Fantasy · 10 min czytania
Jezioro
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Jezioro było głębokie, szafirowe, otoczone brzozami i gęstwiną paproci. Zrzuciła z siebie zakurzoną przeszywanicę, opończę, skórzane buty i spodnie zostając tylko w kaftanie. Zanurzyła stopy w chłodnej wodzie. Bransoletka wokół kostki zabłysła lekko w słońcu migoczącym poprzez liście drzew. „Jak dobrze” pomyślała. Mięśnie zmęczone zbyt długą jazdą wołały o odpoczynek. Krystaliczna zieleń jeziora koiła zmysły, zachęcała do kąpieli... „Przecież nic się nie stanie, jeśli przez chwilę popływam...” odegnała natrętną myśl o pogoni. „Woda jest taka cudowna...” zanurzyła się do ramion. Dalej nie zdążyła. Opaska z wężowej skóry nieprzyjemnie zamrowiła na czole... Jednym skokiem znalazła się na brzegu. W tej chwili Herso zarżał lekko dając jej znak o czyjejś obecności. Niepotrzebnie. Rapier już odnalazł swoje miejsce w dłoni, a jego właścicielka przykucnęła w gęstych paprociach przygotowana na atak. Wtedy go zobaczyła. Stał oparty ramieniem o jedną z brzóz uśmiechając się krzywo. - Nadal musisz popracować nad refleksem... Odetchnęła... Wstając spokojnym ruchem sięgnęła po ubranie. - Jesteś jednym z nielicznych, którzy są w stanie mi to powiedzieć... zwykle nie mają na to czasu... - odpowiedziała wciągając spodnie. Uśmiechnął się znowu. Tym razem szerzej. - Wiem. Przecież sam cię tego uczyłem. Odpowiedziała uśmiechem. - No to po tej wymianie uprzejmości może byś się przywitał, jak należy? Objęli się jak starzy przyjaciele.
* * *
Po kamiennej posadzce zadudniły czyjeś kroki. Ciężkie dębowe drzwi otwarły się z hukiem i do pomieszczenia dla służby wpadł mężczyzna. Kopnięty z furią kundel wybiegł z piskiem z izby. Mężczyzna chwilę krążył wściekły po czym opadł na drewnianą ławę. - Piwa, Grimo! Tylko rusz ten swój opasły bebech! - T-tak jest.. panie Hayn... ww... w tej chwili...! Po kilku minutach na stole stał już dzban i misa pełna smażonej kiełbasy. Grimo spod oka patrzył, czy ten dodatek poprawi choć trochę humor przybyłego. Nic z tego. Oblicze Hayna pozostało zacięte. Dłuższą chwilę siedział w milczeniu nie tknąwszy jedzenia. Jednak skrywana gorycz i złość musiała znaleźć swoje ujście. - Przeklęta ..... ! - (Tu padło niezbyt pochlebne określenie dotyczące pewnej profesji wykonywanej przez niektóre niewiasty.) - Wymknęła się! Ściągnąłem pół hanzy żeby się upewnić, że nam nie ujdzie! Jak, do kata, zdołała to zrobić??!! Od razu wiedziałem, że z nią jest coś nie tak! Przeklęta diablica! Baba władająca rapierem lepiej niż niejeden chłop to musi być nieczysta sprawa! Ale w jaki sposób wyprowadziła w pole kordon pogoni, tego nie jestem w stanie pojąć! Czarci pomiot! – Z rezygnacją podparł pięścią czoło. Grimo z wyczuciem chwili napełnił dzban nową porcją piwa... - A wiesz, co jest najgorsze? Że musiałem się z tym wszystkim tłumaczyć przed panem Guido. Przepraszać go, płaszczyć się... obiecywać, że ją znajdę... wytropię aż na końcu świata i zmiażdżę... i wiesz co? Naprawdę mam ochotę to zrobić! I zrobię. Znajdę tę sukę, choćbym sam miał węszyć za nią jak pies! Znajdę... a wtedy... będzie żałowała, że matka pozwoliła jej się urodzić!
* * *
Półmroku komnaty nie rozpraszało nawet światło świecy stojącej na stole. Ciszę przerywały tylko odgłosy pękających kości miażdżonych szczękami wielkiego czarnego psa ułożonego w nogach drewnianego fotela pokrytego rysim futrem. W fotelu siedział mężczyzna. Jego pozorny bezruch łatwo zwiódłby potencjalnego obserwatora. Wyglądał, jakby spał. Jednak oczy spod wpółprzymkniętych powiek obserwowały drzwi. - Wejść... U wejścia do komnaty ukazała się twarz Hayna wyrażająca lekkie pomieszanie połączone z nieufnością... „Chyba nigdy się do tego nie przyzwyczaję. – pomyślał – W jaki sposób on to robi? Przecież moich kroków nie było słychać na korytarzu... ech... przeklęta krew...” - Panie... przyprowadziłem tego, o którym mówiłem. - Więc na co czekasz, Hayn, na oklaski?- w głosie zadźwięczała lodowata ironia, jednak oczy siedzącego pozostały zimne. – Wprowadź go. Hayn zgiął się w ukłonie, po czym cofnął otwierając szerzej drzwi. W świetle lampek korytarza ukazała się postać dokładnie owinięta szarą opończą z nasuniętym głęboko na twarz kapturem. - Dziękuję. A teraz nas zostaw. - Ale... panie... - Której części zdania nie rozumiesz, Hayn? Uważasz, że nie poradzę sobie bez ciebie jako tłumacza? Postaram się. Teraz wyjdź. - ...t-tak, panie... - A was, mistrzu, proszę do środka. Zakapturzona postać przekroczyła próg komnaty i stanęła kilka kroków przed miejscem gospodarza. Siedzący przez chwilę mierzył przybyłego wzrokiem. W jego bladobłękitnych oczach zaigrał przez moment jakby ognik uśmiechu. A może to był tylko płomyk świecy... Guido de Reysen powoli wstał ze swojego siedzenia. Upierścieniona dłoń ujęła karafkę z winem stojącą na stole. - Zapewne mój kapitan poinformował cię z grubsza o sytuacji, mistrzu Menah. Bezsensowne byłoby więc tłumaczenie wszystkiego od początku. Dostaniesz wszystko, co będzie ci potrzebne do rozpoczęcia poszukiwań, łącznie z odpowiednim miejscem wybranym przez