biografia · 18 min czytania
Jonaszek
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Było upalne sierpniowe popołudnie. Ciężkie powietrze skutecznie zniechęcało do jakiegokolwiek wysiłku. Czarny dachowiec od niechcenia spojrzał na brązowego, hałaśliwego kundla goniącego zaciekle okularnika na rowerze, przeciągnął się i znów zasnął. Wszystko dookoła wyglądało jak wymarła osada. Popołudniowy marazm rozbił cichy pomruk silnika. Na parking szarego blokowiska wjechał nieznany samochód. Kierowca rozglądał się chwilę za miejscem, po czym zwinnie wcisnął się między granatowego poloneza i czerwonego, lekko obdrapanego volkswagena. Z samochodu wysiadł postawny człowiek, w dobrze skrojonym garniturze. Stał skupiony, rozglądał się na wszystkie strony a jego łysina połyskiwała w słońcu. Trzasnął drzwiami, obszedł z prawej strony rząd samochodów, wszedł na chodnik i energicznie ruszył w stronę dwudziestu garaży, poustawianych jeden obok drugiego, które tworzyły coś na wzór podkowy, gdy patrzyło się na nie z góry. Kątem oka zobaczył, że minął już garaż numer 11. Przystanął, spojrzał na zegarek, wyłączył telefon by nikt mu nie przeszkadzał. Tylko on zdawał sobie sprawę z tego jak bardzo był w tym momencie podniecony. Po tylu latach, po tylu przejechanych kilometrach stał nareszcie w miejscu, gdzie się urodził i gdzie ukształtowała się osobowość Janka Szarzyckiego. Jako jedenastoletni chłopak wyjechał z rodzicami za zachodnią granicę. Było to w tamtym momencie jedyne wyjście. Jego ojciec został złapany przez bezpiekę za działalność opozycyjną. Dostał od opiekunów „słuszną propozycję”: musiał opuścić kraj, ściskając w ręku bilet w jedną stronę. Wybrał zachód. Nie chciał by jego syn został sierotą. Janek do dziś pamięta dzień, w którym dowiedział się od matki o wyjeździe. Był wściekły, targały nim sprzeczne emocje, chciał walczyć z nieosiągalnym dla niego przeciwnikiem. Nie rozumiał jak ojczyzna może pozbywać się od tak swoich obywateli, nie mógł pogodzić się z myślą, że zapomni jak smakują jabłka, gruszki i polskie mleko. Taka rewolucja w tym wieku to rzecz, która przerastała możliwości percepcyjne młodego chłopaka.
Dorosły już Szarzycki klęknął, nabrał w garść trochę ziemi, przysunął sobie dłonie do ust by ją pocałować i na nowo odkryć jej zapach. Czuł jak coś w nim pęka. Fala wspomnień uderzała w niego z siłą wodospadu. Wstał, rozrzucił ziemię i odruchowo strzepnął pył z kolan. Uświadomił sobie, że mimo powrotu na stare śmieci to tak naprawdę znajduje się w zupełnie nowym miejscu. Tam gdzie stoją teraz śmietniki, rosły wysokie krzaki gdzie z chłopakami mieli kryjówkę, tam gdzie teraz stoi jego samochód - uganiał się za piłką, a na miejscu trzepaka stało kilka ławeczek gdzie spotykały się ich matki. Po chwili roześmiał się głośno kiedy zrozumiał, że na miejscu garaży był jego rodzinny dom. Stał teraz na skrawku ziemi zarośniętym chaotycznie trawą, który kiedyś był jego kuchnią. Drzwi do jego pokoju były na wysokości garażu numer 12, na którym widniała informacja, że za prąd i wodę należy płacić w kasie spółdzielni do ostatniego każdego miesiąca. Wspominał. Odpływał myślami w stronę wszystkiego, co kiedyś tu przeżył. Nie miał do nikogo pretensji, rozumiał, co znaczy słowo postęp, tłumaczył sobie nawet, że to życie na zachodzie nauczyło go bycia niesentymentalnym mięczakiem – jak na siebie ironicznie mawiał. Przyłapał samego siebie na tym, że od dłuższego przygląda się wchodzącym i wychodzącym z małego osiedlowego sklepiku. Nie umiał sobie tego wytłumaczyć, ale jakiś głos podpowiadał, że ma uważnie obserwować to miejsce. Czuł, że bezczynność wwierca się w jego ciało. Ruszył przed siebie. Postanowił zagłuszyć ten niespokojny dźwięk spacerem po osiedlu. Wędrując miedzy blokami, przyglądając się obliczom ludzkiej egzystencji zapomniał na chwilę o dziwnie oddziaływującym na niego miejscu. Przed odjazdem do hotelu postanowił jeszcze raz stanąć między garażami by poczuć nierzeczywistą namiastkę domowego ogniska. Stojąc opartym o ścianę jednego z nich, wpatrywał się w niebo, które wściekłym granatem zapowiadało deszcz. Mimowolnie spojrzał znów na sklepik. Zrozumiał. Doszło do niego, co takiego chciano mu powiedzieć. Poczuł w sobie, to samo, co tamtego dnia. Dziwny strach wymieszany z adrenaliną, czuł jak jakaś dziwna moc zadaje mu niewidzialne ciosy, czuł jak jego ciało ogarnia smutek ścierający się z radością promieniującą od żołądka na wszystkie strony. W miejscu gdzie prężył się teraz dumnie osiedlowy sklepik „Poziomka”, za jego czasów stał maleńki domek, w którym mieszkał Jonaszek. Ten Jonaszek, niepozorny blondyn, którego los nie pozwoli mu nigdy zapomnieć.
Janek zamknął oczy a w myślach ciągle kołatało mu imię przyjaciela.
Jonaszek był dzieckiem innym niż rówieśnicy. Spokojny. Wyciszony. Ci, co go nie znali mogli odnieść wrażenie, że był jakby na siłę wepchniętym owocem żywota pomiędzy ludzi. W szkole siadał zawsze sam by zamiast na tablicę spoglądać spokojnie za szybę na przebiegającą tuż przy szkole drogę. Niepozornego chłopaczka z tłumu nie wyróżniał ani wzrost ani tym bardziej jego postura. Jedyni jego jasne włoski zwracały uwagę, przypominał młodego, niewinnego cherubinka. Połowę swojego dotychczasowego życia poświęcił osobliwej pasji. Ulubionym zajęciem Jonaszka było wpatrywanie się w samochody przemierzające czarną przestrzeń asfaltowej dali. Mógł tak siedzieć godzinami. Nic więcej nie było mu potrzebne. Powtarzał zawsze: Mamcia jak tylko dorosnę zrobię prawo jazdy, kupię Warszawę i zabiorę cię w podróż dookoła świata! Jego ojciec żył swoim życiem, obracając się w błędnym kole słabości ludzkiej natury. Lubił szukać szczęścia na szklanym dnie kieliszka, przez co miał problemy z wątrobą. Gdy ta zaczynała mu wysyłać bolesne sygnały, że coraz to gorzej z nią, ten w odwecie pił jeszcze więcej żeby ból stawał się bardziej znośny i tak przez całe lata toczyły się koleje jego losu. Codzienne libacje doprowadziły do tego, że zmarł, kiedy chłopiec skończył trochę ponad dwa lata. Matka wysoka, z dumni oczami, zmęczona życiem, była kobietą cichą i spokojną. Nigdy nie zwracała się do nikogo po pomoc. Pracowała w sklepie i zawsze starała się zrobić wszystko by jej kochanemu jedynakowi było w życiu jak najlepiej.
Tamtego dnia była środa. Jedna z wielu mijających obok nas. Chmury wisiały nisko nad miastem. Jonaszek po szkole zaszedł jeszcze do babci by zobaczyć czy czegoś jej nie pomóc, czy zakupów nie trzeba zrobić. Wypili herbatę, zjedli kilka herbatników z cukrem i pogawędzili. Kiedy wrócił do domu było parę minut po 17. Mamcia już wróciłem! – krzyknął od progu – Zjem trochę zupy i biegnę na dwór do chłopaków, bo w sobotę gramy mecz z tymi z Obrońców i musimy być w formie, ma się rozumieć! – matka uśmiechnęła się z dziwnym błyskiem w oku jak gdyby jakiś niepokój dobijał się do bram matczynej duszy. Intuicja? Umyj ręce i siadaj do stołu – powiedziała odwracając się w jego stronę, podała mu talerz gorącej pomidorówki z ryżem. Popatrzyła chwilę na syna i wróciła do pieczenia szarlotki, którą tak bardzo lubił. Chłopak wlał w siebie szybko kilka łyżek czerwonego kremu, wstawił talerz do obdrapanego zlewu, ucałował matkę w policzek i wybiegł na podwórko. Matka nie zdążyła nic odpowiedzieć, a drzwi wejściowe zamknęły się za nim z hukiem. Szarlotka rumieniła się. Kiedy dobiegł na boisko, składy były już wybrane. Trafił do jednej drużyny z Bolusiem, Makiem, Tomkiem i Kamieniem. Przeciwko nim grała drużyna Janka a z nim o sile ekipy stanowić mieli: brat Maka – Robert, Olek, Radzio i Paweł. Jonaszek stanął na bramce, choć nie wzbudzał swoją postawą w szeregach rywali strachu, nadrabiał jednak szybkością i zwinnością swoich ruchów. Od początku narzucili tempo dla wytrwałych. Po 20 minut było 5:5. Chłopcy zalewali się potem, łapały ich pierwsze kolki, ale walczyli na całego, ciągle mieli świadomość tego, że to ich ostatni sprawdzian przed meczem o prymat na dzielnicy. Chcieli udowodnić, że są prawdziwymi mężczyznami i żaden z nich nie odstawiał nogi tylko twardo walczył o szmaciany balon. Po kolejnym strzale któregoś z chłopaków piłka wyleciała z impetem za boisko. Niewiele myśląc w pościg za piłką zerwał się Jonaszek, który do tego momentu zachował najwięcej sił ze wszystkich. Napijemy się czegoś panowie – krzyknął Olek. Chwila przerwy była dobra do tego, aby się zregenerować i przepłukać gardło, bo unoszący się w powietrzu kurz sklejał w gardle ślinę w ciężką do połknięcia zawiesinę. Kamień wzniósł wysoko butelkę z wodą, - w sobotę w tych rękach będę trzymał szampana! – wznosił toasty a reszta chłopaków śmiała się wesoło. Nikt nie spodziewał się, że dzień pożegna ich krwistą