Fantasy · 38 min czytania
Jeszcze jeden krok (Smocze dziedzictwo IV)
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
"Przeklęty Georg! Już doprawdy sam musiałbym robić wszystko!" - Sorgen ze złością zmiął w palcach swoją płócienną koszulę. Jako, że nie pofatygował się wcześniej do strumienia, by zmyć z dłoni tłuszcz pieczonego na ogniu udźca, pozostawił teraz plamy na tkaninie. Nie miał jednak w zwyczaju martwić się własnym wyglądem, a akurat w tej chwili naprawdę miał co innego na głowie. Georg odjechał już dobre dwie godziny temu. Ledwie wówczas szarzało, teraz zaś las pokrył się aksamitną ciemnością, rozświetlaną tylko światłem ich ogniska. Fakt, że nastała już jesień, zmrok nadciągał szybko i niepostrzeżenie, ale ile można czekać?! Z braku zajęcia rozejrzał się po skleconym naprędce obozowisku, ukrytym przed ludzkim wzrokiem koronami drzew i kępami krzaków. Wokół paleniska walały się długie kości. Nadal pozostało na nich sporo mięsa. Cóż, należy się dzielić z leśną zwierzyną! Sorgen zarechotał, ubawiony wymyślonym przez siebie żartem, zaraz jednak na powrót sposępniał. Dzielić się, no właśnie! Zerknął z wściekłością na leżącego obok towarzysza. Lennard nie znał chyba znaczenia tego słowa. Po napadzie, podczas gdy razem z Georgem zaciągali kryty wóz i opornego humala w krzaki, aby nie stał na drodze i nie ściągał spojrzeń, ten parszywy szczur Lennard zdążył już przejrzeć zawartość skrzyni pod nogami pary wieśniaków. Dorwał się do jedynej flaszki, jaką wiózł chłop, i oto leży, spity jak świnia! Zirytowany Sorgen kopnął leżącego, ten jednak tylko jęknął przez sen i przewrócił się na bok. Dureń nie zostawił im ani kropli w głębokim antałku! Oto podziękowanie za miesiące towarzystwa i wspólnego rabowania podróżnych! Powinni właściwie wraz z Georgiem zaszlachtować to prosię we śnie, ale koniec końców siła Lennarda przydała im się nie raz. Był osłem, racja, ale przy tym osłem mocnym w barkach i ramionach. Gdy zachłanny pijus opróżnił antał i padł na derkę, jego niepocieszeni towarzysze ubili humala zaprzężonego do zdobycznego wozu i rozpalili ognisko. Mięso było niezłe, choć dość żylaste, nijak jednak nie potrafili się nim cieszyć o suchym pysku. Wszak udany rabunek należy świętować, inaczej szczęście może się od nich odwrócić. Pokręcili przez jakiś czas nosami, w końcu Sorgen przejrzał toboły wieśniaków i, ku swej radości, znalazł sakiewkę z kilkoma srebrnymi monetami. Georg został powiernikiem sakiewki z wyraźnym przykazem, żeby co tchu biegł do wioski leżącej nieopodal i zakupił wina. Nastrój nieco się poprawił, a Sorgen długo odprowadzał towarzysza wzrokiem. "Gdzież on jednak jest, suczy pomiot?!" Rabuś przez chwilę żałował zabitego humala. Zwierzę może i nie grzeszyło inteligencją, poruszało się też dość wolno, ale szybciej przecież, niż człowiek. Być może gdyby Georg go dosiadł, byłby już teraz z powrotem. Ale nie, musiał ubić i zeżreć stwora! Teraz jeszcze ścierwo może mu ściągnąć na głowę wilki. Ot, znowu któryś tam wyje, muszą być pokraki całkiem blisko. Sorgen uśmiechnął się do siebie uśmiechem pozbawionym kilku zębów. Nie miał się właściwie czego obawiać, drapieżniki zajmą się najpierw zaszlachtowanym humalem, a potem dwoma trupami na wozie, który zostawili w pewnej odległości. Jego przed zakusami futrzatych chroniło ciepło i światło ognia. Oczywiście, że przez chwilę pomyślał nad możliwością zdrady kamrata. Cóż łatwiejszego dla Georga niż wziąć srebrniaki i zniknąć? On by pewnie tak zrobił. W odniesieniu do kolegi odrzucił jednak tę ideę bardzo szybko. Kompan był na to po prostu zbyt głupi. Jedyne, co mu w życiu wychodziło, to wykonywanie jego, Sorgena, poleceń. A i to, prawdę powiedziawszy, nie zawsze potrafił zrobić prawidłowo. Bandyta westchnął, udręczony ciężarem żywota. Ileż nerwów i pracy kosztowało go dowodzenie pozostałymi dwoma rabusiami! Bycie mózgiem szajki to jednak nielekki kawałek chleba. Z nudów począł przeglądać zrabowane dobra. Trzy chleby i pęto kiełbasy zjedli z towarzyszami już dawno, zaprzężony do wozu humal zresztą również nie okazał się nazbyt tłusty. Wóz na nic im się nie przyda, zresztą już powyrywali z niego sporo desek. Coś musiało stać się przecież pożywką dla płomienia, a na cóż mieli zbierać chrust, kiedy pod ręką cała kupa drzewa? Drewno zaskwierczało więc w ognisku, podobnie jak brezent, początkowo kryjący całość pojazdu. Kilka koców, no też mi łup! Na jednej derce uwalił się już pijany Lennard, inne posłużą dziś do spania, a potem staną się zbędne. W jednej ze skrzyń znaleźli siekierkę, myśliwski nóż i strzelbę, której chłop nie zdążył jednak użyć. Sorgen zaśmiał się głośno. Mogłoby być niewesoło, gdyby jechała w zasięgu dłoni napadniętych. Wieśniacy okazali się jednak nieprzewidujący - samopał leżał ukryty pod kilkoma warstwami szmat. Cóż, za głupotę się płaci! Nawet licząc te kilka sztuk srebra, łup nie przedstawiał się jakoś szczególnie okazale. "Społeczeństwo nam biednieje" - Sorgen znów ciężko westchnął - "Jak tak dalej pójdzie, sytuacja zmusi mnie do poszukania roboty!" Nie widział się jednak w roli drwala czy pracownika kamieniołomu, a do służby na farmach był zbyt dumny. Niech się gospodarze sami ze swoimi świniami bratają! On narodził się dla większych spraw! Zatarł z zadowoleniem ręce, uświadamiając sobie, jak bardzo okazał się bystry, kiedy po odesłaniu kompana raz jeszcze przejrzał wóz. Lennard i Georg, wiejskie głupki, bały się zbliżyć do trupów. Też mi coś, wszak chłop i jego żona zdążyli już ostygnąć na koźle. Fakt, nie byli może najprzyjemniejszym widokiem, z tymi wytrzeszczonymi oczami i zakrwawionymi koszulami, ale w niczym nie mogli im już zagrozić. Sorgen obszukał nieboszczyków i otrzymał swoją nagrodę. Na szyi kobiety kołysał się medalion z najprawdziwszego złota, który szybko zmienił właściciela i wylądował bezpiecznie w kieszeni rabusia. He he, będzie można to sprzedać za uczciwą, brzęczącą walutę! Niechże tylko zjawi się w końcu ten Georg! W gardle zaschło mu już porządnie! O, czyżby oto nadchodził? Sorgen nadstawił uszu, łowiąc w ciszy wieczoru obce odgłosy. Czy to jednak mógłby być jego kompan? Nie, wyraźnie słyszał pobrzękiwanie uprzęży i delikatny stukot kopyt, gdy zwierzę trafiło na kamień. Jeździec! W tych zakazanych lasach północy! Nieprzyjemny dreszcz, odczuwalny niczym strużka lodowatej wody, spłynął mu w dół kręgosłupa. Nieznajomy najprawdopodobniej okaże się królewskim strażnikiem, który zapędził się aż tak daleko w głuszę. To oznaczałoby tylko kłopoty. Ale... Wsłuchał się w dźwięk, wstrzymując z przejęcia oddech. Najchętniej zatkałby jeszcze jakąś szmatą usta świszczącego przez sen Lennarda. Nie mógł się omylić, jeździec był tylko jeden! Czyli to nie strażnik, oni poruszają się w grupach, nawet rekonesansu dokonują co najmniej w trójkę. Rabuś odetchnął z ulgą i po niedługiej chwili dostrzegł wędrowca. Nieznajomy bez wahania wjechał w krąg światła, omijając ogień bokiem, tak, że Sorgen mógł mu się przyjrzeć. - Bądź pozdrowiony, panie - przywitał się niemal dwornie przybyły, wykrzywiając przy tym niesamowitą twarz w serdecznym uśmiechu. "Co za stwór?!" - przemknęło Sorgenowi przez głowę, kiedy niski wędrowiec zsiadał z konia. Postać była nienaturalnie drobna, a rysy oblicza dziwnie ostre i jakby trójkątne, nie wspominając już skośnych oczu. Dopiero po chwili przypomniało mu się, że widział już takich cudaków na wiejskich jarmarkach w pobliżu stolicy, na których bywał w dzieciństwie. Jakże oni ich wówczas zwali? Aredowie? Avrecy? Kulawy pies to zresztą drapał, nieważne... - Dobrze spotkać wędrowców na szlaku, a nawet widzę, że panów więcej - rzucił brązowym spojrzeniem w stronę leżącego Lennarda. - Ja też jestem w drodze i myślę sobie przyłączyć się na noc do towarzystwa. Zawsze to milej jakoś, w kompanii. Ciemność mniej straszna... Przybysz roześmiał się głośno. Dopiero wówczas Sorgen przypomniał sobie, że przy narodzinach obdarowano go mową. - Witaj zatem, wędrowcze - wstał ze swojej derki i skłonił się lekko, ukrywając skinieniem głowy przebiegły uśmieszek, który wykwitł mu na wargach. - Czuj się zaproszony do kompanii i skorzystaj z ciepła i światła, jeśliś ciemności zlękniony. Mały przybysz przywiązał konia do drzewa i przysiadł przy ogniu, wyciągając przed siebie dłonie w skórzanych rękawiczkach. Dopiero po chwili zdjął je i ciepłem rąk ogrzał z kolei policzki. Wieczór rzeczywiście nie należał do najcieplejszych. Sorgen przypatrywał się obcemu z niekłamanym zadowoleniem. Więcej, dusza jego wyczyniała z uciechy iście cyrkowe akrobacje. Czyż nie jest największym farciarzem wśród rzezimieszków Aldery? Najpierw znajduje złoty medalion, całkiem słusznej zresztą wielkości i wagi, a teraz łup sam pcha mu się w ręce, napraszając się o towarzystwo! Zdążył już ocenić majętność wędrowca i wynik obserwacji wielce go uradował. Wierzchowiec, koń czystej krwi, nie żadna tam mieszanka z humalem czy osłem, miał piękną uprząż i siodło zdobione efektownymi frędzlami. Wyglądał wręcz, jakby szedł na miejski pochód, nie w leśną głuszę. Sam przybysz ubrany był stosownie do wędrówki, w skórzane spodnie i kaftan, lecz nie dostrzegł na nich ani śladu łatania. Rękawiczki, o niebiosa, ten dziwak nosił rękawiczki do jazdy konnej, niczym jakie książątko! W mrokach wieczoru rzucał się w oczy szeroki uśmiech, lśniący nienaganną bielą zadbanych zębów, czyli jadał gość zdrowo i dostatnio. Czy to wzrok go po ciemku myli, czy zauważył też błysk kolczyka w szpiczastym uchu? Tak, jest oto, niewielkie srebrne kółeczko! Ach, ten stworek wiezie z pewnością wypchaną kiesę. Cóż, gdziekolwiek zmierzał, nie dowiezie! - Cóż cię tak bawi, panie? - brązowe spojrzenie przewierciło jego twarz, ale nie dostrzegł w nim ani śladu podejrzliwości. - Cały czas chichoczesz... - A widzisz, cieszę się ze spotkania - sprzedał naiwniakowi pierwszą lepszą wymówkę, nadal naigrawając się w duchu. - Czekam jeszcze za jednym znajomkiem, oddalił się do wsi po butelczynę. Wypijem zatem wspólnie za pomyślność w podróży! - Ależ nie mogę narażać łaskawych panów na straty, nie dorzuciłem wszak ani miedziaka do napitku...- uniósł dłonie, jakby bronił się przed napaścią. - Co też opowiadasz, bratku! - Sorgen przerwał mu jednak, naprawdę już w świetnym humorze. - Kubek wina każdemu się na szlaku należy, nie odmówisz! - Jeśli tak nalegasz - nie wydawał się przekonany. - Poczekajmy zatem na znajomka. Oddali się beztroskiej pogawędce o zwierzynie spotykanej w północnej części lasów Shadelay i równie niezobowiązujących drobiazgach. Rozmowa momentami stawała się całkiem głośna, w końcu obudzili też śpiącego Lennarda. Ten, odzyskawszy jakieś ślady świadomości, przetarł dłonią zaspane oczy i wbił nadal nieprzytomne spojrzenie w obcego - Aaaa ten tuuu... szego?!- wymamrotał śpiewnie i ucichł po wykorzystaniu tym samym wszystkich możliwości intelektualnych, jakie na tę chwilę posiadał. - Nasz towarzysz na noc, ochleju! Zamilcz! - huknął Sorgen, po czym natychmiast skierował przepraszający, szczerbaty uśmiech w stronę przybysza. Nie trzeba przecież, by zniechęcił się do ich towarzystwa i odjechał na swym rumaku, uwożąc cenną zawartość juków. - Iiiidem...hik! się odlać ideeeem...- poinformował Lennard obrażonym tonem. Na chwiejnych nogach oddalił się między drzewa, coś jakby nucąc pod nosem. Dosłyszeli jeszcze kilka wyrwanych z kontekstu słów piosnki, dotyczących krótkich sukienek wiejskich dzieweczek. Obcy nie zdążył się na szczęście zastanowić nad zachowaniem przebudzonego, gdyż w tej samej chwili, gdy śpiew umilkł, zgaszony zapewne odległością, spomiędzy krzewinek wychynęła płowa czupryna Georga. Sorgen po raz kolejny musiał ratować sytuację, gdy na twarzy kamrata wyraz zaskoczenia zajął miejsce cwanego uśmiechu i już, już, towarzysz gotów był palnąć coś nieostrożnego. - Jesteś wreszcie! - rzekł, odbierając mu z ręki flaszkę i groźnym spojrzeniem nakazując milczenie. - Ten oto wędrowiec przenocuje dziś w naszym obozowisku. Nie godzi się wszak nie wspomóc bliźniego w potrzebie. - Ależ... racja, oczywiście! - Georg, choć może nie miał zbyt lotnego umysłu, pojął przekazywane mu idee, lub przynajmniej przyjął nieme polecenie. Sorgen, pełniąc honory mistrza ceremonii, rozlał wino do cynowych kubków, nie żałując gościowi. Warto będzie poświęcić kilka kropel dla jego mocnego snu i zawartości sakiewki. Twarze biesiadujących dość szybko nabrały rumieńców, a ich mowa płynności, typowej dla nietrzeźwych. Nastroje dopisywały, rzezimieszki przyklasnęły obcemu, gdy ten wyciągnął z kieszeni kaftana harmonijkę ustną i zaczął przygrywać do wtóru trzaskającemu ognisku i ich fałszującym głosom. Oboje zresztą zamilkli po niedługim czasie, wsłuchując się w melodię, najpierw skoczną i wesołą, później jakby coraz bardziej melancholijną. Sorgen spoza dźwięków muzyki wychwycił poszum wiatru w gałęziach ponad głową i zamyślił się głęboko nad sensem istnienia, co zdecydowanie nie należało do jego zwyczajów. Dla obojga było już za późno, gdy dostrzegli zbliżające się w ciemnościach niebezpieczeństwo. Prawdopodobnie i wówczas pozostaliby w nieświadomości, gdyby napastnik nie odezwał się jasnym, mocnym głosem - Puść, Sai! - Sorgena zaskoczyła wysokość dźwięku. Czy to możliwe, by napadła ich... dziewczyna?! Zdziwienie pozostało ostatnim wyrazem na jego zaniedbanej, brzydkiej twarzy - w sekundę później ostrze sztyletu otworzyło gardła obu rabusiów. Nie wydając z siebie ani jednego słowa, osunęli się z wytrzeszczonymi oczyma na derki. W martwych źrenicach odbijał się płomień, niewzruszony wydarzeniem. Równie nieporuszony towarzysz Sorgena i Georga dokończył melodię i odjął harmonijkę od ust, po czym uśmiechnął się do siadającej przy palenisku wojowniczki. Ta nogą odsunęła zwłoki i zmarszczyła brwi - Nie musiałeś ich wcale usypiać - naburmuszyła się jak dziecko. - Dwóch pijanych obdartusów to dla mnie żadne wyzwanie. - Ćwiczymy w ten sposób współpracę, skarbie - wyjaśnił, podając jej kość, na której pełno było jeszcze mięsa. - A poza tym, gdzieś tu w lesie pałęta się trzeci. - Masz mnie za partacza? - jej spojrzenie ponad płomieniem mogłoby chyba zamrozić palenisko. - Tamten gryzie już ziemię pod czwartym drzewkiem, o jakie się oparł. - O ile pamiętam, szedł za potrzebą. Dałaś mu chociaż zapiąć spodnie, czy leży z gołym zadkiem? - Bardzo śmieszne. Dokuczali tak sobie nawzajem, obgryzając kości z pozostawionego na nich mięsa i pociągając łyki z butelki, choć wino było nie najwyższych lotów. Dziś, po ponad roku wędrówki z Saiem, ani Savna, ani Terek prawdopodobnie nie rozpoznaliby w rosłej wojowniczce dziewczynki znalezionej onegdaj na ulicy Nardeny. Twarz Raiki nabrała hardego wyrazu, rysy jeszcze się zaostrzyły, a w ciemnych oczach błyszczała nieugiętość i upór. Wieloletnia opiekunka zapłakałaby zapewne nad pielęgnowaną przez siebie jasną czupryną, dziś postrzępioną nierówno po strzyżeniu przy pomocy sztyletu. Szyja tonęła w skórzanym kaftaniku, obficie obszytym gęstym futrem srebrnego lisa, a dłonie wieńczyły naręczne sztylety, wysuwane zmyślnym mechanizmem z pochewek na przedramionach. Ta egzotyczna i jakże fascynująca broń pochodziła z "dziupli" Saia, jak nazywał wykorzystywaną przez siebie często grotę u podnóża gór Dhai-kun. Ostrza padły jego łupem podczas którejś wyprawy do obozów Khunów, i okazały się wręcz stworzone dla towarzyszki. Gdy zaspokoili głód, przeszukali pospiesznie tobołki i samych rzezimieszków. Oczywiście, nie znaleźli nic bardziej godnego uwagi niż wyciągnięty z kieszeni Sorgena złoty medalion. Raika, której to właśnie przedmiot wpadł w ręce, delikatnie podważyła paznokciem zatrzask i otworzyła małe cudeńko. - Popatrz tylko, Sai - wyciągnęła otwarty medalion w stronę towarzysza. Ten przyjrzał się dokładnie miniaturowemu malowidłu wewnątrz, z którego uśmiechała się do nich mała dziewczynka o pulchnych policzkach. - Shime! - zaklął tylko. Oboje już wcześniej obeszli obóz, kiedy podprowadzali do ognia dwa pozostałe konie, i znaleźli nieopodal ciała dwójki wieśniaków na wozie. Zakrwawione zwłoki mężczyzny obejmowały ciasno trupa kobiety z podciętym gardłem, z której oczu jeszcze wtedy dało się wyczytać przerażenie. Raika podeszła, by zamknąć jej powieki, toteż bez problemu dostrzegła teraz podobieństwo dziecka do martwej. Serce ścisnęło jej się na myśl o dziewczynce. - Wykopiemy im grób jutro z rana, a medalion wróci do matki - postanowiła, zamykając złote wieczko. - Co za bestie! Na początku wędrówki z pół-Avregiem dziewczyna często miewała wyrzuty sumienia. Sama czuła się rzezimieszkiem, rabującym niczemu niewinnych obywateli. Z czasem jednak dostrzegła, że tak naprawdę ona i Sai czyszczą świat z szumowin, okradając i zabijając tylko tych, którzy nie mieli litości dla innych. Nigdy nie uderzyli w handlarza czy spokojnego wędrowca. Swoją prawdziwą naturę, coś, o co z pewnością nigdy nie podejrzewałby ich Sorgen, gdyby oczywiście miał szansę podejrzewać jeszcze cokolwiek, pokazali też o poranku dnia następnego. Jedyną łopatą, jaką mieli, drobną saperką, został wykopany grób, w którym z szacunkiem złożyli dwa ciała wieśniaków. Zanim dokładnie przykryli mogiłę gałęziami i kamieniami, Raika zawiesiła na szyi kobiety medalion z podobizną jej córki. Tak właśnie powinno być. Osiodłali konie i wyjechali na trakt. - W którą stronę zmierzamy? Czujesz w okolicy jakichś podleców? - Raika wstrzymywała swoją klacz, której spieszyło się już do podróży. - Nie ma nikogo - Sai podniósł twarz jak węszące zwierzę, choć jego zdolności nie miały nic wspólnego z powonieniem. - Myślę jednak, że przed zimą powinniśmy jeszcze skierować się na północ. Z łupów po tych lasach to owszem, najemy się, czasem trafi się flaszka, choć ta wczorajsza to był raczej podły trunek... Ale coś nie rosną nam kiesy, przyjaciółko. - Myślisz o polowaniu na Khunów? - to nawet nie było pytanie. Oczy Raiki na myśl o ubiciu kilku stworów rozświetlił złoty blask. Nie fascynowały jej tak klejnoty i złote dukaty, które podłe górskie plemię namiętnie kolekcjonowało, ale możliwość walki z równym sobie przeciwnikiem, prawdziwe wyzwanie dla jej duszy wojowniczki. Sai dostrzegł jej podniecenie i nie musiał już nic dodawać. Uśmiechnął się do siebie, ubawiony chęcią tej dziewczyny do utopienia ostrzy w pancerzach Khunów. Pokrzyknął na wierzchowce i dziarsko ruszyli w kierunku odległych, granatowych szczytów. Wędrówka zajęła im cały dzień, dopiero pod wieczór podeszli pod skały, gdzie w stromym zboczu woda wypłukała w swoim czasie niezliczoną ilość jaskiń. W jednej z nich Sai urządził sobie "dziuplę" - składzik na zrabowane kosztowności i schronienie na noc w razie złej pogody. Tym razem wprowadzili tam tylko konie, dla ich bezpieczeństwa, sami pozostając na powietrzu, dość jeszcze ciepłym na nocleg. Raika, podekscytowana, nie potrafiła poddać się senności. Kręciła się wokół ogniska, sprawdzała sprawność mechanizmu wysuwania sztyletów, co jakiś czas markowała kilka ciosów. Sai oparł brodę na dłoni i przyglądał się towarzyszce z uśmiechem. - Wiedziałem, co robię, zabierając cię ze sobą - rzekł wreszcie, wodząc spojrzeniem za…