Inne · 3 min czytania
Jesień
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Szaro-białe chmury pędziły stadami po wielkim błękicie. Co chwilę któraś nieuważnie przesłaniała konturem słońce; szarość – lśnienie, szarość-lśnienie. Niekiedy pomiędzy kolejnymi aktami tego dramatu przyrody, sponad chmur spadała kurtyna świetlistych słupów promieni, łączących przyziemność z sacrum. Żółte, drobne liście brzozy, opadały chmarami na przechodniów. Czarny szuter parkowej alei odpowiadał moim krokom cichym miarowym chrzęstem. Ponaglone wezwaniem wiatru listki otoczyły mnie wirującą gromadą. Uderzały delikatnie w policzki i czoło. Przez chwilę osiadały na ubraniu, żeby zaraz zerwać się i pomknąć dalej w swym tańcu. Część z nich kończyło w wartkim nurcie strugi, kolorem usiłującej dopasować się do barw nieba. Na równym, jeszcze soczyście zielonym trawniku, uparcie trzymały się życia ostatnie kępy żółtookich stokrotek. Drzewa przyciągały wzrok feerią barw, począwszy od delikatnego jasnego złota, poprzez rzadki już szmaragd, i wyraźny cynober, aż do głębokiej sjeny. Przytłoczony ich pięknem, cicho przycupnął ponad strugą, szary omszały mostek. Metalowe poręcze, pomalowane kiedyś na bladoniebiesko, teraz obłaziły płatami spłowiałej farby. Gdzieniegdzie z kamiennej konstrukcji wypadł skruszały…