Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Horror · 35 min czytania

Jeśli kwitną truskawki

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Mogły się zmieniać pory roku, kształty chmur na niebie, czy liczby ludzi zakochanych w innych lub sobie samych, ale nie smak truskawek, które hodował dziadek. Były bardzo duże i soczyste, słodkie, choć niepozbawione lekkiej kwaskowatości – ta kwaskowatość przychodziła na samym końcu, mieszała się z poprzednim smakiem, sprawiając wrażenie, że nie je się owoców tylko bardzo drogie lody z cukierni położonej w samym centrum Paryża, gdzie kelnerzy chodzą w liberiach. Gdyby te dziadkowe truskawki były samochodami, ludzie mówiliby zapewne: „Teraz już nie robi się takich aut. Takie auta, mój panie, robili przed wojną”; jeśli zaś, za sprawą magicznego zaklęcia lub diabelskiej klątwy przekształciłyby się w wesołych chłopców i młode dziewczyny w zwiewnych sukienkach, moglibyście usłyszeć: „No to jest młodzież, proszę pana. Taka właśnie była za naszych czasów, porządna i dobrze wychowana”.

Wiktor (chłopiec o delikatnych rysach twarzy i posturze zupełnie niepasującej do chłodnej stanowczości jego imienia) nie lubił jeść, uwielbiał za to owocowe desery i każde wakacje – zarówno zimowe jak i letnie – które spędzał na wsi, stanowiły dla niego istny przyczynek nieba. Poranki rozpoczynał najwcześniej o godzinie dwunastej – a jeśli miał piękny sen, jeden z tych ulatujących zaraz po obudzeniu, zdarzało mu się spać nawet do wpół do drugiej. Wpadał pędem – jakby mógł biegiem nadrobić stracony czas – do kuchni, niemal na stojąco pożerał truskawki z cukrem, śmietaną lub zapachem beztroski i znikał na dróżce wiodącej wśród drzew, aż do jeziora. Z domu wychodziła wtedy babcia i machała mu wesoło – na jej wargach tańczył uśmiech, a oczy drażniły ziarenka zazdrości i małego smutku. Tego Wiktor nigdy nie zobaczył; walczył już z UFO, odcinał macki ogromnej ośmiornicy, latał, odkopywał skarby krwiożerczych piratów. Potem wracał – zmęczony, zziajany, z kilkoma nowym zadrapaniami na twarzy i dziurami w starych spodniach. Na stole czekały owoce, a przed domem, wygrzewając pobrużdżoną twarz w wiecznie młodym słońcu, siedział dziadek, gotów wysłuchać wszystkich historii – i może nawet w parę z nich uwierzyć. Czasem opowiadał swoje i balansował między realnością, a baśnią tak sprawnie, że Wiktor wierzył we wszystko – dziury w snach, przez które można spaść do innego świata, cienie z zębami i pajęczyny żyjące własnym życiem. Tylko, że tak naprawdę chłopca ciekawiła jedna, jedyna opowieść – o truskawkowym krzewie kwitnącym cały rok. I tą jedną, jedyną opowieść dziadek chował w kącie stolarni stojącej na tyłach ogrodu i nigdy, ale to nigdy nie wypuszczał.

Brzydka, drewniana szopa kryła się za wysokimi drzewami jabłoni o rozłożystych koronach (trzeba dodać, że wyjątkowo płodnymi drzewami i każdej wiosny starsi ludzie zarabiali na nich kilka dodatkowych groszy odkładanych na czarną godzinę – lub pogrzeb) i jeśli nie podeszło się naprawdę blisko, łatwo ją było przegapić. Wejścia broniła kłódka – zakładana raczej z przyzwyczajenia niż dla rzeczywistej ochrony; babcia mawiała, że klucz zginął wieki temu, gdy na świecie łopotały jeszcze płonące szaty czarownic i Wiktor naprawdę w to wierzył. Z przodu, na wysokości około dwóch metrów znajdowało się małe okienko, podobne tym, które widnieją w murach fortecy, a tuż przy drzwiach swoją obecność zaznaczył kret. Kopiec był całkiem spory, zupełnie jakby został wykopany przez coś dużo większego niż ślepe zwierzę żyjące tam, gdzie ludzie leżą martwi. I właśnie to miejsce – dziadek powtarzał, że to „moja, zupełnie moja i niczyja inna komnata” – sklecone niedbale z kilku desek wyrwanych wnętrznościom różnych drzew, fascynowało Wiktora każdego wieczora; dni rezerwował na zabawę i przecieranie łat na kolanach. Zanim zasypiał, wdrapywał się na skrzynię stojącą przy oknie i wypatrywał kłódki, którą czasem bezskutecznie próbował rozhuśtać wiatr. Tkwiła tam jak stary, zgarbiony rycerz w zardzewiałej zbroi, stojący na straży zapomnianego zamku kryjącego tajemniczy skarb w czeluściach lochów. Ileż to razy Wiktor toczył z nim pojedynki – wszystkie zakończone zwycięsko – otwierał wrota i ostrożnie, w obawie przed niosącymi śmierć pułapkami, zaglądał do środka; coraz dalej, coraz dalej, aż wydawało mu się, że coś zaczyna świecić. Świecić blaskiem świata wiedźm i potworów. Najczęściej wtedy się budził, a słoneczna pogoda rozwiewała kuszącą tajemnicę zrodzoną w srebrzystobłękitnej poświacie księżyca.

Tak mijały wakacje – sierpień zdążył pogrzebać lipiec i sam stanął nad grobem, gotów ustąpić miejsca wrześniowi. Pozostał jeden dzień, nim przyjadą rodzice, mama wysiądzie z samochodu i powie: „Ależ ten mój chłopiec urósł! Za niedługo przerośniesz tatę!”, tata spojrzy na nią, przewróci oczami, a potem wszyscy wrócą do miasta, zamieniając cień drzew na cień wieżowców. Wiktor postanowił zatem dowiedzieć się, co kryje stara szopa. Odważna, niemal zuchwała decyzja – w umyśle małego chłopca, rzecz jasna – wprawiła go w stan wyjątkowego podniecenia i czuł gorące uderzenia energii szarpiącej całym ciałem, aż po opuszki palców; próbował uśmiercić godziny – wlekące się stanowczo zbyt wolno – pływając w jeziorze, bijąc rekord w podbijaniu piłki, a nawet (co wzbudzało uzasadnione obawy dziadka) pomagając babci. Wykończony, zasnął na długo przed zapadnięciem zmroku. Nie zdążył zjeść kolacji i może to właśnie głód przerwał jego sen parę minut po północy – Wiktor błyskawicznie zerwał się z łóżka, jakby ktoś właśnie przypalił mu stopy. Wyjrzał przez okno i przełknął ślinę – rogal księżyca przybrał odpychający, ciemnożółty kolor zepsutych zębów. Zdawał się wisieć tuż nad szopą, jakby zapraszając: „Chodź, malutki, przyjdź tu. Oświetlam ci drogę, zobaczysz wszystko, co będziesz chciał. Może nawet więcej…”. Zdeterminowany chłopiec przemknął przez pokój babci i dziadka, choć adrenalina, która towarzyszyła mu przez cały dzień, opuściła go bezpowrotnie, skowycząc przy tym jak zbity pies. Niekiedy przystawał, zdjęty strachem, nie wiedząc, że urywany oddech starszych ludzi częściej zwiastuje śmierć niż przebudzenie. Pamiętał o dwóch deskach przy samych drzwiach, skrzypiących przenikliwym piskiem stawiającym włosy na głowie. Wyobrażał sobie, że to pisk duchów małych, polnych myszy, które wyjątkowo mroźną zimą schroniły się pod podłogą i zginęły pod ciężkimi podeszwami butów taty. Ostrożnie ominął zdradliwe miejsce, modląc się w duchu, by nic nie przerwało ciszy – każdy najmniejszy dźwięk odebrałby mu całą odwagę do wyjścia na dwór. Bóg – lub ktoś zupełnie inny – łaskawie spojrzał na dzielnego, samotnego podróżnika, spuszczając na wszystko gruby pled milczenia. Wiktor stanął przed domem. Dopiero wtedy zdał sobie sprawę, że wstrzymywał powietrze; wypuścił je przez zęby, sycząc jak wąż szykujący się do ataku i ruszył wzdłuż ściany – dla otuchy sunąc po niej ręką – w kierunku stolarni. Świerszcze grały smutny koncert w trawach, wtórowały im niespokojne liście, drżące ze strachu przed jesienią. Gdy mijał krzewy – sięgające głowy dziadka – mógłby przysiąc, że usłyszał cichy chichot, który umarł w przerażonym westchnięciu. - Trochę tu strasznie – powiedział i od razu zamilkł. Nie poznał swojego głosu – przecież to niemożliwe, by zachrypiał jak starzec. Przystanął, zastanawiając się, czy może nie lepiej byłoby wrócić do domu, pod kołdrę, bezpieczną, grubą kołdrę – mimo że było bardzo ciepło, a wilgotna noc kleiła koszulę do ciała. „Nie!”, pomyślał, „Nie teraz, gdy jestem tak blisko”. Zacisnął małe dłonie w pięści, wziął głęboki oddech i puścił się biegiem w kierunku szopy, gotów nie zatrzymywać się, choćby stanął przed nim sam diabeł (albo Konrad, który był zbyt duży i silny, i zabierał innym dzieciom pieniądze, i piórniki, a czasem nawet buty).

Dotarł bezpiecznie. Sięgnął po kłódkę i niemal natychmiast cofnął rękę. Poparzyła mu palce lodowatym zimnem, choć tu, między drzewami, było jeszcze bardziej duszno – Wiktor pomyślał, że tak musi być w saunie, do której tata często chodzi. Poczuł, jak w gardle pęcznieje mu jedna z tych wielkich kul karmiących się nerwami i niepewnością. Księżyc łypał z góry, lśniąc brudną żółcią kłów wampira głodnego krwi; chłopiec potrząsnął głową i – był o tym święcie przekonany – przybrał hardą minę, choć tak naprawdę na jego bladej twarzy malowała się niepewność, a w oczach kryły zaledwie chochliki odwagi, gotowe czmychnąć, jeśli tylko zawyje wiatr. W końcu wziął się w garść na tyle, by zdjąć kłódkę i – jak w swoim śnie – zajrzeć do środka. Noc kładła się matowym hebanem na całym pomieszczeniu. Wiktor mruknął, że przydałaby mu się latarka i pozwolił, by wyobraźnia pomknęła ku Bożemu Narodzeniu: „Tak, tato, powiedz Świętemu Mikołajowi, że to wspaniała latarka, zawsze chciałem taką mieć. Takie latarki zabijają potwory w szczelinach i pod meblami”. Wszedł do środka – oczekując kolejnej skrzypiącej podłogi, ale powitała go ubita na kamień ziemia. Chłopiec wyciągnął ręce przed siebie i zaczął iść, pomału, ostrożnymi krokami. Jeden, drugi, trzeci, czwarty… Zmarszczył brwi – doliczył do dwunastu, a był pewien, że z zewnątrz szopa wyglądała na mniejszą. Nie natrafił na żadne narzędzia, szafki, czy choćby zwykły stół – zupełnie jakby wpadł w czarną dziurę. Kiedyś oglądał o takiej film – beznamiętny, naukowy język opisujący bezwzględność zjawiska zdołał przerazić go bardziej niż setka horrorów o nieśmiertelnych mordercach z zakrwawionymi nożami. Długo nie mógł potem zasnąć i kilka razy budził się wrzeszcząc, przekonany, iż rodzice przepadali w otchłani kosmosu i już nigdy ich nie zobaczy. Prawą stopą natrafił na wystające coś, zatoczył się i wpadł do ciasnej skrzyni pachnącej świeżym drewnem. Zamarł. Przez okienko zajrzała pożółkła łuna. Leżał w trumnie. Trumnie, która nie miała prawa opierać się o ścianę, gdzie wisiały liny mogące stworzyć huśtawkę, koło której leżały młotki i gwoździe gotowe do zbudowania sanek – dlaczego w szopie dziadka była trumna?! Wyskoczył z niej z głuchym krzykiem, zbyt przerażonym, by opuścić gardło. Po twarzy dziecka spłynęła łza, w ślad za nią kolejna, aż zmieniły się w wartki potok smutku, dziwnego rozczarowania i pierwszego strachu przed śmiercią. Pewnie Wiktor płakałby tak długo, płakał z zamkniętymi oczami, mając nadzieję, że gdy je otworzy wszystko okaże się złym snem, gdyby nie znajomy zapach – zapach truskawek. Niemożliwe… W stolarni, przeklętej stolarni („Nie powinienem był tu wchodzić, mamo, tato, dziadku, nie chciałem, bardzo nie chciałem, jest mi źle”) rosłyby jego ukochane owoce? Pociągnął nosem – słodka woń wypełniła nozdrza. Zdążył się przekonać, że to nie złudzenie; przedramię wciąż piekło czerwoną plamką po mocnym uszczypnięciu. Na czworakach, jak zdzierający sobie kolana pielgrzym, popełzł w ich kierunku. Czerwień owoców płonęła intensywnie i czerń wokół zdawała się rzednąć – zupełnie jakby krzak otaczała nikła aura dnia. {i}„Świecić blaskiem świata wiedźm i potworów.”{/i} Chłopiec zbliżył się jeszcze o parę centymetrów, opierając na rękach, nogi ciągnąc za sobą. Truskawki pachniały wiosną, latem, szczęściem, jeziorem, młodością. Sięgnął po jedną z nich i zerwał bez trudu, miał nawet wrażenie, że sama wpadła mu w dłoń. Przegryzł owoc, uwalniając wspaniały smak. Zapomniał o trumnie – jakiej trumnie, przecież tu rosną tylko truskawki, truskawki hoduje dziadek w tajnym miejscu, miejscu dziadka, dziadka, którego nie trzeba się bać. Siedział na ubitej ziemi, z zamkniętymi oczami, jedząc. Nie myślał o niczym – gdyby to robił, pewnie zachwycałby się własną odwagą i fantastyczną nagrodą, godną bohaterskiego chłopca, który pokonał noc, kłódkę i monstra schowane między trawami. Wyciągnął rękę, by złapać kolejną i zahaczył dłonią o wyschnięte badyle wystające z ziemi. Drzazga wbiła się w opuszek serdecznego palca. Wiktor spojrzał na nią ze złością i wstał, chcąc wykorzystać światło księżyca do wyciągnięcia zdradliwego kawałka drewna. Ale wtedy, dokładnie wtedy, jakby cały czas czekało na odpowiedni moment – czekało w cieniu, z otwartym pyskiem pełnym zębów i śliną ciągnącą się między kłami – coś zasłoniło, tylko na chwilę, okno. Zaczęły otwierać się drzwi. Nie skrzypiały. Chłopcu – najzupełniej dosłownie – opadła szczęka, a piasek i suche powietrze wypełniły usta. Przypomniał sobie o trumnie („ Nie mogło jej tu być, nie mogło jej tu być, nie powinno jej tu być, o Boże, przecież jest, cały czas tam stoi, chce mnie wciągnąć do środka”) i nowe łzy zastąpiły stare, płynąc mikroskopijnymi koleinami wydrążonymi w twarzy brudnej ziemią i – czerwonym jak krew – sokiem z truskawek. - Wiktorku, co tu robisz? Dziecko drogie…– powiedział dziadek i przykucnął przy wnuku. - Dzia… Dziadek? Dziadku! – krzyknął Wiktor i rzucił mu się w ramiona. Płacz utonął w koszuli. - Dziadku… Dla… Dlaczego tu jest… Tu jest trumna? - Wiktorku – powtórzył dziadek i westchnął – Co ja ci mam powiedzieć… Pewnie już wiesz, że nikt z nas nie może zostać na ziemi na zawsze. Pewnie, wszyscy byśmy chcieli… - Ja bym chciał, żebyście z babcią żyli zawsze – przerwał mu chłopiec, podkulił nogi i objął je rękami. - Ja też – westchnął dziadek i usiadł na ziemi, odciążając zmęczone, stare stawy. – Niestety, oboje mamy już swoje lata. Przeżyliśmy piękne chwile, naprawdę cudowne i mam nadzieję, że kiedy podrośniesz zdążę opowiedzieć ci o kilku z nich. Wiesz, to takie bardziej dorosłe historie… A ta trumna. Ta trumna, Wiktorku, jest ode mnie dla babci. Żeby nie leżała tam, na dole, zupełnie sama. Żeby miała coś ode mnie, na zawsze. Spojrzał na wnuka i mimo mroku dostrzegł bezbrzeżny smutek w jego oczach. - Żeby miała coś ode mnie do czasu, kiedy znów ją zobaczę – zreflektował się. Siedzieli w szopie jeszcze przez parę minut, przytuleni, związani wspólnym sekretem i tym specjalnym rodzajem miłości, który łączy jedynie wnuków z dziadkami. Było ciepło, świerszcze grały zdecydowanie weselsze melodie, a księżyc już wcale nie przerażał kolorem. Wiktorowi przeleciała przez głowę myśl, że dobrze byłoby tu tak zostać, że dobrze byłoby, gdyby już nigdy nic nie miało się zmienić, choć trumna uświadomiła mu dobitnie, że wszystko kiedyś się skończy. W końcu wyszli, a chłopiec obrócił głowę, spoglądając jeszcze na truskawki. Dopiero teraz zauważył kilka – może nawet kilkanaście – martwych, wysuszonych gałęzi otaczających tętniący życiem krzew. Wyglądały jak potępione, widmowe szkielety błagające o litość i dar odejścia w pustkę. Chłopca przeszyły dreszcze i wbiły zardzewiałe haki w podbrzusze – dobry nastrój znikł, by tej nocy już nie powrócić.

Rodzice przyjechali późnym popołudniem – to przez korki, tłumaczyli; nie śmieli przyznać, że spędzanie czasu ze starcami zwyczajnie ich nuży, jest zwykłą stratą czasu, a przede wszystkim – pieniędzy. Zdążyli jednak zjeść obiad we wspólnym gronie – chłopiec wymknął się na chwilę, niby w poszukiwaniu zgubionej zabawki. Skłamał; miał zwyczaj pakować się z obsesyjną dokładnością ludzi, którym żal wyrzucić zwykły papier – bo nawet zwykły papier może być niezwykłym wspomnieniem. Wrócił po zaledwie paru minutach, ale tyle mu wystarczyło, by dokonać drugiego – i to w mniej niż dwanaście godzin – niecodziennego wyczynu. Znów zakradł się do szopy, zostawiając tam skromną pamiątkę. Ucieszony zasiadł przy stole i uśmiechnął się do wszystkich – odpowiedzieli tym samym (uśmiech rodziców wyglądał na wymuszony), a babcia zakasłała – mokro i nieprzyjemnie dla ucha. Na czole dziadka pojawiła się siatka głębokich zmarszczek – jak zawsze, gdy był zdenerwowany. Nagle Wiktor zerwał się krzesła i mocno uściskał starą kobietę, czując do niej ogromną miłość, spotęgowaną dziwnym, kłującym uczuciem w okolicach serca – nie miał pojęcia dlaczego, ale był przekonany, że właśnie dziś, zwykłego dnia, o którym nigdy nie myślał, nad którym nigdy się nie zastanawiał, widzi ją po raz ostatni. Przeczucie minęło pół godziny później, gdy domu dziadków nie było widać już nawet wtedy, gdy chłopiec z całych sił wychylał się przez tylnią, opuszczoną najniżej jak się dało, szybę samochodu. Mama krzyczała, że zaraz wypadnie i nie dostanie kolacji, ale wcale się tym nie przejmował. Wiktor pękał z dumy. Wracał myślami do szopy – nie budziła już lęku i był nawet trochę rozczarowany, że drewniana jędza o szponach z grabi wygląda w świetle dnia na śmieszną i szczerbatą. Wiktor pękał z dumy – i bardzo się cieszył – że zdążył we wnętrzu trumny wydrapać uśmiechniętą buźkę i trzy słowa, najważniejsze, jakie kiedykolwiek napisał: „Kocham cię, babciu”. Ot tak, żeby miała też coś od niego, zanim znów się zobaczą.

„Smutek jest jak śnieg” – koślawe litery, z rozlanymi kałużami atramentu zamiast kropek, samotnie tkwiły pośrodku wydartej z zeszytu kartki. Chłopiec siedział przy biurku z głową schowaną miedzy ramionami. „Smutek naprawdę jest jak śnieg”, myślał, „ Jest taki zimny i drętwieją przez niego palce, i kiedy jest go za dużo to nie można zobaczyć innych ludzi, i jest się wtedy samotnym i jeszcze smutniejszym”. Babcia odeszła. Umarła – spokojnie i we śnie – trzy tygodnie przed zimowymi feriami. Podobno szyła przez cały dzień swetry dla syna i wnuczka, odłożyła je, zjadła z dziadkiem obiad, po którym ucięli sobie krótką drzemkę (Wiktor miał szczerą nadzieję, że zasnęli przytuleni i szczęśliwi). A potem nie było już nic – obudził się wyłącznie dziadek. Zadzwonił do syna, powiedział: „Mama nie żyje”, odłożył słuchawkę. Tata Wiktora powiedział żonie, że głos…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Jeśli kwitną truskawki — czytnik · opowiadania