Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Akcja · 14 min czytania

John Davies cz.1

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

John Davies jechał swoim jeepem. Minął przed chwilą pordzewiałą tabliczkę z napisem „Detroit”. Wrócił do domu. Nie było go tu od 4 lat. Jednak nie wracał z powodów rodzinnych, miał robotę do wykonania. Otrzymał zlecenie, którego szczegóły miał omówić z kierownikiem policji Detroit. W końcu nienawidził tego miejsca, tu zginęli jego rodzice, i jego brat, i wszyscy na których mu zależało. Jego ojciec i matka zginęli w trakcie wojny, on miał wtedy dziewięć lata. Nie pamiętał dokładnie. Gdyby nie jego szesnastoletni brat, pewnie i on by zginął, ale nie, przetrwali. Z opowiadań brata słyszał o kwarantannie miasta, o wojsku, które odcięło miasto, o rabunkach i wielu innych rzeczach z którymi musiał się zmierzyć. Żyli w swoim starym domu w New Baltimore, na obrzeżach, blisko 94-tej, którą teraz wjeżdżał, tylko od drugiej strony miasta. John dorastał szybciej niż miało by to miejsce w czasach pokoju, ale jego brat wkrótce zginął w walce gangów o rafinerię blisko ich domu. Został sam. Ukrył się w domu i płakał, dużo płakał. Jego dzielnica powoli się wyludniała, a on zaczął kraść. Przeszukiwał okoliczne domy, okradał członków gangów i zwykłych ludzi. I tak do czasu, kiedy znalazł na podjeździe swojego domu przeraźliwie wyczerpanego, kaszlącego krwią człowieka w łachmanach. Pomógł biedakowi, mimo że miał mniej niż dziesięć lat, to jednak nie bał się. Podawał mu leki które miał w domu, miał całkiem dobrze wyposażoną apteczkę, a tamten zdrowiał. Zostali przyjaciółmi. Facet nazywał siebie Królem i pomógł Johnowi. Przewieźli wszystko co było w domu użyteczne do lokum Króla, na tym samym jeepie wranglerze, którym teraz wjeżdżał do miasta. Okazało się że Król był królem wśród swoich, szczurów, żuli, marginesu społecznego. John doskonalił się w kradzieży, a później nauczył się nowego fachu - zabijania. Niedługo potem uciekł z miasta, które tak nienawidził. Teraz do niego wrócił, ale gdyby nie niesamowita cena za zlecenie, zapewne trzymałby się z daleka. Podjechał pod wieżę Reagana, kiedyś jeden najwspanialszych drapaczy chmur Detroit, a teraz siedziba policji i miejsce rokowań między gangami. Wysiadł z samochodu i ruszył w kierunku wejścia do komisariatu. Wyglądało ono jak wejście do twierdzy, zasieki , worki z pisakiem i dwa stanowiska ciężkiej broni miały odgonić potencjalnych przeciwników policji. Przed samymi drzwiami stał wysoki murzyn, w mundurze i z policyjna gwiazdą „Detroit Police Department”. Grzecznie spytał do kogo idzie i poprosił o zdeponowanie broni. John bez słowa podał karteczkę, którą otrzymał i oddał swojego Glocka. Był pewien że z drugiej strony ulicy obserwuje go snajper. Za długo pracował w tym interesie i znal zasady, gdyby zaczął coś kręcić poszedł by do odstrzału. Tu na pewno się nie cackają. Strażnik oddal mu kartkę i kazał iść do końca korytarza, gdzie miały być drzwi z napisem kapitan Patrick. John szedł pewnym krokiem przed siebie, gdy nagle jedne z drzwi przed nim się otworzyły i wyleciał przez nie jakiś dzieciak w skórzanej kurtce ze oznakowaniami Huronów na plecach. Huroni byli wrogami Schultzów, którzy rządzili policją i w praktyce całym miastem. Chłopak wyrżnął głową o przeciwległą ścianę. Następnie z pokoju wyszło dwóch „policjantów”, jakże innych od tego stojącego przy drzwiach. Kolekcja blizn świadczyła o burzliwej przeszłości i zapewne dobrej służbie, której znaczenie doskonale znał John. „Strażnicy prawa” zasadzili jeszcze huronowi potężnego kopniaka w brzuch i wywlekli na zewnątrz. Davies doszedł do pokoju kapitana. Spokojnie zapukał. - Wejść - odpowiedziano mu zza drzwi. Wszedł do przestronnego pokoju. Na ścianach wisiały różne zdjęcia, przedstawiające policję miasta Detroit , także ta przedwojenną oraz mapa miasta z zaznaczonymi poszczególnymi strefami wpływów gangów i torami Ligi. Stało tam też kilka półek zapełnionych książkami i skoroszytami. W kącie stała donica z karłowatą palmą. Na podłodze leżał jasny, zielonkawy dywan pokryty przeróżnymi wzorami. Na środku pokoju stało potężne dębowe biurko, na którym stała mała lampka oraz flaga z wznoszącym się do lotu orłem, znakiem pana Schultza, leżały tam także skoroszyty i pojedyncze kartki, oraz pióro, wszystko w idealnym porządku. W pokoju były trzy krzesła, jedno piękne wykonane w drewnie i skórze dla Patricka i dwa ,po drugiej stronie biurka, dużo skromniejsze, dla petentów. Na jednym z nich siedział starszy mężczyzna ściskający kurczowo swój kapelusz. Patrick spostrzegł znajoma karteczkę w rękach nowego gościa, i odrzekł: -Dokończymy nasze sprawy później panie Osbourn. – szybko wyciągnął rękę w kierunku starca. Pan Osbourn lekko uścisnął ja, prawie niezauważalnie się skłonił i wydal z siebie cichy, zduszony dźwięk, jakby „dziękuję”. Odwrócił się na piecie i pośpiesznie wyszedł z gabinetu zakładając kapelusz na głowę. -Proszę zamknąć drzwi i usiąść – powiedział po chwili Patrick. Gdy John spełnił polecenia, Patrick wyjął papierośnice i przyjacielsko wyciągnął ją w kierunku gościa. -Zapali pan? – zapytał przyjaźnie. -Nie, nie palę. Przejdźmy do interesów. – Davies ponaglił kapitana. -Nie jest pan z Detroit, prawda? – uśmiechnął się Patrick. – Trzeba trochę wrzucić na luz. Tak to robimy tutaj. - Nie ma znaczenia skąd jestem. Chce tylko szybko załatwić tą sprawę, i oczywiście dostać zapłatę. - Jak pan w właściwie się nazywa? – zmienił temat kapitan. - John Davies. Jestem z Gildii. Zresztą tutaj jest pańskie zlecenie. – podał karteczkę Patrickowi. Kapitan chwycił łapczywie świstek i prawie natychmiast podpalił zapalniczką, którą trzymał w ręce. Niedopałek rzucił do sporawej popielnicy leżącej po prawej stronie stołu. Nie śpieszył się. Wyciągnął papierosa i zapalił, głęboko zaciągając się. - Musi pan wiedzieć że słuchając o tej sprawie, automatycznie zgadza się na jej wykonanie. – zmienił całkowicie ton. – Te informacje są bardzo poufne. - To ja ocenię, czy to wykonam. – odrzekł Davies. -Ty chyba nie wiesz z kim rozmawiasz! Mogę cię zniszczyć jak tylko będę chciał, rozgnieść jak robaka, jak szczura spalić!! Więc albo, kurwa, słuchaj i wykonaj robotę albo wypierdalaj!! – uniósł się kapitan. - Dużo pan wymaga panie Patrick – John zachowywał stoicki spokój – wszystko zależy od ceny. - Będziesz cholernie bogaty. Ustawię cię na całe życie, ale zrób to. - Zamieniam się w słuch. - Masz zabić Teda Schultza. - Tego Teda Schultza? – odparł ze zdziwieniem zabójca, prawie zanosząc się śmiechem. – to niemożliwe. -Dawno nie był pan w Detroit, prawda? Dużo się zmieniło od tamtego czasu. Ted nie ma już takiej władzy jak kiedyś. Zestarzał się. Musisz to upozorować, że zrobiła to jego córka, Veronica. Dostaniesz wszystko…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
John Davies cz.1 — czytnik · opowiadania