Jeszcze tylko kilka dni i będę wolna{/i} – pomyślała Jane i przekręciła się na drugi bok. –{i} No tak wolna, ale ciągle samotna. Odrzutek społeczeństwa. I co ja zrobię z tą wolnością? Jak sobie sama poradzę? Gdzie się podzieję? Nie chcę być sama, chociaż nie znam innego życia. Czemu to wszystko spotkało właśnie mnie? Czemu musiałam tu trafić? Doris zdradziła mi, że nie jestem sierotą i moi rodzice żyją, ale po prostu nie mogli się mną zaopiekować... Akurat! Już w to wierzę. Po prostu byłam im niepotrzebna i tyle. No bo jak można odrzucić własne dziecko? Ja nigdy bym tak nie zrobiła...{/i} – westchnęła, potarła coraz bardziej wilgotne oczy i obróciła się na plecy. –{i} Z drugiej strony nie powinnam ich potępiać. Przecież nie wiem co tak naprawdę się stało... No, ale dlaczego w takim razie mnie nie odwiedzili? Nie próbowali wyjaśnić? Czemu mnie opuścili?... A może to nie tak? Sama już nie wiem...{/i} – Jane znowu przekręciła się na bok. –{i} Ciekawe co by się stało gdybyśmy się spotkali? Jakby zareagowali na mój widok? Co JA bym zrobiła gdybym ich zobaczyła? Co bym im powiedziała? Czy potrafiliby mi spojrzeć w oczy? –{/i} znowu przewróciła się na plecy i utkwiła spojrzenie w suficie, w świetlistym pasku światła, który wpadał przez uchylone drzwi.{i} – Doris powiedziała również, że mam brata. I to nie byle jakiego. Byliśmy...jesteśmy bliźniakami. Ciekawe czy jest do mnie podobny? Słyszałam, że takie rodzeństwo łączy niezwykła więź, że nawet gdy dzieli ich ogromna odległość, potrafią wyczuć co się dzieje z tą drugą osobą... Ja jeszcze nigdy...{/i} – już zaczęła przekręcać się na drugi bok, gdy... - Jane, przestań się w końcu kręcić! Ludzie chcą tu spać! – z drugiego końca pokoju dobiegł ją wyraźnie rozdrażniony szept Nikky. – Przepraszam. – odparła również szeptem i najciszej jak mogła ułożyła się w miarę wygodnie na łóżku.

Rozdział 1

Obudziła się wśród smrodu szczurzych odchodów i ścieków płynących rynsztokiem. Słońce było już wysoko i poraziło ją gdy tylko otworzyła oczy. Szybko zasłoniła się ręką, a drugą wymacała kawałek szmaty, który położyła sobie na twarzy. Westchnęła ciężko, gdy pomyślała o tym czekającym ją…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Jedyny — czytnik · opowiadania