Romans · 6 min czytania
Jego uśmiech
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Od niepamiętnych lat lubiłam jazdę na rowerze i bardziej podobał mi się sposób spędzenia czasu na dwóch kółkach niż romantyczny spacer we dwoje, lub szalona jazda samochodem. Nie będę mówiła, że to wszystko nie ma uroku, ale jakoś wolę jazdę na rowerze. No właśnie z tym rowerem, albo tak naprawdę z tą jazdą na rowerze wiąże się coś co, ale lepiej zacznę od początku .... Kilka lat temu postanowiłam sobie, że w myśl zdrowego trybu życia i mody na zdrowie, przestanę palić i aby moje ciało zbyt się nie zaokrągliło z powodu braku nikotyny i częstego otwierania lodówki, podwoję mój czas na ruch. Są dwa sporty, z których nigdy nie zrezygnowałam pływanie i jazda na rowerze. Najgorsze jest jednak to, że można je właściwie uprawiać wiosną i latem. Ktoś powiedziałby, że to nie jest prawda, pewnie nie, ale na basen zimą trzeba wydać trochę kasy a i rower stacjonarny nie jest zbyt tani, a w dzisiejszych czasach... No więc zostaję z tym co mam, latem jezioro a rower jak długo pogoda dopisze. Aby zwiększyć częstotliwość jazdy jednośladem, postanowiłam zrezygnować z poruszania się samochodem w drodze do pracy. Moje miasto nie jest aż tak duże abym nie mogła sobie na to pozwolić. Pewnego dnia po południu wskoczyłam na siodełko i ruszyłam niezbyt szybko w stronę mojego zakładu pracy. Wyszło mi, że aby nie spóźnić się do biura muszę wyjechać z domu jakieś 15 minut wcześniej niż samochodem. Bardzo mi to odpowiadało, bo co to jest wstać te parę minut wcześniej /nigdy nie byłam zbytnim śpiochem/. Już następnego dnia zaczęłam swoje rowerowe wycieczki. Początkowo jeździłam tylko jedną drogą, ale po pewnym czasie znudziło mi się jeżdżenie tą sama trasą i zaczęłam ją zmieniać. Moją ulubioną drogą okazała się wąska ścieżka wijąca się obok naszej rzeki. Coraz częściej skręcałam w bok, aby spojrzeć na wodę w promieniach wschodzącego słońca, lub popatrzeć jak opary mgły opadają w jej bystry nurt. Któregoś dnia jadąc do pracy zwróciłam uwagę na pewnego rowerzystę, który wyraźnie zaczął jechać wolniej, na mój widok. Z początku poczułam lekki niepokój, ale pan uśmiechnął się tak promiennie, że aż mi zabrakło tchu. Powiedział mi zwykłe dzień dobry i pojechał dalej, ale ten jego uśmiech prześladował mnie przez cały dzień, bzdura pamiętałam go przez kilka kolejnych dni. Następnego dnia, padał deszcz i z przykrością wsiadłam do samochodu, myśląc sobie co za złośliwość losu, może piękny uśmiech jechałby rowerem. No ale trudno nie dajmy się zwariować, przecież wiecznie nie będzie padało. Fakt kolejne dni były słoneczne, ale pan z ciepłym uśmiechem gdzieś się zapodział, już myślałam, że go więcej nie zobaczę, ale myliłam się. Zobaczyłam go w chwili gdy o tym pomyślałam i serduszko żywiej zastukało, a pan no cóż posłał mi swój uśmiech numer 1 wraz z życzeniami miłego…