Fantastyka · 16 min czytania
Jestem Bety (© by Boru)
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
JESTEM BETY
- No i jak? Popatrzyła, krzywiąc lekko kąciki sinych ust. Odgarnęła przetłuszczone włosy z czoła i odpowiedziała najszczerzej jak potrafiła: - Kaszana. Podchodzę do lustra. Chyba ma rację. Przeszło metr dziewięćdziesiąt wzrostu, gładka cera, oczy bez zeza, równe wargi, jednocześnie twarz naturalnie asymetryczna. Kaszana… - Za pół godziny podlatuje taksa. Streszczaj się z czymś lepszym – zachęca mnie do pośpiechu. Wchodzi do łazienki nie wiedzieć po co. Może po prostu w tamtejszym lustrze lepiej dostrzeże swoje całkiem brzydkie ciało. Po raz wtóry zanurzam się w kokonie i przeskakuję po cechach. Mam opory spaskudzić się, od tak. Głupie przeczucie podsuwa idiotyczne pomysły, że któregoś dnia wrócę z imprezy i okaże się, że kokony znikły. Zostanę w ciele na pokaz – urodziwy jak szambonurek po pracy. Ustawiam parametry po myśli Bety. Odchudzam się jeszcze bardziej, co w moim przypadku stwarza tragiczny widok. Na twarzy zasadzam pryszcze , ręce pokrywam włosami, niemal kręcąc loczki. Ledwo co mnie ujrzała, a już potakuje: - Teraz ekstra! Co ona rozumie przez teraz ekstra? Pewnie tylko tyle, że nadaję się na jej partnera na imprezę. Razem wyglądamy trendy i o to chodzi. Wciągam źle uszytą koszulę, poplamione czymś podobnym do kawy spodnie, włosy zaczesuję niemożliwie równo. Teraz ekstra… Taksiarz jest brzydki z natury. Widać, nie kombinuje w kokonach. Chociaż całkiem możliwe, że upiększa się czasem. Lecz kto daje się na to nabrać? Kobiety wyczuwają, czy ktoś jest ładny na co dzień, a nie, bo zrobił się takim w kokonie. Sposób zachowania, pewność siebie, gesty i mimika są świadectwem prawdziwego wyglądu. Fruniemy dobre pół godziny nad ulicami zapełnionymi samochodami i ludźmi. Gdzieniegdzie zaczynają się już efektowne samobójstwa, bohaterzy podpalają się, okaleczają gdzie popadnie bądź stosują o niebo bardziej wyrafinowane sposoby odebrania sobie życia. Oczywiście kokony przechowują zapis ich jestestwa. Wielokrotna śmierć to rzeczywiście kwestia odwagi. Zwycięzca ostatnich zawodów na najbardziej efektowne samobójstwo najpierw pociął się żyletką w stu miejscach na ciele, potem rany posolił, by na końcu wskoczyć do basenu z białymi żarłaczami. Rozerwały go w czterdzieści siedem sekund, przez które był cały czas świadomy sytuacji, w jakiej z lubością się znalazł. Na drugi dzień jego uśmiechnięty i specjalnie upiększony na tę okazję klon odebrał nagrodę. Trendy. Klub połyskuje z daleka fasadą świateł, ogni i ozdób. Muzyka ryczy, a goście tłoczą się w kolejce przed wejściem. Taksówka ląduje na ścianie bocznej budynku, wysiadamy i od razu kierujemy się do ziejącej czernią dziury, stanowiącej drzwi. Zapach marihuany wciąga głębiej. Pojawiają się twarze – z reguły brzydkie, lecz intrygujące. I o to chodzi. Jakby to ujęła Bety – teraz ekstra. Witają nas z rezerwą, dystans zdaje się nie do przekroczenia, choć to przecież kwestia co najwyżej butelki wódki. Potem każdy zżyje się z każdym. A na drugi dzień nikt nikogo nie pozna na ulicy. Nowe skórki wypierają te zużyte i obciążone czynami poprzedniej nocy. Anonimowość w świecie pełnym ludzi. Zabawa bez zobowiązań. Tak mówi ona. Ja nazywam to życiem bez życia. Skórkę i związany z nią sposób zachowywania się wyrzucasz jak pustą puszkę po coli. Wyrzucasz osobowość, którą nabyłeś z nowym ciałem, wyrzucasz siebie. Zmieniasz się, gdy nie podobasz się sobie, nie pracujesz nad sobą w sposób odpowiedzialny, uciekasz w łatwiznę. - Witajcie. – Rozpoznaję w witającym Ramona. Postarzył się na tę okazję, lekko przygarbił. Oczy ma żywe jak jego żądna wrażeń dusza i to go zdradza. Kobiety nie odstępują go na krok, a Bety reaguje bezwarunkowo, rozszerzając źrenice. Uśmiecham się na siłę i odpowiadam: - A ja się tak spaskudziłem… – Śmiejemy się we troje. – Bety mi kazała. – Wskazuję na nią. Teraz dopiero widzę, jak brzydką się zrobiła. - Ekstra wyglądacie – mówi Ramon i sięga po kielichy z tacy niesionej przez kelnera. Wysoki brunet jest po prostu ładny. Biedaczysko… Pijemy duszkiem. Napój jest słodki i cholernie mocny. Sala zaczyna wirować i chyba o to chodzi. Bety nie poładniała jednak. Alkohol nic tu nie pomoże. Tak naprawdę nasze skórki zdają się być najbardziej ekstrawaganckie. Inni może nie są piękni, ale nie straszą. Pytam więc: - Hej, Bet… Trochę przesadziłaś, nie sądzisz? Rozgląda się po sali i prycha z politowaniem: - To oni dali ciała! Nie mają tyle odwagi co my. Zeskakuje z podestu na parkiet. Ginie w tłumie, a ja wiem, co to oznacza. Choć tym razem sprawy mają się inaczej. Nie spodziewała się tego. Jest zbyt brzydka, by pociągać mężczyzn. Ramon przecenił jej wygląd. Wraca po kilku minutach i ma wyraźnie skwaszoną minę. Wypija duszkiem kolejną porcję procentów i patrzy na mnie, jakby szukając poparcia. A ja zamiast wymyślać komplementy wpadam na złotą myśl: nie kocham Cię. Nie bardzo wiem, skąd takie przemyślenia. Teraz jestem zrażony jej urodą, ale przecież ta wrodzona prezentuje się całkiem atrakcyjnie. Choć tak rzadko widuję ją naturalną. Każdy dzień niesie nowość dotyczącą sposobu jej bycia. Jeśli ktoś zapytałby mnie, jak wygląda Bety, nie potrafiłbym odpowiedzieć. Dawno temu straciłem obraz pierwszego spotkania, a potem pierwszej randki. Chciałbym przypomnieć sobie kolor jej oczu, gdy po raz pierwszy patrzyły na mnie z miłością, chciałbym poczuć zapach ciepłej skóry, gdy tonęliśmy w objęciach, chciałbym mieć w uszach brzmienie szeptu, gdy zapewniała o swojej miłości. Jednak za każdym razem obraz jest zniekształcony przez ostatnie doznania, przez jej przeobrażenia, przez jej sucze zachowanie. Nie kocham Cię. Lecz czuję ból, bo przecież to w Tobie – Bety – się zakochałem. Bo Tobie oddałem najlepsze chwile mojego dotychczasowego życia. A Ty podążasz za czymś ulotnym. Kokon sfałszował Nam życie. Uległaś łatwiźnie. Poległem…? Wyczuwa moje wahanie i wie, że nie znajdzie u mnie poparcia. Teraz już całkiem podchmielona wraca na parkiet. Zdaję sobie sprawę, że ja też nie jestem trzeźwy. I może dlatego mam na tyle odwagi, by odwrócić się na pięcie i wyjść tylnymi drzwiami. Gdy owiewa mnie rześki wiatr, trzeźwieję w momencie. Czuję czyjąś dłoń na ramieniu. Wzdycham, spodziewając się, że Bety zauważyła moje wyjście i zaraz zrobi mi karczemną awanturę. Jednak dotyk jest inny – wcale szorstki, ostrożny i pytający. Odwracam twarz i napotykam spojrzenie drobnej kobiety o ciepłych rysach twarzy. Myśl jest chwilowa i nie daję jej wiary – ona wygląda tak naprawdę. - Nie bawisz się zbyt dobrze, prawda? – pyta cicho, jakby bojąc się, że ostro zaprzeczę. - Nie jestem tu sobą – odpowiadam cholernie szczerze. - Ja też – potakuje skwapliwie. – Psychicznie – dodaje. – Fizycznie jestem sobą. – Zdaje się nie wiedzieć, czy dobrze zrobiła przyznając się do bycia niemodną. Spuszcza wzrok i przeczesuje grzywkę blond włosów. Wygląda wspaniale. - To naprawdę… – Nie wiem, co powiedzieć, żeby nie zabrzmieć prostacko. – Naprawdę wyjątkowe. Westchnęła, odwracając wzrok ku mrocznej uliczce. - Masz ochotę na drinka? – pyta, nie patrząc na mnie. – Gdzieś indziej – dodaje. – Po ludzku. Nawet przez myśl nie przewinął mi się obraz Bety – ani ładnej ani tej po wyjściu z kokonu. Nogi same ruszyły z miejsca, a ona szła obok. - Mam na imię Natalia. - Marion. Choć w id jest Mariusz – nadmieniam, choć przecież dzisiaj nie istnieje coś takiego jak imię. Drżę coraz bardziej z zimna, lecz ani myślę wrócić do ukropu klubu. Mijamy setki ludzi, setki mijają nas, połowa się śmieje, połowa płacze i tak naprawdę tylko my zdajemy się nie być znarkotyzowani. Po prostu zmierzamy przed siebie, ocierając się delikatnie co kilka kroków – wierzę, że dla zapewnienia ciepła. "Poezja" wyłania się zza rogu i kusi prostotą. Dookoła niej wytworzyła się pusta…