Historia · 5 min czytania
Jeruzalem cz.1
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Jeruzalem
Na dworze tańczył śnieg niesiony zimowym wiatrem. Izba była rozświetlona jedynie nikłym ogniem kominka, pokój stał się teatrem światła i cieni, goniących się wzajemnie. Cały ten spektakl zakłócał tylko raz po raz tylko refleks świetlny odbity od tarczy i mieczy zawieszonych na ścianie. Na środku pomieszczenia siedziała zamyślona postać mojego mistrza pochylonego nad dziełem tak obszernym jak i starym – nad pismem świętym. Pisanym w Akwizgrane przez mnichów dwieście lat temu. Tak samo można studiować jak pismo święte można studiować twarz mojego mistrza – zamyślona, przeorana siecią zmarszczek, smutne a zarazem przepełnione mądrością oczy, szpakowaty nos i broda zarówno jak włosy posrebrzała od wieku, trwóg i wyczynów. Głos jego niczym dzwon, potężny i dźwięczny. Posturą przypominał Tego tytana, co się o nich w książkach naczytałem. Nie znam człowieka, który by się odznaczał większa odwagą czy bohaterstwem, jestem na prawdę szczęśliwy, że jestem jego kompanem, sługa i giermkiem. Ale nie mowa o mnie i o moich uczuciach czy wyczynach, ale o moim Panie. Uznałem za mój obowiązek wobec mojego Pana i Boga utrwalić przynajmniej jeden jego wyczyn. Długo przyszło mi się zastanawiać co by opisać, aż w końcu po wielu nie przespanych nocach postanowiłem opisać pewna wyprawę, wyprawę zawierzoną Bogu, wyprawę do Ziemi Świętej.
Nigdy nie miałem cierpliwości, więc niedzielne wielogodzinne msze były dla mnie prawdziwa udręką, która trzeba było przetrwać. Dal mojego mistrza nie było to nic trudnego od długiego czasu trenował ducha w cierpliwości jak i w wierze. Lecz ta wiosenna niedziela była inna od wszystkich, ksiądz był dziwne podekscytowany, a kiedy rozpoczął kazanie posypało się gromkie „Deus vult!” – „Bóg tak chce!” a także „Imitatio Christi!” – „Postępujcie jak Chrystus!” Dla mnie te słowa znaczyły bardzo mało bo jak zwykle skoncentrowałem się na czymś innym. Pewnie Pan po mszy powie o co chodzi - byłem pewny, że mi powie bo zauważyłem poruszenie w kościele po kazaniu – szkoda, że nie słuchałem. Ledwo co wyszliśmy z moim Panem na zewnątrz spojrzał na mnie wymownie – on zawsze wiedział kiedy słuchałem kazania a kiedy nie. Po wzroku zrozumiałem, że tym razem było poruszone coś naprawdę ważnego. - Znowu nie słuchałeś kazania – zapytał, ale wcale nie oczekiwał odpowiedzi – Twój brak koncentracji kiedyś cię zgubi. - Wybacz mi mój Panie – pokłoniłem się