Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Wojna · 13 min czytania

Jest Osmy Maja, Wieczór

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

O mój Boże. Mój dobry Boże, który zawsze byłeś mi oparciem w godzinie strachu i zwątpienia, światłem w ciemnej dolinie, schronieniem na czas burz. Radością i tarczą moją. Dlaczego odszedłeś? Dlaczego, za jakie winy zesłałeś nas za życia tu, do piekła na ziemi, i zostawiłeś na pożarcie wrogom naszym? Czym Cię obraziliśmy? Czy tym, że sami to piekło zbudowaliśmy? Dlaczego odszedłeś? Zwątpiłem w Ciebie. Zwątpiłem, bo nie mogłem pojąć sensu tej próby, jakiej nas poddałeś. Nie chciałem na to przystać. Po raz pierwszy w życiu powiedziałem Ci 'nie'. Ale czy mnie słyszałeś?

Normandia, 6 czerwca 1944, plaża Omaha

[i]Nie mogę uspokoić oddechu. Jesteśmy jeszcze daleko od brzegu, ale już czuję strach wgryzający się w moje ciało, jego tępe zęby zaciskające się na moich wnętrznościach. Zacina mżawka, a łajbą kolebie nieprzyjemnie. Ktoś wymiotuje, ktoś szepcze modlitwę. Większość milczy, starając się nie patrzeć sobie w oczy. Tylko huk fal i monotonny warkot silnika... podnoszę wzrok, patrzę na stalowoszare niebo. Czemu nie widzę żadnych mew? Powinny chyba gdzieś tu być? Nie czuliśmy się wtedy jak bohaterowie. Nie byliśmy nimi. Byliśmy normalnymi chłopakami, którzy zamiast podrywać dziewczyny czy myśleć o skończeniu studiów, srali w gacie ze strachu na samą myśl o tym, co się stanie gdy za moment dobijemy do brzegu. Nie byliśmy kuloodporni ani szybcy jak błyskawice. Byliśmy cholernie zwyczajni. I właśnie o tym myślałem, gdy zbliżaliśmy się do tej francuskiej plaży. Ktoś kiedyś powiedział, że nic tak nie uspokaja jak szum morza. Chciałbym, żeby był tam wtedy z nami.[/i]

Biegnij. Gdy huk fal powraca, wyrywając cię z zamyślenia – a raczej przepojonej strachem apatii, a wraz z nim łoskot piorunów ciskanych przez rozwścieczonych bogów, nieustający warkot dobywający się z gardeł żądnych krwi brytanów, które spuścili ze smyczy – wtedy w głowie, jak latarnia pośród mroku płonie tylko jedna myśl. Biegnij. Biegnij, by żyć. To nie pioruny lecą z niebios na ziemię, to pociski. To nie opętane psy o wielu pyskach warczą i szczekają – to działa i karabiny. To nie makabryczne kraby zagrzebały się w żółtym piasku plaży. To miny. A krzyki, które słyszysz ze wszystkich stron, nie wzywają do bohaterskiej walki z bogami o ich tajemnice. Wzywają pomocy. Czasem matki. Nie usłyszysz w nich odwagi ani radości ze śmierci z bronią w ręku. Usłyszysz strach, grozę, przerażenie. Usłyszysz, jak wraz ze śpiewnym wizgiem ołowianych, zabójczych pszczół porywających rozum do śmiertelnego tańca, coś pęka ludziom w ich umysłach. Coś się kończy. Coś się poddaje. Bliżej już nie podpłyniemy. Klapa barki opada, niczym most do Tartaru. Biegnij... Na powitanie ktoś chlusnął mi szampanem w twarz. Szampan jest gęsty, ciepły i czerwony. LeVille, stojący przede mną, w pierwszym rzędzie, nagle rzuca mi się w ramiona. Nie daję rady go utrzymać i obaj lecimy do tyłu. Ląduje na mnie, odwraca twarz i widzę potok krwawych łez płynący z lewego oka. Jakby płakał z radości, że trafił w tak wspaniałe miejsce. Z brzuchów kolejnych barek dobijających do brzegu wysypują się wciąż niezliczone szeregi szarozielonych mrówek. Ich celem są bure ciastka bunkrów, upuszczone wśród wydm przez niemieckich budowniczych, którzy niedawno urządzili tu sobie piknik. Piknik na plaży! Fajerwerki!

[i]Tygodnie treningu, ćwiczeń, przygotowań, oswajania się z hukiem dział, z ciasnotą na barce, ze zgiełkiem walki. Plany, makiety, szczegółowo przydzielane zadania. Orientacja w terenie, czytanie map, zaznajamianie się z ekwipunkiem. Harmonogramy, zdjęcia lotnicze, wyszukiwanie najsłabszych punktów w obronie przeciwnika. Nawet sobie nie wyobrażacie, ile czasu poświęcono na to wszystko. Żeby wszystko poszło sprawnie, szybko, żeby było zapięte na ostatni guzik... to wszystko wzięło w łeb zanim jeszcze na dobre wylądowaliśmy. Burdel, chaos, rozpierducha. Równie dobrze mogli nas wziąć wprost z ulicy i wysłać w to piekło z drewnianymi kijkami, efekt byłby z grubsza taki sam. Nikt nie wiedział, gdzie się znajduje, gdzie jest jego oddział ani co ma robić, gdy wszystkie plany poszły się już pieprzyć. Mogliśmy tylko szukać jakiegokolwiek schronienia i próbować dożyć do momentu, gdy coś lub ktoś będzie w stanie zmienić sytuację, powstrzymać żądne krwi demony krążące w powietrzu. Nie wiem tylko, czy kiedykolwiek próbowaliście grać w chowanego na plaży?[/i]

Skacz. Skacz za burtę, niech zimna woda zamknie cię w swoich objęciach, niech ukryje cię przed wzrokiem morderców, niech otuli ciszą niczym łono matki. Niech na ten krótki moment odgrodzi cię od śmierci, bólu, od strachu i rozpaczy. Od krwi i nieuniknionego końca. Od wrogów i przyjaciół. Skacz, bo jeśli nie skoczysz, ołowiani drapieżcy rozedrą twoje ciało na strzępy. Ukryj się pod falującym sklepieniem, na jedną chwilę zejdź im z oczu. Dopóki twoje płuca nie zaczną krzyczeć z tęsknoty za świeżym powietrzem, okryj się płaszczem fal, dającym złudne poczucie bezpieczeństwa. Jak w dzieciństwie, gdy zamykając oczy myślałeś, że stajesz się niewidzialny. Skacz! Więc skaczę. Zrzucam z siebie ciało przyjaciela, podnoszę się i skaczę. Obok mnie ktoś osuwa się w dół z krótkim jękiem; nie widzę kto to, jestem już po drugiej stronie. Chowam się w wodzie, jak jakaś żaba. Tak, mam nawet w miarę odpowiedni kolor; mała żabka chowając się w wodzie przed paskudnymi ropuchami, które rozsiadły się na brzegu i wypluwają piekielny rechot z tysiąca czarnych luf. Przez chwilę, która mogłaby trwać wieczność, słyszę tylko szum wody, jednak nie mogę tu zostać. Podnoszę się więc i ponownie uderza mnie piekło – huk, wrzaski, smród. Smród strachu i śmierci. Powietrze tną posłańcy nienawiści, niosący krótkie wiadomości swoich panów w tej ognistej wymianie zdań. Biegnij. Biegnę więc, biegnę z innymi; szukamy osłony za metalowymi blokadami, na których ołowiane demony wojny wygrywają piekielne staccato, za ciałami poległych, w lejach po wybuchach. Ale to nie jest tak jak w tym dowcipie, gdzie słoń schował się za mrówką. Nikt się nie śmieje.

[i]Pamiętam. Nie potrafię wyrzucić tych upiorów z pamięci. Są niczym słowa okrutnej zemsty, które jakiś barbarzyński bóg wytrawił na metalowej płycie mojego umysłu. W dzień, ukryte przed światłem słońca, szepczą tylko, chowając się za drzwiami świadomości. Wracają w nocy, dręczą mnie, trzymają tuż pod powierzchnią snu – tak, bym płonął, ale nie mógł się obudzić. Co noc przechodzę nad piekłem po cienkiej linie zawieszonej w otchłani szaleństwa. Co noc poddaję się twojej próbie, Boże, ale wiem, że…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%