Inne · 13 min czytania
Jowita
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Zgodnie ze wspólnie opracowaną strategią sprzedaży, o szóstej rano ludzie byli jeszcze na tle oszołomieni snem, że kupując na rynku ogórki, pomidory, sałatę mogli przez pomyłkę nabyć, jakby na deser, stylizowany widok miasta. Siedząc na wędkarskich stołkach mieliśmy oczy na wysokości siedzeń naszych potencjalnych klientów. Nie była to idealna sytuacja do nawiązania interakcji, do koniecznego w procesie sprzedaży, kontaktu oko – oko jak mówią fachowcy od marketingu face to face. Obrazy Jowity też nie były idealne, co nie oznaczało, że w ogóle nie potrafiła malować. Wystawione do sprzedaży dzieła były z gatunku słodkich, do tej kategorii zaliczałem wszystko, co starsze panie wieszały sobie w kuchni, albo nad małżeńskim łożem mówiąc: Jakie to słodkie! Słodkie w nich były: kolory, jelonek opychający się soczyście słodką i przeraźliwie zieloną trawą, profil dziewczęcia przypadkowo uwieczniony na jaskrawo złotej plaży, wszystko aż kipiało od lukru, ciekło i kleiło się. Nie podzieliłem się swoimi spostrzeżeniami, zresztą dziewczyna miała do sprawy duży dystans, mówiąc gdy wychodziliśmy na ulicę – I tak gówno sprzedamy. Poranek był chłodny, a na niebie znów nie było ani jednej chmury. Upał przyczajony czyhał jeszcze, jeszcze się zastanawiał, ale z każdą sekundą dawał coraz wyraźniej do zrozumienia, że i tego dnia da wszystkim popalić. Jowita wydobyła z siebie pierwsze pełne zdanie, po mniej więcej dwóch godzinach od przebudzenia, podobnie jak ja była typem antyskowronka – W gruncie rzeczy, wszyscy są głodni, śpieszą się na śniadanie, jak się najedzą, na pewno wrócą, o pustym żołądku trudno myśleć o sztuce. Nie miałem siły odpowiedzieć, spod ciężkich powiek wydobyłem coś przypominającego przytaknięcie. Czekaliśmy. Ja trochę z tyłu, marząc o łóżku, albo przynajmniej o czymś, co orzeźwiłoby mnie z porannego letargu, o kawie, o mocnym kopie lub czymkolwiek. I o dziwo moje ciche prośby zostały wysłuchane. Mój wzrok natknął się w pewnym momencie na widok nie tyle wstrząsający, co osobliwy i niosący radość. Moje oczy z nieznaną mi żarliwością zachwyciły się roztaczającym się na wyciągnięcie dłoni, prawie namacalnym nagim dziewczęcym biustem. Na wyciągnięcie dłoni miałem „Dianę po kąpieli”, jakiej sam Boucher nigdy by nie namalował. Jowita wyglądała jak bogini łowów odświeżająca się w krystalicznej wodzie strumienia, pomijając fakt, że sceneria rynku, gwar rozkrzyczanych przekupek, spoconych dalekowschodnich handlarzy nie miał w sobie nic z zmysłowości, nawet wiszące w równych rzędach białe koronkowe miseczki wietnamskich biustonoszy utraciły swój erotyczny podtekst wobec uśmiechającego się zalotnie ucieleśnienia męskich pragnień. Wspaniałe Wenus spod pędzla Tycjana czy Giorgione nie miały w sobie tyle niewymuszonego uroku, żarliwości, świeżości i naturalności, mogłyby się od niej wiele nauczyć. Jakby słysząc moje myśli Jowita pochyliła się tak, że jej dwa bliźniacze wzgórza natarły na siebie, połączone w niebezpiecznym dla oczu uścisku trwały zachęcająco i wyzywająco. Odwróciłem głowę w drugą stronę, ale nie na długo. Nie chciałem zostać przyłapany na patrzeniu, z drugiej strony chciałem patrzeć. Głos doleciał mnie jak z zaświatów. -Podobają ci się? O czym ona do cholery mówiła, na wszelki wypadek odpowiedziałem. -O tak są bardzo piękne. -Naprawdę tak uważasz. Nie masz żadnych uwag, żadnych zastrzeżeń. Jej bezpośredniość ośmieliła mnie. -No cóż musiałbym się im lepiej przyjrzeć, dotknąć... -Dotknąć? – spojrzała się na mnie jakbym powiedział coś niestosownego. -Tak dotknąć, a co w tym dziwnego? -Nie słyszałam o oglądaniu obrazów przez dotykanie, ale to bardzo ciekawe...czyja to teoria? Czułem, że zapadam się wraz z moim małym metalowym stołkiem pod ziemię, fala gorącej krwi uderzyła mi do mózgu. Tak nie wiele brakowało do ostatecznej kompromitacji, jeszcze chwila, już na końcu języka miałem zdanie – musiałbym je pocałować. -Jaka teoria? – zapytałem głęboko wdychając powietrze. -Ta, że obrazy poznaje się przez dotyk. -To moja osobista. Chodzi o to, żeby podejść do obrazu jak do człowieka, sztuka wychodzi z człowieka, jest więc jego autonomiczną częścią. Samo patrzenie daje nam wrażenie bardzo intensywne, ale powierzchowne, dlatego uważam, że obrazy powinno się poznawać wszystkimi zmysłami. -Słuchem też? -Słuchem? Czułem, że zapędziłem się za daleko, jeszcze chwila i mogłem znaleźć się w ślepym zaułku. -Słuchem też. Wiem, że to może się wydawać na początku, trudne, wręcz absurdalne, ale można się nauczyć, trzeba dużo ćwiczyć. -Nauczysz mnie kiedyś? -Jak chcesz, ale na to potrzeba naprawdę bardzo dużo czasu, cholernie dużo. -Śpieszysz się gdzieś? -Ja nie, nigdzie, tak tylko myślę, że ja uczyłem się tego wiele lat i nie wiem ile czasu zajęłoby mi nauczenie kogoś, zresztą nie mam talentu pedagogicznego, brakuje mi cierpliwości. -A czy próbowałeś kiedyś jakiegoś obrazu? -Czy co robiłem? – z trudem powróciłem do rzeczywistości. -No czy polizałeś językiem, jak inaczej można spróbować? -Owszem polizałem kiedyś „Portret nieznanej kobiety”, pędzla Oscara Kokoschki. -I co? -Niezły. -Ale co ci to dało, w jaki sposób zmieniło to twój osąd na temat dzieła, jak to odebrałeś? -Normalnie, tylko język zrobił mi się niebieski, bo ta nieznana kobieta została uwieczniona na niebieskim tle. -Ty sobie żartujesz, a ja pytam poważnie. -No więc najpierw wydał mi się trochę słony, potem gdy się dłużej zastanowiłem pomyślałem, że nie dotarłem do samego sedna, a zlizałem jedynie zewnętrzną warstwę kurzu, która z jakiś powodów mogła być słona. Polizałem jeszcze raz i wtedy poczułem słodycz. -Jesteś wariatem! -Ależ skąd ja miałem wówczas zaledwie cztery lata, na tym obrazie był stół, a na stole tort, skąd mogłem wiedzieć, że to wszystko jest nieprawdziwe, nie odróżniałem wtedy obrazu od rzeczywistości. -Ta twoja teoria to bujda! -Nie, skądże, właśnie po tamtym tragicznym doświadczeniu, ojciec złoił mi skórę, bo na obrazie pozostał ślad mojego języka i okazało się, że to nie oryginał, ale marna kopia, właściwie więc powinien mi dziękować, pomogłem wykryć oszustwo. Od tamtej pory zastanawiałem się nad tym, myślałem, aż dzisiaj wreszcie…