Inne · 18 min czytania
Jersey
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Dane osobowe osoby zaginionej Imię: Brett Nazwisko: Lowe Data urodzenia: 14.07.1948 Imię ojca: - Imię matki: Martha Wygląd osoby zaginionej Wzrost: 189 cm Kolor oczu: brązowe Znaki szczególne: Brak lewej dłoni Miejsce zaginięcia Kraj: Stany Zjednoczone Stan: Nowy Jork Miasto: Nowy Jork Ulica: Norfolk St Szczegóły zaginięcia Data zaginięcia: 31.12.2010 Okoliczności: Zaginiony wyszedł z domu na ulicy Norfolk w okolicach godziny 16.20, był ubrany w zieloną kurtkę i jeansy. Miał przy sobie portfel oraz telefon, który w momencie zaginięcia był już rozładowany lub wyłączony. Zaginiony poruszał się pieszo.
Do „Kennedyego” przychodzą tylko nieudacznicy, albo pracownicy zawszonych fabryk Jersey City, a jeżeli ktoś odwiedza „Kennedyego” nawet w sylwestra to znaczy, że ma naprawdę przesrane. Ja nie byłem ani pracownikiem fabryki ani nieudacznikiem, ale „Kennedyego” lubiłem, a sylwester nie był dla mnie żadnym wyróżniającym się świętem, ot kolejna okazja żeby nachlać ryja. Przychodziłem tylko tam głównie ze względu na tanie picie, ale lubiłem w „Kennedym” też, to że nigdy nie można było tam trafić dwa razy na tą samą osobę, nawet barmani zmieniali się w tempie krótszym niż możliwości mojego mózgu do zapamiętywania imion. To chyba urok tej dzielnicy Jersey, nie sposób utrzymać tu roboty dłużej niż tydzień. W barze nie było nawet porządnego telewizora, mecze Knicksów puszczali na małym osiemnasto calowym gówienku, którego ulubionym zajęciem było buntowanie się w najlepszych momentach… „dziesięć sekund do końca, Lakers prowadzą jednym punktem, Stoudemire przy piłce, nie podaje, będzie atakował sam, jest na pozycji, będzie rzucał za trz… szzzzzzzzzzzzzzzzzzzz” i zamiast świetnej końcówki dostawaliśmy kopa w dupę od czarnego odbiornika Sony. Dzisiaj za barem stał czarny gość, Mike, siedział tu już trzeci dzień i robota chyba mu się podobała, bo nieźle dogadywał się z klientelą, Mike był w porządku mimo, że kibicował Clippersom. Kiedy pojawił się tu po raz pierwszy Bulls właśnie grali z Clippers, a ten czarny gość stojący za barem pełnym kibiców nienawidzących wszystkiego oprócz Knicksów, zaczyna nagle krzyczeć i wiwatować po każdym koszu LA. Nie to żebyśmy kibicowali Bullsom, wszyscy na to srali, po prostu było wiadomo, że jeśli na tym meczu kibicuje Clippersom to kiedy będą grali z naszą drużyną sprawa będzie wyglądała podobnie, a wtedy komuś mogą puścić nerwy. Jedno było pewne Mike miał jaja (i pewnie strzelbę pod barem). Zastanawiało mnie tylko jedno. - Mike, czemu ktoś kto ma w swoim mieście dwie drużyny, tą która w lidze zajmuje pierwsze miejsce i tą, która grzeje równie zaszczytne ostatnie, wybiera tą drugą? Przecież macie tam pieprzonych Lakersów, dlaczego, cholera, kibicujesz Clippers? – spytałem. - Frank, dlaczego mając do wyboru całkiem dostanie życie uczciwego urzędasa, spokój, żonę i dzieci w domku na przedmieściach Nowego Jorku wybierasz powolny rozkład na barowym stołku? - Mama cię nie uczyła, że nie odpowiada się pytaniem na pytanie? - Dogadajmy się, Frankie, co? Powiem ci dlaczego kibicuję Clippersom jeśli ty odpowiesz na moje pytanie. Może tak być kochanieńki? Taki układ mi w ogóle nie pasował, ale wolałem nie drążyć tematu żeby przypadkiem go nie wkurzyć. Musiałbym wtedy znaleźć jakieś inne miejsce dopóki Mike nie zmieniłby roboty, a czuć od niego było, że szybko zmieniać jej nie ma zamiaru. W telewizji puszczali zeszłoroczne relacje z Sylwestra w jakichś zapyziałych europejskich krajach „Sylwester w Europie! Zobacz z nami jak świętują nadejście nowego roku komuchy!”. Tępo wpatrywałem się w Sonyego i sączyłem piwo kiedy stało się coś co na chwilę ożywiło całą klientelę „Kennedyego”, w zaciemnionym rogu baru nagle wybuchła awantura. Facet i dwie laski zaczęli drzeć się na siebie bez wyraźnego powodu. Postawiłem krzesło bokiem i zacząłem oglądać tą antyczną sztukę. Nie lubię teatru. W teatrze zawsze wszystko polega na kunszcie aktorskim grających, a ten zwykle, za przeproszeniem, jest gówniany. Filmy są Inne, mają gadżety, które potrafią uratować seans, ale w teatrze najczęściej ogląda się bandę skaczących po scenie nieudaczników recytujących jakieś drętwe klasyki literatury. Zero prawdziwych emocji. Tutaj ścierały się ze sobą żywioły. Facet wyglądał jakby chciał przylać rudej lasce tak żeby sylwestra obejrzała dopiero za rok, a znowuż w oczach rudej można było niemalże obserwować seans kastracji jaką przeprowadza na swoim przeciwniku. Czyste niczym niezakłócone emocje. Gniew, wściekłość, nienawiść, a może i miłość w swojej najsurowszej i najbardziej pierwotnej formie. Druga dziewczyna wyglądała na przestraszoną i raczej trzymała się z boku, czasem tylko lekko szarpiąc swoją koleżankę w celu zasygnalizowania jej, że chyba pora już wyjść. Nagle jakiś niezidentyfikowany osobnik krzyknął w kierunku pola bitwy. - Zamknijcie już mordy! To strasznie rozeźliło tamtego kłótliwego byczka. Gwałtownie utorował sobie drogą przewracając kilka krzeseł i z tą swoją czerwoną nalaną mordą ruszył w stronę odważniaka pragnącego ciszy. Podążałem za nim wzrokiem, ale nagle w połowie sali zatrzymał się i spojrzał w moim kierunku. Mógłbym przysiąc, że w momencie, w którym skierował na mnie swój wzrok natychmiastowo struchlał. Jego twarz nagle nabrała wyrazu całkowitej bezradności. Momentalnie zmalał i schował się w skorupce swojego malutkiego ego. - Wyjdźcie stąd – odezwał się spokojny głos za moimi plecami – Cała trójka. Na dzisiaj to koniec zabawy. Odwróciłem się do tyłu i nagle mnie trafiło. Awanturnik nie struchlał na mój widok, tylko na widok stojącego za mną Mikea. Nie wiem co Mike zrobił, pokazał albo czym mu pogroził, ale gość przeląkł się do tego stopnia, że w spokoju wrócił po kurtkę i wyszedł z baru. Dziewczyny po cichu ruszyły jego śladem. Więcej żadnego z nich w „Kennedym” nie widziałem. Nie zapytałem też Mikea co tak błyskawicznie uspokoiło tego kolesia. Nie miałem ochoty drążyć, więc po prostu odwróciłem się z powrotem w stronę baru i poprosiłem o kolejne piwo i kielicha. Zapaliłem papierosa i wróciłem do sylwestra u Stalina.
***
- Cześć wszystkim, jestem Andy. Jestem tu od dwóch tygodni, a to moje pierwsze spotkanie i właściwie to nawet nie za bardzo wiem o czym mam mówić. Panno Dawson? Jakieś sugestie? - Zrelaksuj się Andy, spokojnie nikt cię nie naciska, opowiedz nam o czym chcesz, cokolwiek pomoże ci poczuć się lepiej. - Cokolwiek pomoże mi poczuć się lepiej… Nie sądzę , żeby było coś takiego, ale może w takim razie zacznę od początku. Opowiem jak tu trafiłem. - Śmiało Andy, chętnie posłuchamy. - Ech… Tak naprawdę to wszystko się zaczęło w dniu naszych narodzin, myślę, że to przesądziło o wszystkim. Dwudziesty lipca 1987 roku zdecydowanie był dniem, który rozjebał życie nam i naszym rodzicom. Jestem ciekawy jak wielki szok musiała przeżyć matka, która pewnie nie mogła się już doczekać zapowiedzianych przez lekarzy bliźniaków, a tu gówno, wszystkiego najlepszego, nie tylko jest ich dwóch, ale są też złączeni! Wszystkiego najlepszego! Przynajmniej żaden się nie zgubi. Jak widzicie jesteśmy z Johnem złączeni nogami bądź jeśli wolicie mamy po prostu trzy nogi na dwóch. Ale zaraz, żeby się zbytnio nie zapędzać, nie będę wam opowiadał o przykrościach związanych z byciem mutantem bo to w sumie nawet nie było takie złe, starzy mieli kasę i wysyłali nas w najlepsze miejsca gdzie byliśmy nieźle traktowani. W sumie mieliśmy całkiem dobre dzieciństwo, nie John? - Taa… - Reasumując, chodziliśmy do specjalnych szkół dla dziwadeł żebyśmy mogli się czuć lepiej, aż do momentu studiów, kiedy to trzeba było się odciąć i pójść do ludzi powszechnie zwanych normalnymi. Z oczywistych względów przedyskutowaliśmy z bratem sprawę wyboru jednego collegeu, i tym sposobem trafiliśmy na Uniwersytet Pace w Nowym Jorku. - Gdzie mieszkaliście wcześniej? - W Phoenix. Mogę kontynuować? Dziękuję. Nie będę wgłębiał się w pierdoły związane z tym co studiowaliśmy, jak nam szło i tak dalej bo to nie istotne dla historii, ale powiem, że o dziwo zostaliśmy bardzo ciepło przyjęci w Pace i poznaliśmy grupę ludzi, którzy naprawdę nas polubili. Zaczęliśmy się w końcu zadawać z buntownikami w naszym wieku więc poznaliśmy takie rzeczy jak alkohol i niektóre narkotyki. Na początku było fajnie, pierwsze trzy lata upłynęły nam pod znakiem całkiem niezłej imprezy. Kłopoty zaczęły się na czwartym roku, kiedy obaj zasmakowaliśmy cracku, zaczęło się dokładnie na imprezie z okazji rozpoczęcia czwartego roku. Nasz kumpel Paul przyniósł działkę i obiecał niezapomniane przeżycia. Z Johnem braliśmy wcześniej sporo narkotyków; LSD, grzyby, amfetamina i wszystko to zawsze przypalaliśmy trawą, więc na crack zdecydowaliśmy się od razu. Co tu dużo mówić, Paul szybko stał się potem naszym najlepszym przyjacielem, i wcale mu się nie dziwię bo…