Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Kryminał · 16 min czytania

Jest tutaj

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Zadzwonili w nocy. W środku nocy, jak zwykle, takie właśnie mam szczęście. Albo to po prostu taka domena pracy policyjnego detektywa. Ludzie lubią zabijać innych w nocy. Do muzeum dotarłem kilkadziesiąt minut później, nie zamierzałem odpuścić sobie szybkiej kąpieli i śniadania tylko dlatego, że ktoś znalazł kolejnego nieboszczyka. Nawet jeśli ów leżał w największym ośrodku muzealnym w mieście, a pewnie i w kraju. Noc była ciepła i bezchmurna. W marynarce było mi nawet odrobinę za gorąco. W drzwiach budynku powitał mnie gruby, spocony strażnik w ciemnoniebieskim mundurze. Machnąłem mu przed nosem odznaką i natychmiast oznajmił, że zaprowadzi mnie gdzie trzeba. Po drodze mało mówił, głównie ciężko dyszał. Zresztą pewnie niewiele wiedział. Pokonaliśmy dwa piętra, przechodząc przez kilka sal ozdobionych obrazami i rzeźbami, aż w końcu zatrzymaliśmy się przed dębowymi drzwiami ze złotą tabliczką, oznajmiającą, że jest to biuro kustosza. Grubas wskazał mi drzwi, skinąłem mu głową i bez słowa nacisnąłem klamkę.

Zarówno przeciwległa ściana, jak i ta w której znajdowały się drzwi, była całkowicie zapełniona regałami z książkami w różnokolorowych okładkach. Pachniało drewnem i papierem. Naprzeciwko wejścia stało dwóch dobrze zbudowanych mężczyzn, ewidentnie wojskowych. Widać to było po broni, sposobie jej trzymania i ogólnej postawie. Najwyraźniej ktoś na górze zrozumiał, że nawet przy najprostszym śledztwie może przydać się ktoś z dużym karabinem. Dwóch ktosiów tym bardziej. Spojrzałem w prawo, na biurko kustosza, dwa fotele stały przed nim a jeden obracany za. Na tymże obracanym siedzeniu, znajdował się nieboszczyk, obsunął się nieco w dół, resztki głowy spoczywały pomiędzy rozrzuconymi ramionami, nogi miał niezdarnie wykrzywione i wyciągnięte przed siebie. Za nim znajdowała się rozsuwana gablota z różnymi dyplomami. Teraz właśnie była otwarta, ukazywała skryty za nią duży, plazmowy telewizor. Bardzo duży. Przy monitorze poznaczonym siecią pęknięć prowadzących, czy może raczej wychodzących, z niewielkiego otworu w strukturze panelu, stała młoda kobieta. Delikatną twarz miała lekko poznaczoną piegami, kasztanowe włosy upięte w prosty kok z tyłu głowy. Wiśniowa koszula była delikatnie rozpięta, odsłaniała dokładnie tyle, żeby człowiek zaczął się zastanawiać co jest dalej. Brązowa spódnica kusząco opinała zgrabne uda i cienką talię. Ostatni członek mojego tymczasowego zespołu siedział na kanapie i uwierzcie, gdy tylko go zobaczyłem, od razu wiedziałem, że bardzo ale to bardzo nie mam ochoty go poznawać.

Leżał na ciemnej, skórzanej sofie, do góry nogami tak, że głowa zwisała mu w miejscu gdzie normalnie znajdują się kolana, nogi przerzucił przez oparcie na drugą stronę. Na sobie miał czarne jak smoła, w gruncie rzeczy skromne, minimalistyczne wręcz, eleganckie szaty, końcówki włosów tegoż samego koloru muskały lekko podłogę. Skórę miał białą. Blada to za ma mało powiedziane, była biała jak świeży śnieg. Oczy też miał ciemne, tęczówki nienaturalnie szerokie, źrenice prawie nieodróżnialne. Psionicy, tak ich nazywali. Cholera wie, czy to bardziej czarownicy, czy technologiczne monstra. Podobno faktycznie obcują z siłami wyższymi, magią czy co tam jeszcze pozwala wyczyniać różne cuda… i choć osobiście ich nie lubię, odrażają mnie wręcz, to muszę przyznać, że ich zdolności często są niezastąpioną pomocą w śledztwie. Powiada się, że na polu bitwy jest podobnie. Personalnie wiem, że to niebezpieczne świry, które ciężko kontrolować. Wiem również, że wszystko co związane z wszelkimi czarami jest dla takich jak ja wybitnym zagrożeniem, porównywalnym do tego które głodny kot uliczny stanowi dla szczura. Chociaż lepiej by było tego kota zamienić na tygrysa. Sęk w tym, że takich jak ten tutaj nie jest wielu, w związku z czym nie wysyła się ich byle gdzie. Kustosz kustoszem, ale nie byłoby go tutaj, gdyby nie chodziło o jakąś grubszą aferę. W każdym razie psionik w żaden sposób nie zareagował na moje przybycie. Dwaj żołnierze zasalutowali sprężyście, piękna kobieta odwróciła się od telewizora, posłała mi wyćwiczony uśmiech i odezwała się czystym, słodkim głosem: - Witamy, agencie Constantin. Śledczy Alison… - W geście powitania podała mi drobną, ciepłą dłoń. - …dowodziłam dochodzeniem do pańskiego przybycia, teraz pan przejmuje sprawę. Jestem na pańskie rozkazy, oczywiście. Tak jak panowie Johnson i Radu. Ten na kanapie nazywa się Szrama. Albo Blizna, nie jestem pewna jak przetłumaczyć jego prawdziwe imię. Zakładam, że on też posłucha rozkazu, choć głowy nie dam. - Rozumiem, dziękuję Ci. I darujmy sobie formalności. Jak masz na imię? – To ją trochę zbiło z tropu. Nie takiego postępowania z wyższymi stopniem uczą ich w Akademii. - Em… Ata, panie Con… - Ertu, miło cię poznać. – Przerwałem jej. - Rozumiem. Ertu. – Szybko się uczy, daleko zajdzie. - Panowie? – Skierowałem spojrzenie ku zbrojnym. - Sev. - John. - Was również miło poznać. Załóżmy, że ten tam to Szrama. Ata, opowiedz mi wszystko co wiemy. – Podczas tego dialogu rzuciłem marynarkę na kanapę, obok Szramy, po czym z barku zamontowanego w jednej z biblioteczek wziąłem szklankę i napełniłem ją z otwartej butelki whiskey. - Właściwie nie ma tego za wiele. – Zaczęła opowiadać Ata. – Nie wiadomo jak zabójca się tu dostał, strażnicy nic nie widzieli, na kamerach nic nie ma, ani cienia. W pokoju również żadnych poszlak, włosów, śladów butów, czegokolwiek z zewnątrz, nic absolutne. Ekipa techniczna odjechała chwilę przed twoim przybyciem. – Te słowa przypomniały mi, że faktycznie mijałem znajomą furgonetkę po drodze tutaj. – Mamy ciało kustosza, jak widzisz praktycznie pozbawione głowy, i rozwalony telewizor. Wewnątrz znaleźliśmy kulę, technicy zabrali ją do laboratorium. - Jaką kulę? - Kaliber dziewięć milimetrów, standardowa. - Takie naboje nie przechodzą na wylot przez głowy, a już na pewno nie zostawiają za sobą krwawej paćki. - Wiem, ale najwyraźniej tak właśnie było. - Czyli ktoś włożył w strzał dodatkową energię, a skoro tak, to mamy do czynienia z czarownikiem. - Tak właśnie podejrzewaliśmy. Miałam nadzieję, że nasz przyjaciel coś pomoże… - Tu zerknęła znacząco na Szramę. - … ale odkąd się pojawił tylko obejrzał pokój, po czym zastygł w takiej właśnie pozycji… - Spojrzała mi w oczy i wzruszyła ramionami. Zwykły, ale przyjemny gest, w przypadku tak pięknej dziewczyny. - Rozumiem. – Odparłem. – W takim wypadku powinniśmy chyba… Nagle coś przeszyło powietrze. Bliżej niezidentyfikowane coś. Tylko i wyłącznie z doświadczenia wiedziałem, że to dziwne coś, objawiające się jako mrowienie skóry i tępe, uciskające poczucie w głowie, to magia. Albo technologia, jak kto woli. Efekt pozostaje taki sam, w tym konkretnym wypadku było to całkowite zatrzaśnięcie się drzwi oraz wszystkich okien. Bez użycia tych dziwnych mocy, nikt z pewnością nie da rady ich otworzyć. - Jest tutaj. – To mówił Szrama. Suchym, zimnym, nieludzkim głosem. Otworzył szerzej oczy i powiedział te dwa słowa, które miały błyskawicznie i drastycznie odmienić całe postępowanie. Podszedłem do niego i przykucnąłem, patrząc mu w oczy pokonywałem wewnętrzne obrzydzenie tym stworzeniem, walczyłem z chęcią odebrania mu życia, albo choćby zrobienia krzywdy tylko dlatego, że istnieje wbrew prawom natury. Dopiero później pomyślałem, że być może ta olbrzymia niechęć bierze się ze świadomości, że to on, psionik o bladej skórze i kruczoczarnych włosach, jest istotą o wiele potężniejszą niż ja, młody, choć doświadczony detektyw. Bo to Szrama, a nie Ertu Constantin potrafi burzyć budynki i wyrywać kręgosłupy z ciał jedynie myślą. Ja muszę mieć pistolet żeby zabić, jego bronią jest

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Jest tutaj — czytnik · opowiadania