Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

fantastyka · 9 min czytania

Jo - widmowa łódź

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Świat Jo był mały i niezbyt skomplikowany. Chłopak stojąc na Żółtej Skale wystającej na wysokość dwóch ludzi ponad skarpę urwiska widział go w pełnej okazałości. Zarówno za nim, obok niego i przed nim rozciągała się żółto-szara pustynia-ziemia, dziadek-babcia, Ur. Promieniowała gorącem, spiekotom i suchością. Nad nim w bladym błękicie rozciągało się puste niebo, dziadek-babcia, Un. Prastara para bogów wypełniała świat niemal doszczętnie, nie zostawiając miejsca dla ludzi. Niemal. Bo młody bóg rzeka-życie, ojciec-matka, Jl, wydarła z pustkowi Ur brązowo-zieloną dolinę. Jo spojrzał niżej. Między ogromem Jl a przeogromem Ur mieścił się wąski pas moczarów, pól i pastwisk. Zaś na samym jego skraju niewielka osada Un’n, Dom. Wkrótce będzie musiał opuścić osadę by poszukać żony w jednej z pobliskich osad. Z Żółtej Skały widział ich trzy wraz-z-rzeką i dwie przeciw-rzece. W kierunku od-rzeki nie ma oczywiście nic. Pył, piasek i szakale. Jo zsunął się ostrożnie ze Skały zatrzymując się na skale otaczającej Skałę. Była bardziej żółta niż szary piasek, ale mniej niż Skała. Teraz z ledwością widział rzekę, a zielona dolina skryła się zupełnie. Gdyby Jo nie znał przejścia mógłby krążyć tu aż do zachodu boga słońca-życie-słońca-śmierci. Jednak chłopak doskonale znał wąskie i niebezpieczne przejście do osady. Droga wiła się wraz z kamienistym, osypującym się żlebem i wymagała uwagi i zręczności. Jo przebiegł ją tak szybko jakby zrobiła to pustynna kozica irgi. Żleb płynnie przeszedł w ubity gliniasty plac, wokół którego sklecono domostwa. Skarpa ochraniała domy przed oddechem Ur i wzrokiem chciwych-i-niebezpiecznych nomadów. Przed chatą jego rodziny stawił się chwilę przed tym jak wyszedł jego ojciec, Kan. Zmarszczył brwi na widok dyszącego syna, ale nic nie powiedział. Przeciągnął się, pogładził się po brzydkiej bliźnie przecinającej policzek i niknącej w kędzierzawych, ciągle czarnych włosach. Ojciec Jo żył nadspodziewanie długo, ostatniej Pory Wylewu udi rozpoczął nowy rząd na tablicy życia Kana. Nikt poza samym udi oraz starej Phe nie miał tylu rzędów co Kan. Starzec potarł następnie zdeformowaną lewą dłoń i skinął na chłopaka. Jo posłusznie ruszył za ojcem w stronę żółtych poletek pszenicy. Pora Życia miała się już ku końcowi i za kilka dni-zabronionej-pracy nadejdzie Pora Śmierci, a wraz z nią chciwy-i-święty udinas przypłynie po należną daninę. Na poletku kręciło już się sporo mieszkańców Un’n. Dwóch-i-dwóch braci oraz dwie-i-jedna siostra Jo pracowało w równym szeregu zagłębiając się powoli w pszeniczne łany. Starsze rodzeństwo zawsze starało się wyprzedzić ojca i dzieci chcąc odjąć im, choć trochę pracy. Właściwie Jo powinien do nich dołączyć, ale był zbyt słaby. Smutno uśmiechając się do swoich myśli. W milczeniu wybrał kamienny ścinak ze sterty podobnych narzędzi, chwycił wielki kosz i wraz z ojcem ustawili się obok wyciętego pasa. Poddał się monotonii pracy. Nie zważał na spiekotę i ból. Przyzwyczaił się do nich do tego stopnia, że stały się równe z pracą, równe z życiem. Szybko zrobił się głodny i spragniony, ale nie chciało mu się odchodzić od pracy. Do głodu i pragnienia również przywykł. Wpadł już zresztą w rytm. Przestał myśleć. Stracił wolę. Służył ścinakowi, stał się ścinakiem. Żął zboże, kłos po kłosie. Nim bóg słońce-życie-słońce-śmierć, Ho dotarł do połowy swojej dziennej wędrówki Jo wyciął pasek do-rzeki i kolejny od-rzeki i jeszcze jeden do-rzeki. Starci bracia wykonali znacznie większą pracę. Zrobiło mu się wstyd. Wiedział, że nie jest udanym synem ojca, ale zawsze raniło go, kiedy odkrywał to na nowo. Gdy najmłodsza siostra, Lun padła ze zmęczenia Kan zarządził przerwę. Dla Lun była to pierwsza Pora Pracy. Udi zaczął kolejny rząd jej życia razem ze wszystkimi, mimo, że czas-jej-przyjścia-na-świat przypadał na nie-jeden-nie-dużo dni-zabronionej-pracy przed Świętem Życia. Jo zżymał się na zawiłość tej myśli. Wiedział, że jest mniejsza niż inne dzieci z kolejnym rzędem życia, ale nie rozumiał, dlaczego. Gdy przerwał pracę odkrył, że ledwo może stać ze zmęczenia. Podobnie wykończona była również reszta rodziny. Może poza dwójką najsilniejszych braćmi i dwójką najstarszych sióstr, którzy dalej pracowali udając, że nie słyszeli okrzyku ojca. Ojciec po chwili zakrzyknął

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Jo - widmowa łódź — czytnik · opowiadania