Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Aktualności · 6 min czytania

Jesienna podróż do Tykocina, czyli kawałek Polski

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

I jakoś wydostałem się z miasta, przeciskając się wąskim pasem na moście Dąbrowskiego, i jadąc dalej, trafiłem dla odmiany w strefę budowy S8. Chodzi o drogę ekspresową biegnącą po przekątnej kraju. Łachy piachu, maszyny, tu i ówdzie asfalt. A ja przeciskam się gdzieś po środku, nie za szybko, bo szybko się nie da, przede mną muszą przeciskać się przecież inni. Żałowałem kierowców próbujących wyjechać z dróg podporządkowanych i włączyć się do ruchu. Nikt nie dawał im szans, nikt w tej serpentynie po jednej i po drugiej stronie nie przytrzymał się, żeby ich wpuścić. Ich samochody bezradnie oczekiwały na dogodny moment, który długo, długo nie następował.

Nie historyczna Galilea, a historyczny Tykocin – dla odmiany, miał stać się łącznikiem z altruistycznym oddechem natury. Po to opuściłem mieszkanie w to niedzielne – jesienne - słone – czne popołudnie. Żeby samemu zobaczyć co tu się dzieje, jak wygląda świat i żeby nie nużyć się ciągłą monotonią, ciągle tym samym. Zjechałem z S8 w prawo. Tu dla odmiany, powitałem drogowe roboty. No ładnie. Kilka newralgicznych zwężeń minąłem szczęśliwie, bo akurat nikt nie nadjeżdżał z naprzeciwka. Słońce tej jesieni ma taki dziwny zwyczaj, zachodzi niespodziewanie. Przyspieszyłem, bo rzesz to słońce wypłoszyło mnie z domu, ku niemu miałem podążać, szurając bardziej podeszwami butów, niźli kołami o liście. A tu wciąż końca nie widać.

Wreszcie Tykocin miasteczko. Tu dla odmiany, żeby już się nie powtarzać, nie męczyć, nie wplątywać w sieć zbędnych zagadek – już nie tylko drogowe, ale ogólno rozbiorowe roboty. Objazdami, jakoś pomału dotarłem do centrum.

W obliczu znaków pojawiającej się nerwowości, tików, chciałem dostać się na zamek. Żeby dojechać do celu, trzeba przejechać most. Ten z kolei… już nie szukaj, błagam… jest w remoncie. Ruch wahadłowy, żadnych pachołków, tylko sygnalizacja świetlna. Nawet jak koń z naprzeciwka co koń nie wyskoczy, trzeba odstać, odczekać swoje trzeba (zaczął się Koterski).

Kiedy wjechałem, zamek skrywał się już w półmroku zachodzącego słońca. Mgiełką zapadającego mroku właściwie, więc na moje oko wyliczeń zostało jeszcze pół godziny względnie dobrej widoczności. Odetchnąłem wyprężyłem się, przeciągnąłem i zauważyłem współczesnych ludzi, poprzebieranych za szlachciców. Siodłali konie, szykowali do wyjazdu. W końcu opuścili dziedziniec pozostawiając po sobie głuchą ciszę.

Zrobiło się naprawdę szaro, papier, chustka wyciągnięta z kieszeni. Dzień zaczął pisać końcówkę, podłączony do purpurowej kroplówki słońca. Postanowiłem, że jednak wrócę do centrum. Dalej, znowu przez most, konie przede mną, panowie szlachta.

Wyglądało na to, że z wycieczki - dla odmiany – po

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%