Akcja · 7 min czytania
Johan Concord : Szepty nocy
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Dochodziła już północ, a kontakt wciąż się nie zjawiał. Detektyw Johan Concord bacznie obserwował przejeżdżające samochody oparty o ścianę jakiegoś budynku z czerwonej cegły. Pora dnia, ani nawet aura nie sprzyjały spacerom. Intensywne deszcze, jakie nawiedziły Nowy Jork w ciągu ostatnich kilku dni potrafiły nie jednemu napsuć krwi. Johan nie należał do wyjątków, a przemoczony płaszcz plus niska temperatura nie napawały go optymizmem na przyszłość. Czerwony transam zaparkował nieopodal. Kierowca zgasił okrągłe reflektory i wygramolił się na zewnątrz. Widać było że on też nie jest entuzjastą pogody, a z deszczem sobie poradził trzymając jakąś gazetę nad głową. Szybko zatrzasnął za sobą drzwi i wbiegł do obskurnej bramy sąsiedniego budynku. Detektyw zdołał tylko zauważyć jasne spodnie i biała koszulę, ale twarzy nie. Zaniepokojony tym faktem przebiegł na drugą stronę ulicy i ostrożnie przekroczył próg kamienicy. Uderzony odorem wślizgnął się do środka, a z lewej kieszeni płaszcza wyciągnął białą chusteczkę do nosa. Pochylony nieco do przodu zrobił kilka kroków po miniaturowych kafelkach w kolorze siarki, z których co trzecia była zniszczona, albo jej po prostu brakowało. Jego mokre podeszwy zostawiały czarne ślady, tuż obok nieznajomego, który przechodził tamtędy nieco wcześniej. Obdrapane z tynku ściany w około korytarza i sterczące z nich cegły sprawiały wyjątkowo posępne wrażenie, dopiero kiedy dotarł do niewielkiej klatki schodowej pomyślał o rewolwerze w jednej z kieszeni. Był tak przejęty że zupełnie nie czuł ciężaru stali w kieszeni. Karcąc siebie w myślach za wrodzoną głupotę zaraz naprawił swój błąd i wyciągnął broń na zewnątrz. Odruchowo spojrzał w górę. Było tak ciemno że ledwie widział pierwsze piętro, a reszta niknęła w ciemności. Powoli wszedł na drewniane schody, które miały już chyba ze sto lat, a przez lata użytkowania drewno dawno zbutwiało i z każdym następnym krokiem skrzypiało. Johan dotarł na pierwsze piętro z duszą na ramieniu, gotów w każdej chwili pociągnąć za spust, a zarazem modlił się żeby nie musieć tego robić. Podczas dziesięcioletniej służby w policji, potem na własną rękę nigdy nikogo nie zastrzelił i szczerze powiedziawszy nie zamierzał. Strzelaniny, które siłą rzeczy się zdarzały nie robiły z niego jeszcze rewolwerowca. Bał się że zbyt kiepsko strzela i zastanawiał się coraz mocniej co on właściwie wyrabia zamiast kupić sobie czas jakiejś panienki chociaż by z nawet tej ulicy. Serce waliło mu jak młot, a on nie czuł już chłodu. Zanim zrobił następny krok tym razem na pierwszy z dziesięciu schodów prowadzących na drugie piętro oparł się o obdrapaną ścianę i powoli wycelował przed siebie. Wiedział doskonale że nie da się poruszać cicho po takich schodach i siłą rzeczy się nie poruszał, a martwił go fakt że nikt jeszcze nie próbował go zastrzelić. Przeciwnik, który się nie ujawnia w takich sytuacjach zazwyczaj czeka na swoją ofiarę. Czeka na najdogodniejszy moment aby zadać ostateczny cios w postaci celnych strzałów. Dźwięk zbijających się do lotu gołębi wypełnił całe pomieszczenie, a detektyw intuicyjnie zaczął biec przed siebie. Dopiero w połowie trzeciego piętra zastanowił się co on właściwie wyprawia. Prawcież przeciwnik z pewnością go teraz namierzył i na sto procent wie gdzie się teraz znajduje. Usłyszał dwa strzały jeden po drugim, a ich ostre niczym brzytwa echo rozeszło się po schodach z góry na dół. Mimo wszystko nie dał się…