Inne · 20 min czytania
Jesienny Ruby
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
W chłodny jesienny poranek jak zwykle przed czasem otworzył restaurację. Wiedział, że pierwsi klienci pojawią się dość szybko. Rozumiał ich, sam również lubił wstawać wcześniej. Nawet zimą, gdy pierwsze promienie słońca pojawiały się dopiero koło ósmej piętnaście, wolał szybko podnieść się z łóżka i po ciemku wydreptać cicho po schodach na podwórko, żeby za moment, wdychając mroźne powietrze i potykając się o porzucone przez bawiące się dzieci, przysypane nocnym śniegiem gałęzie, dotrzeć wreszcie do pracy. Najbardziej lubił chwilę, w której otwierał oszronione drzwi restauracji i stawał w ciemnym pomieszczeniu, gdzie pachniało świeżo upranymi obrusami. Kiedy był mały i przychodził do restauracji ze swoim ojcem, nigdy nie odczuwał atmosfery niezwykłości, jaką czuł teraz. Zwykła restauracja położona pomiędzy licznymi sklepikami bogatych i biednych mieszkańców miasta nie wywoływała u niego żadnego zachwytu, który dziś budził go co rano. Zamknąwszy drzwi udał się do sali głównej i przystanął przy oknie, żeby popatrzeć na krople padającego deszczu. Nie przypuszczał, że właśnie teraz się rozpada. Przed chwilą ucichł wiatr, więc nic nie zapowiadało nadejścia chmur. - Uroki jesieni - pomyślał i odwrócił głowę od okna z zamiarem zatelefonowania do kwiaciarni po dostawę świeżych kwiatów. Louis uwielbiał kwiaty. Nie wyobrażał sobie stolików jego restauracji bez wazonów z pachnącymi frezjami. Jego kuzynka - Gladys - zawsze śmiała się z jego pasji, mówiąc przy wszystkich możliwych okazjach: - Louis jest jak kobieta. Zapachem wabi miłość życia. Gladys zawsze mówiła od rzeczy. Może dlatego, że w życiu nigdy nie miała za wiele szczęścia. Ale Louis nie próbował kłócić się z nią, bo tylko ona zawsze o nim pamiętała i choć zwykle śmiała się z niego, tak naprawdę dobrze rozumiała jego tajemnicze myśli. Odłożył słuchawkę i wrócił do okna. Za dziesięć minut przywiozą kwiaty. - Przydałoby się, żeby przyszedł Tom i poustawiał wszystko na czas - pomyślał i za chwilę usłyszał zgrzyt klucza w zamku drzwi od podwórka. Przyszedł Tom i Louis udał się w jego stronę. Tom nie lubił wcześnie wstawać, dlatego o siódmej rano wyglądał zupełnie inaczej niż w porze lunchu. Oczy miał półprzymknięte, jakby się jeszcze nie dobudził, a jego twarz wyglądała na bardzo zmęczoną. Louis cieszył się, że przedpołudnie Tom spędzał gotując w kuchni. W przeciwnym razie większość ludzi nie przychodziłaby do jego lokalu z powodu przerażającego widoku kucharza. - Dobrze, że już jesteś. Zaraz przywiozą kwiaty. Na dziś zamówiłem białe frezje, żeby rozjaśniły ludziom jesienną pogodę. Wszystko dookoła wygląda tak ponuro. Niech chociaż tutaj będzie miło. - Masz rację. Żółto - czerwone jeszcze bardziej przypominałyby ludziom o jesieni. Zresztą, skąd wiesz, że oni jej nie lubią? - zaczął się droczyć z Louisem zaspany Tom. - Nie wiem - odparł. - Często wydaje mi się, że ludzie myślą tak jak ja. Pewnie się mylę. - Daj spokój. Lepiej zabiorę się do pracy. Wczoraj nie chciało mi się sprzątnąć w kuchni, więc muszę nadrobić to lenistwo. Spać mi się chce. Najchętniej położyłbym się koło tej ciepłej kuchenki i szybko zasnął. - No, no - udał zdenerwowanie Louis - ustaw mi tylko kwiaty na stolikach, a potem będziesz mógł sobie odpocząć. W odpowiedzi Tom tylko się uśmiechnął i ruszył w stronę drzwi wejściowych, przed które właśnie zajechał samochód z kwiaciarni. Kierujący nim mężczyzna wysiadł i w strugach deszczu, który rozpadał się na dobre, pobiegł do restauracji. - Panowie mi pomogą. Kwiatów jest dużo, a za parę minut muszę dostarczyć gerbery do kościoła - usprawiedliwił swoją prośbę. - Dobrze. Nie ma sprawy - zgodził się Louis i spojrzał na Toma, który prawie spał na stojąco. - Pójdę po nasze kurtki - ożywionym ciszą głosem powiedział Tom. Kiedy uporali się z wyładowaniem kwiatów i wnieśli je do sali, Tom w pełni zbudzony świeżym zapachem zabrał się do ustawiania wazonów na stoliczkach. Louis przez chwilę patrzył na krzątającego się przyjaciela, po czym zdjął i powiesił kurtkę, mówiąc: - Najładniejsze i największe postaw na stoliku w kącie przy oknie. - Myślisz, że i dzisiaj przyjdzie. Po co się łudzisz? I tak nawet na ciebie nie spojrzy. Tyle starań. I sam powiedz, po co? - zdziwionym głosem odparł Tom. Louis przez chwilę zastanawiał się nad odpowiedzią. Potem zupełnie zapomniał, że Tom go o coś zapytał. Zagapił się w okno i próbował przypomnieć sobie jej twarz. Zupełnie zwyczajną, ale dla niego wyjątkową twarz. Nie pamiętał, kiedy po raz pierwszy przyszła do lokalu. Zwykle każdego z gości obserwował przez dłuższy czas, nią zainteresował się dopiero wtedy, gdy przyszła z małym - trzy - lub czteroletnim - chłopcem. Spodobały mu się jej ciemne, błyszczące od światła padającego przez okno oczy i jeszcze ciemniejsze włosy czasem luźno spływające po szyi, ale zwykle związane do góry. Jednak najbardziej polubił ją wtedy, kiedy siedząc przy ladzie i udając swoje wczytanie w rachunki z 1966 roku, które prowadził jeszcze jego dziadek, wsłuchał się w rozmowę dziewczyny z malcem. Ruby - bo tak się do niego zwracała - uwielbiał zadawać jej mnóstwo dziwacznych pytań. To, co urzekło w niej Louisa, to swoboda, z jaką odpowiadała maluchowi na te wszystkie dziecinne pytania. Louis kochał patrzeć na nią krojącą pierogi z jagodami, które Ruby zawsze zjadał ze smakiem prosząc o drugą porcję, i równocześnie odpowiadającą tak trafnie maluchowi. Czasem wątpliwości Ruby'ego wydawały się Louisowi tak wyszukane, że denerwował się podsłuchując te niekończące się rozmowy. Jednak spoglądając na dziewczynę zaraz się uspokajał i karcił siebie za swoją niecierpliwość, a potem patrząc na malca pochylonego nad drugą porcją pierogów z jagodami, o którą zawsze prosił dziewczynę po zjedzeniu pierwszej, uśmiechał się do siebie i po cichu wypowiadał życzenie: - Chciałbym z nią kiedyś porozmawiać. To marzenie gasło jednak tak szybko, jak się pojawiało. Nie wiedział, co mógłby jej powiedzieć, o co zapytać, by tak samo swobodnie jak Ruby'emu odpowiedziała. Bał się więc tego, że to marzenie kiedyś może się spełnić i jednocześnie cieszył, że ta niezwykłość dziewczyny wtedy i jego, nie tylko Ruby'ego, który cieszył się z pierogów, a nie z uśmiechu, jaki kierowała do niego dziewczyna, na zawsze by rozweseliła. - Nie stój tak - obudził go ze wspomnień Tom. - Za parę minut otwieramy, a ty stoisz już przeszło dwadzieścia minut. Rozejrzyj się, czy nie trzeba jeszcze czegoś przygotować. Louis był wdzięczny Tomowi za to przebudzenie. Goście wkrótce zaczną wchodzić, a on nadal stałby gapiąc się w okno. Bez słowa ruszył więc w stronę drzwi, by je otworzyć i zapalić małe światło, bo przez deszczowe chmury na zewnątrz panował mrok, który nie pozwalał promieniom słońca dostać się do lokalu. Louis stanął za kontuarem i obserwował ruch na ulicy. Początkowo migały za szybą nieliczne osoby biegnące do pracy i matki ciągnące za rękę do przedszkola zaspane dzieciaki. Po chwili zadźwięczał dzwoneczek przy drzwiach. Do restauracji weszło kilka osób i zajęło stoliki. Kelnerzy szybko rozeszli się po sali, żeby przyjąć zamówienia. W kuchni słychać już było gruby głos Susan, która zaraz po Tomie zjawiła się w pracy. Teraz rozporządzała już przyniesionymi zamówieniami. Louis bystro obserwował osoby zajmujące pojedyncze stoliki i odpowiadał na ukłony przybyłych. Cały czas patrzył, czy przypadkiem ktoś nie zajął miejsca dziewczyny. Zależało mu na tym, żeby stolik został wolny nie tylko dlatego, że najlepiej mógł stamtąd słyszeć jej rozmowę z Ruby'm, ale przede wszystkim dlatego, żeby nie powtórzyła się sytuacja sprzed kilku tygodni, kiedy z bladym i nieswoim uśmiechem musiała zająć inne miejsce, bo jej ulubiony stolik był już zajęty. Louis nie chciał, by znów musiała się niepokoić. - Przepraszam - cichy głos obudził go ze wspomnień - czy można zamówić przyjęcie urodzinowe dla grupy dzieci w pana lokalu. Louis z wolna podniósł głowę i spojrzał przed siebie. Przy ladzie stała zadbana starsza pani i szczerze uśmiechała się do niego. - Tak, oczywiście - zareagował szybko, gdyż kobieta zaczęła się rozglądać po sali. - Czy chce pani złożyć teraz szczegółowe zamówienie? Staruszka zamyśliła się, a po chwili zastanowienia dodała: - Mogłabym na razie podać termin przyjęcia oraz jakie życzyłabym sobie potrawy. Jednak nie wiem, ile dzieci będzie w nim uczestniczyło. Bo widzi pan, mój wnuk - Ruby - chciałby zaprosić... Dalej Louis nie słuchał. Patrzył na leżący przed nim notes, niedbale zapisywał słowa z szybkiej i cichej gadaniny staruszki i cały czas z przerażeniem i dziwną radością myślał: - Wreszcie będziemy mieć ze sobą coś wspólnego. Gdy kobieta ucichła, Louis ocknął się z marzeń. Staruszka widząc jego roztargnienie podała mu numer telefonu do domu i poprosiła o kontakt, gdyby okazało się, że czegoś nie dodała. Uśmiechając się i dziękując opuściła restaurację, pociągając za sobą wzrok Louisa, który znowu się zagapił w okno. Myślał teraz o przyjęciu, na które dziewczyna przyprowadzi Ruby'ego. Słyszał w wyobraźni głośne okrzyki bawiących się kolegów malucha i piski dziewczynek jedzących na wyścigi ciasto owocowe z kremem. Rozejrzał się i niewidzącym wzrokiem zobaczył siebie i ciemnowłosą dziewczynę przy stoliku w kącie. Siedzieli sami, a na stoliku stały dwa koktajle truskawkowe. Gwar wydawał im się bardzo odległy, dokoła nich panowała skromna cisza, gdy nagle zabrzmiał w ich pobliżu głos Ruby'ego, który powiedział: - Który godzin? Louis wypadł z szeregu obrazów marzeń i w kącie przy oknie ujrzał dziewczynę i chłopca przeglądających te same co zwykle strony menu. Maluch spoglądał na nią wyczekująco i po chwili usłyszał: - Ósmy czterdzieści dziewięć. Jeśli mówisz językiem leśnych biedronek, możesz to uznać za prawdę. Spokojny głos dziewczyny zadźwięczał w uszach Louisa. Zatęsknił za ostatnim obrazem marzeń. Wolałby, żeby to jemu odpowiedziała, a nie Ruby'emu. Louis wstał