Inne · 24 min czytania
Jego dzień z życia
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
— Tomek… „Pytała czy śpię, czy udaję, i prosiła, żebym ją przytulił.” Tomek, Tomek... czy to jego imię? Teraz mógłby nazywać się Michał, Sebastian, Aneta... Było mu wszystko jedno. Jej głos docierał do jego uszu przytłumiony, jakby znajdowała się w drugim pokoju, albo jakby ogłuchł na jedno ucho. Prawe ucho, bowiem lewe przywierało szczelnie do poduszki. Jej ciało tuliło się do jego pleców, gorące, spocone i, jak przypuszczał, zaspokojone, co w przypadku ciała jest niewątpliwie równoznaczne ze szczęściem. Ciało Tomka prawdopodobnie również było szczęśliwe, wszystko przebiegło jak należy, miał dwadzieścia jeden lat, był przystojny, miał przyjaciół i dobrze radził sobie na studiach. Na pierwszy rzut oka był to taki ktoś, kto chodzi na najlepsze imprezy, podrywa najładniejsze dziewczyny i jeździ co roku na fajne wakacje. Na pierwszy rzut oka większość rzeczy jest zupełnie inna niż na drugi rzut oka. Mało osób wiedziało, że Tomek miał jedną wielką tęsknotę. Uważał ją za swoją największą wadę, która pozwalała mu cieszyć się życiem jedynie w ograniczonym stopniu i która utrzymywała go wciąż w melancholijnej zawiesinie, na granicy życia i fikcji. Mianowicie chciał być pisarzem. Ostatecznie nie była to aż tak wielka wada, zwłaszcza, że chciał być pisarzem od dziesięciu lat i w ciągu tego okresu nie napisał dosłownie nic. Ponadto studiował ekonomię oraz w nikłym stopniu interesował się literaturą piękną. „Słowem wszystko sprzyja temu, bym spełnił swoje marzenie.” — pomyślał i uśmiechnął się gorzko, odwracając się jednocześnie do niej. — Dlaczego się tak gorzko uśmiechasz? — zapytała zaniepokojona. — Coś nie tak? — Wszystko tak, słodka, jesteś przepiękna w łóżku, a mi było cudownie — odparł, starając się brzmieć przekonująco. — Przepiękna tylko w łóżku? A normalnie już nie? — uśmiechnęła się zalotnie i pogłaskała go po krótko ściętych włosach. — Normalnie też przepiękna. I nienormalnie. W łóżku, na podłodze, na trawie... wszędzie. Westchnął ciężko i położył dłoń na twarzy. Zaczynała go już męczyć ta rozmowa i wiedział, że staje się coraz bardziej opryskliwy i ironiczny. Drażniła go. — Jesteś bardzo dziwny, Tomek, już ci to mówiłam. A już wyjątkowo dziwny jesteś po seksie. Najpierw tak blisko, a po wszystkim tak daleko, że nie jestem w stanie cię znów sprowadzić na ziemię... „Doskonale to ujęła, mogłoby się wydawać, że zaczyna rozumieć...” Podniósł się na łokciu i spojrzał jej głęboko w oczy. Po chwili opadł zrezygnowany z jeszcze głębszym westchnięciem na łóżko. Nie, nie rozumiała. Gdy ponownie zbliżył rękę do twarzy, usłyszał delikatne miarowe tykanie zegarka, co przywołało mu na myśl — nie wiadomo czemu— kuchnię jego dziadków. Prawdopodobnie tam też słychać było delikatne miarowe tykanie zegarka. „Gdy jest się dorosłym, przestaje się wierzyć w magię. Stąd już prosta droga, by przestać wierzyć w nieprzypadkowość losu.” Zamyślił się nad swoją złotą myślą i przez chwilę poczuł nawet dumę, że przyszło mu to do głowy. Właściwie to mógłby zacząć tak opowiadanie: „Gdy jest się dorosłym, przestaje się wierzyć w magię. Stąd już prosta droga, by przestać wierzyć w nieprzypadkowość losu.” Tylko co dalej? Dalej tysiąc myśli na sekundę, z których żadnej nie mógł pochwycić. Złapać za gardło i przydusić kolanem, by wyssać z niej wszystkie moce — tylko w ten sposób mógł zostać pisarzem. A on nigdy nie umiał się bić. Miała rację, że po, bądź co bądź, cudownych momentach miłosnej rozkoszy, zanurzał się nagle w bezbrzeżnym smutku, jakby wraz z ostatecznym spełnieniem uchodziły z niego wszelkie soki, a on sam został zepchnięty do najgłębszego lochu. W tym lochu nie było nic oprócz smutku. Nie, to nie była melancholia. Tylko ignorant lub autor słownika wyrazów bliskoznacznych mógłby przyrównać te dwa uczucia. Melancholią jest piękna piosenka w deszczowy dzień. Przebudzenie się ze snu, w którym byłeś kochany. Niebo zasnute różowymi chmurami w ciepły miejski wieczór to też melancholia. Natomiast to co czuł określiłby jako... Zamknął oczy i starał się znaleźć w wyobraźni obraz, który oznaczałby wydestylowaną esencję smutku. „...zatęchłe opuszczone mieszkanie w starej kamienicy.” — uśmiechnął się do siebie na tę groteskową myśl. Wyobrażał sobie, że tak musi wyglądać sekunda przez śmiercią. Tylko w ciągu tej jednej jedynej sekundy człowiek jest w stanie ogarnąć umysłem cały świat. „A więc miłość przedsmakiem śmierci? Chyba już ktoś o tym pisał...” — Cyt, iskierka zgasła... — zanuciła ona wydymając usta i robiąc bardzo złośliwą minę. Czyżby dawała mu do zrozumienia, że w ogóle się nią nie interesuje, a jego namiętność zgasła jak przysłowiowa iskierka? „Cóż, całkiem oryginalny sposób na rozstanie, rzekłbym, że filmowy. Dla lepszego efektu powinienem nazywać się w tym momencie Wojtusiem.” Wciągnął głęboko powietrze i po chwili wypuścił je z cichym westchnięciem. Każda jego myśl o niej przesiąknięta była palącym sarkazmem, a przecież była taka miła i mądra, nie musiał jej nic tłumaczyć. Już wtedy, gdy przysiadła się do niego na wykładzie z ekonometrii pytając z uśmiechem, czy tu wolne, wiedziała, że zdobędzie go na zbyt krótką chwilę, by się zakochiwać. Czego on właściwie oczekuje? Muzy umarły wraz z Marilyn Monroe, Audrey Hepburn i Edie Sedgwick. Tak sobie pewnie myślała. Spojrzał na jej nagie ramię skąpane leniwie w popołudniowym świetle, a następnie powoli przesunął wzrok na jej piersi i drgnął. To już kiedyś się zdarzyło... „Miałem wtedy jakieś dziesięć lat i mama leżała w szpitalu po wypadku, przyszliśmy z rodziną ją odwiedzić. To był zwykły podmiejski szpital, śmierdziało w nim szpitalem i wydawało się, że każda mijana na korytarzu twarz mówiła: nie waż się zapomnieć o tym, gdzie jesteś. Nawet dochodzące z oddali chichoty pielęgniarek były jakby zbyt poważne i zbyt słabe, by rozproszyć panujący tam szpitalny zaduch. Gdy mama zjadła przyniesione przez nas pomarańcze, mocno mnie przytuliła i pozwoliła przejść się po korytarzu. Koniecznie chciałem sobie udowodnić, że gdzieś w budynku musi znajdować się choć jeden metr kwadratowy wolny od tej przygnębiającej atmosfery. Moją uwagę zwróciły otwarte drzwi do jednej z sal, były otwarte zupełnie na oścież, jakby bezwstydnie zapraszały każdego mijającego do środka. Jak flirtująca kobieta, która pragnie, by chociaż raz spojrzano w jej stronę. Powoli zbliżyłem się do nich, i ostrożnie zajrzałem do sali. Muszę przyznać, że jako dziecko byłem bardzo nieśmiały i bałem się zawsze, że ktoś na mnie nakrzyczy, dlatego wolałem robić wszystko ostrożnie, by móc szybko się wycofać. W środku zobaczyłem leżącą na łóżku dziewczynę, podłączoną do kroplówki. Jej oczy były na wpół otwarte i patrzyły prosto na mnie. Przynajmniej wtedy tak mi się wydawało. Zaparło mi dech w piersiach i zadrżałem, robiąc w myślach już pierwszy krok do tyłu. Jednak po chwili zorientowałem się, że dziewczyna nie mruga i prawdopodobnie śpi. To mnie trochę uspokoiło, lecz wciąż czułem się nieswojo, stojąc tak naprzeciwko niej i patrząc na nią... Zupełnie jakbym podglądał kogoś przez dziurkę od klucza. Chciałem wyjść, ale nie mogłem oderwać oczu od jej pięknej twarzy, której kolor zbliżony był bardzo do barwy znajdującej się tuż za jej głową ściany. Zacząłem przyglądać się jej bladej smukłej szyi i powoli, z bijącym sercem skierowałem wzrok niżej, wiedząc, że robię coś złego... Bardzo złego. Ale nie było odwrotu. Jej nagie ramię kąpało się leniwie w popołudniowym świetle, a spod delikatnej tkaniny jasnej koszuli nocnej prześwitywały drobne piersi. Starałem się odwrócić wzrok, zamknąłem nawet oczy i przycisnąłem je dłońmi, lecz nie mogłem się opanować, by znów na nią nie spojrzeć. Rosnące podniecenie wywołało we mnie mdłości, poczułem pulsującą krew w skroniach, a oczy wypełniły się łzami. Wybiegłem stamtąd nie mogąc złapać oddechu, w kącikach ust czułem ślinę, zaś w ustach suchość. Kiedy zziajany dopadłem łóżka matki, cała rodzina zwróciła uwagę na moje rozpalone czoło i szkliste oczy, mimo iż usilnie starałem się zamaskować rozgorączkowanie. Panicznie bałem się, że odkryją wstydliwą tajemnicę, więc kiedy mama położyła dłoń na moim czole ze strachu wstrzymałem oddech. Za oknem kwitły kasztany, ich wielkie liście kołysały się beznamiętnie na wietrze, na dworze ktoś wołał kogoś o imieniu Ania, samochód ruszył z piskiem opon. Miałem wrażenie, że ta chwila trwa nadzwyczaj długo, że już wydarzyło się tyle rzeczy, a mama wciąż trzyma dłoń na moim czole. Pochyliła się nade mną i patrząc mi prosto w oczy spytała, czy na coś nie zachorowałem. Milcząco potrząsnąłem głową, patrząc uparcie na kasztany za oknem i udając znużenie tym tematem. Teraz wiem, że właśnie tego dnia naprawdę zachorowałem. Nie wiem tylko jak nazwać tę chorobę — dorosłością czy może lepiej utratą dzieciństwa, a może to już była męskość, zrodzona w wyjątkowym bólu, smutku i gryzących jak wełniany sweter wyrzutach sumienia. W ciągu tych kilku sekund w podmiejskim szpitalu miłość, ból, seks i śmierć stworzyły w moim umyśle jedność. Nie wiem na ile udało mi się do dzisiaj oddzielić te pojęcia i czy w ogóle próbowałem to zrobić… Człowiek nigdy nie wie…” — …które wydarzenie było najważniejsze w życiu. — powiedział cicho, patrząc nieprzytomnie w jeden punkt na półce z książkami. — To było pytanie czy zaczynasz mówić do siebie? — spytała jakoś zbyt głośno, smarując nogi balsamem. Pachniał jak dawna kosmetyczka jego mamy. Ocknął się z zamyślenia i potwierdził — tak, to było pytanie. — Myślę, że ono jeszcze nastąpi. To najważniejsze wydarzenie. Może to będzie ślub, urodzenie dziecka, może podróż do Indii. Nie wiem. A Twoje? Uśmiechnął się. — Moje też pewnie dopiero nastąpi. — skłamał. Wyszedł z jej domu, trzymając ręce w kieszeniach. Na głowę nonszalancko zarzucił kaptur. Gdyby się teraz odwrócił, zobaczyłby ją stojącą w oknie, pogodzoną z tym, że na kolejnym wykładzie z ekonometrii znów dzielić ich będzie kilka rzędów ciemnych drewnianych ławek. Zamiast tego patrzył na przecinające niebo ptaki i wyobrażał sobie jak wiele miejsca poświęciła im literatura. „Właściwie to mnie obrzydzają. Mają w sobie piękno, które można jednak dostrzec tylko z daleka. Z nimi jest tak samo jak z kwitnącą lipą — dopiero z odpowiedniej odległości czujesz jej cudowną woń. Ptak widziany z bliska ma duże łapy, toporny dziób i chaotycznie rusza głową. Trzepot ptasich skrzydeł również napawa mnie obrzydzeniem. Gdy wyobrażam sobie bezpośredni kontakt fizyczny z ptakiem, wzdrygam się bardziej niż na myśl o podobnym kontakcie z żywą, miotającą się rybą.” „Piękno ptaków można dostrzec jedynie z daleka.” Czy tak mógłby rozpocząć opowiadanie? Stanął na czerwonym świetle i zaczął wystukiwać butem jakiś bezkształtny rytm, by popędzić czas. Splunął. Jest wielce prawdopodobne, że zostanie drugim Josephem Grandem z „Dżumy” Camusa, który przez całe życie układał pierwsze zdanie swojej wymarzonej książki. Cóż, może w takim razie ktoś uwieczni jego postać w równie genialnej powieści, wówczas umierałby z poczuciem dobrze przeżytego życia, a cały ten cholerny smutek nie poszedłby na marne. Z zamyślenia wyrwał go nagle przeszywający dźwięk klaksonu, uzmysławiając mu jednocześnie, że pozostali ludzie jeszcze nie zaczęli iść przez pasy, zaś samochody jeszcze się nie zatrzymały. „Jak tak dalej pójdzie to uwiecznią mnie jedynie na chwilę w wieczornym wydaniu wiadomości.” Przebiegł przed nosami rozwścieczonych kierowców, a znalazłszy się na chodniku, powrócił do swojego powolnego, dostojnego kroku. Poruszał się trochę zbyt poważnie jak na dwudziestojednolatka, nosił kaptur i ręce w kieszeniach by dodać sobie potrzebnej w tym wieku szczypty arogancji. Starał się stawiać swoje zamszowe adidasy tylko na płytkach chodnika, za wszelką cenę unikając przerw między nimi, jakby były one przepaściami bez dna. Ta z pozoru niewinna zabawa może pochłonąć całą uwagę, a po pewnym czasie nie jest się już w stanie skupić na czymkolwiek innym. Gdy był dzieckiem to właśnie ta zabawa stała