Psychologia · 11 min czytania
Jesienne powroty
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Ołowiany żołnierzyk pociągu rytmicznie maszerował przez przestworza. Oficerki kół stukały o szyny, zgodnie z rozkazem maszynisty. Urszula wsiadła do wagonu, kiedy pociąg na krótko zatrzymał się, by zasalutować stacji. Dziewczyna sprawdziła, czy nie puściło jej oczko w pończosze i ruszyła korytarzem na poszukiwanie pustego przedziału. W ten dżdżysty, jakby posmarowany klejem poranek nie miała ochoty na niczyje towarzystwo. Zniechęcona zaglądała do wnętrz, w każdym odnajdując jedną lub dwie hieny podróżne. Z klatek ponumerowanych miejsc czyhały na nieuważnych podróżnych. Hieny- skrzywdzone kochanki, żony alkoholików, czy kobiety, którym dokuczały napadowe bóle woreczka żółciowego, rzucały się na pasażera i szarpały go zębami swoich zwierzeń i lamentów. Urszula nienawidziła ich, bała się, brzydził tymi monstrami, co nie bacząc na to, ile człowiek ma walizek, obarczają go jeszcze bagażem swoich trosk. Z obawą otworzyła drzwi przedziału, którym dostrzegła dwie luki wśród kłębowiska kończyn i brzuchów. Zacisnęła palce w pięść i zapytała, czy któreś z miejsc jest zajęte. -Nie, oba wolne- odpowiedziała lewa połowa twarzy mężczyzny, wciśnięta w kąt fotela. Druga część skryła się za firanką, gęsto zadrukowaną logami linii kolejowej. - Ciekawe-pomyślała Urszula- jeżeli mówi tylko lewą stroną warg, to myśli też tylko jedną półkulą mózgu? Ale zaraz uświadomiła sobie, że dla kogoś antypodów przedziału, kto co prawda wzorek na firance też odczyta jako PKP, realna i myśląca jest tylko prawa strona twarzy nieznajomego. Urszula nie mogła przez chwilę zdecydować się, czy siąść przodem do kierunku jazdy i wyglądać celu podróży, czy też usadowić się tyłem. Ta druga opcja była równie ciekawa; dawało możliwość obserwacji zmniejszania się obrazów wraz z biegiem czasu i upływem kilometrów. Nie było jej jednak dane długo się wahać, gdyż reszta pasażerów z parówkami nóg, podkulonymi pod fotele, wyczekującym wzrokiem nakazała jej w końcu usiąść. Spłoszona wcisnęła się pod okno. Naprzeciwko siedziała baba o chudych nogach flaminga i biuście wypływającym ze stanika. Miała krzywo pomalowane paznokcie, a bluzkę pod pachami znaczyły żółtawe zacieki. -Nie będę po prostu na nią patrzyła -zdecydowała Urszula. Wyciągnęła z kieszeni starej marynarki paczkę papierosów i zapaliła jednego. Głuchym echem zaprotestował czyjś kaszel z głębi siedzenia, wyrywając ze snu śpiącego księdza, przystojnego mimo zajęczej wargi. -Nie daj się sprowokować- uspokajała samą siebie w myślach- to w końcu przedział dla palących-. Wciągnęła w płuca obłok siwego dymu, nikotyna powoli rozpłynęła się po zakamarkach ciała, pogładziła głowę i zamazała obraz. Szum kół i szelest papieru odwijanego przez kogoś z kanapki namawiał policzek dziewczyny, by oparł się o brudny zagłówek fotela. Powieki opadały, powoli ograniczając świat. Jesienne pola podskakiwały za oknem, przez kliszę mgły skroplonej na szybie i obłok dymu z papierosa namawiały „Zaśnij, zaśnij”. -Nie, nie wolno mi spać- zaprotestował Urszula gasząc niedopałek- Jeszcze tylko dwie stacje i będę wysiadać- pomyślała. -Jeszcze tylko dwie stacje!- krzyknęła świadomość. Dwie stacje dzielą mnie od dzieciństwa, Jeśli przegapię właściwą, to pewnie dojadę do chwili, gdy byłam embrionem, albo w ogóle mnie nie było. Zniknę i nikt tego nawet nie zauważy, bo na czwartej stacji nigdy mnie istniałam. Poderwała się na nogi i zdjęła z półki torebkę, ścisnęła ją w ręce jak broń do walki z niebytem. Potykając się o stopy pasażerów wymamrotała słowa przeprosin i szybko wyszyła z przedziału. Stanęła przy drzwiach, usiłując utrzymać równowagę. Pisk hamulców skończył podróż i Urszula wraz z kłębowiskiem czapek i kurtek wypłynęła z pociągu. Zdezorientowane nogi utknęły na peronie. Dopiero, gdy stacja opustoszała, a ludzie rozsypali się po uliczkach, poprawiła szalik i wolno ruszyła w drogę. Z dachu dworca poderwała się srebrna chmura gołębi. Wraz z nimi postać w szarym płaszczu skierowała się ku centrum miasteczka. Zgrabiałe dłonie, wciśnięte w skrzydła rękawów nie dały lecieć. Tę drogę musiał odbyć pieszo. Pierwszy krok był najdziwniejszy. Łomot czerwonych pantofli o chodnik przywrócił Urszuli poczucie realności. Pomyślała, że to dobrze, że wybrała dziś kolorowe buty. Gdyby nie to, już dawno rozdarłyby ją na pół szare królestwa betonu i chmurnego nieba, a jej krew przechodnie braliby za kałużę deszczówki. Stukot obcasów zakłócał depresję miasteczka. Ropa mżawki powoli sączyła się z ranek zadanych niebu przez słupy telegraficzne. Kat listopad wiązał na szyjach bloków pętle z przewodów wysokiego napięcia a witryny sklepów nie odbijały świata w brudnym szkłem. Myśli dziewczyny stanęły na ulicznych światłach. Poprawiła kosmyki włosów, które wymknęły się z ciasnego koka i przepłynęła przez przejście dla pieszych. Idąc, mijała budynki, dziwnie skurczone i pochylone, mniejsze, niż wtedy. Jeszcze tylko jeden zakręt i zza drzew miniaturowego parku, który małej Urszulce wydawał się puszczą, ukaże się dom. Nie taki z elementarza, który ma dach karminowy jak ukochane buty, ale zwykły blok z żelbetonu. Dom. Już go widać- niepozorny, podporządkowany osiedlowemu parkingowi i piaskownicy. Piaskownica nie składała się na wspomnienia, bo była „fe”. Mama nie pozwalała się tam…