Akcja · 35 min czytania
Just a life Story
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 3
Baby please don’t go Baby please don’t go Baby please don’t go down to New Orleans You know I love you so Baby please don’t go
When the man done gone When the man done gone When the man done gone down the county farm He got the shackles on Baby please don’t go Don’t leave me Baby please don’t go
Baby please don’t go...
ACDC “Baby please don’t go”
Prolog “Odgłos tłuczonego szkła”
Za oknem nerwowo świeciło słońce. Lekki wiaterek delikatnie muskał przewieszone przez balkon pranie, wpadał przez otarte okno do domu, chłodził przyjemnie. Pierwszy dzień lata. W radiu nadawali „Hearts of Glass”. Stary, rockowy kawałek z las osiemdziesiątych, zapomniany przez wszystkich, śpiewany przez zapomnianych wszystkim „Blondie”. A szkoda. Fajnie grali. -Fajnie grają. Siedział przy stole, z tym swoim wrednym, nijako nijakim, a zarazem tendencyjnym uśmiechem, w tym swoim nieodłącznym czarnym garniturze czerwonawym krawacie, ćmiąc papierosa. -Naprawdę, kurwa, nieźle grają. Skrzywiłam się mimowolnie, ani na chwilę nie przestając obserwować otoczenia za oknem. Staruszek z psem, piątka dzieci grających w piłkę, świeże powietrze... Nie to, co wewnątrz. Ostrzyżony na jeża brunet z nogami na stole, smród papierosów... I te cztery trupy na podłodze. Konieczność. Konieczność, która dopada mnie za każdym razem, od tamtego cholernego dnia, w którym zdecydowałam się nareszcie chwycić Pana Boga za nogi... Radio przestało grać. Znów usłyszałam jego głos zza pleców, ale tym razem było w nim więcej nienawiści i nieukierunkowanego gniewu, niż kiedykolwiek wcześniej. Temperatura spadła o kilka stopni, czy tylko mi się wydawało? -O czym ty myślisz, do cholery? – zapytał. Szurnięcie krzesła, ciche kroki na kafelkowej posadzce. Zimny, nienaturalny oddech na moim ramieniu. -O czym ty myślisz, do cholery? Odwróciłam się. Cios w twarz powalił mnie na podłogę i cisnął pod ścianę. -O czym ty myślisz, do cholery?! Pokręciłam głową z niedowierzaniem. W ustach nerwowy posmak krwi, w głowie szum, w uszach ból, nerwowy, puls... Mgła w oczach... Nie zemdlej, nie zemdlej, do cholery. Odgłos rzucanego krzesła i tłuczonego szkła. Zemdlałam, do cholery.
* * *
-Wstawaj. Kolorowa pościel przed oczami, nerwowy ból w okolicy żeber, dotyk bawełny i jedwabiu. Krwawy strup w okolicy kącika ust. Elvis, cicho zawodzący z radia, z parapetu. -Chciałaś porozmawiać. Otwarłam oczy. Siedział przy ścianie, naprzeciwko lóżka. Zmoczył włosy? Inaczej je ułożył? Boże, przez moment zdawało mi się... Nie. On naprawdę wyglądał jak Elvis... -Chciałaś porozmawiać. Pokiwałam nerwowo głową. -Więc? – niecierpliwienie w głosie? Cholera, a co, będzie, jeśli on znowu mnie uderzy... A jeśli... Zrobi coś jeszcze gorszego? Przecież po tym wszystkim, co razem zrobiliśmy, po tych wszystkich trupach, można było spodziewać się wszystkiego... -To była konieczność. No tak. Znowu czyta mi w myślach. Zaglądał w nie bez ustanku, od tych czternastu dni, od czasu, kiedy... Nieważne. -Pytania, moja droga? – uniósł się z krzesła. Boże, a jeśli znowu to zrobi? Jeśli znowu tak po prostu wyjdzie na ulicę, i zacznie siać śmierć, wokoło, jeśli? -Pytaj, do kurwy nędzy?! Nerwowe przełknięcie śliny. -Kim ty jesteś, do cholery? Uśmiechnął się jak debil.
Część 22 / 3
Volume I „Długa droga do domu”
-Cóż, Asiu, możesz podrzeć swoją kartę. -Ale, ale... -Możesz ją podrzeć. Najlepiej teraz, natychmiast. Trza było nie zadzierać z tym duchem. -Ale przecież zawsze pozwalałeś nam... -Koniec taryfy ulgowej. Drzyj tą kartę. Panna Mary Wate, czy tam Wade, odeszła bez śladu. -Ale... Wokoło „Born to be wild”. Cztery zapalone halogeny, zielona pufa, zielone żaluzje, zielone krzesełko, pełno maskotek, Mistrz Gry, Ogr, Dana i cała reszta. Dogasająca na środku pokoju świeczka, stłuczona szklanka na parapecie. -Podrzyj kartę postaci, jeśli łaska – Mistrz Gry uśmiechnął się szeroko. Przez moment światło z halogenu odbiło się takim refleksem na jego okularach, że mogłoby się wydawać, że w miejscu oczu ma teraz tylko dwa gorejące, białawe punkty. – Już i tak Ci się nie przyda. Ale... Ale... to była przecież Mary Wade. Aktoreczka z kędzierzawym uśmieszkiem i regularnej urodzie, kompletne beztalencie, którego wszędzie było pełno, która... -Raz za dużo starałaś się postawić duchowi warunki – zawtórował Mistrzowi Ogr. Powoli dopił swojego drinka. Martini, z domieszką soku pomarańczowego, i masy lodu. Pomyśleć, że dwa lata temu starczały im, jemu i Mistrzowi, tylko miętowe Tymbarki. A teraz... Ale się porobiło... -Asia, nie rób problemów. To była tylko postać. Umarła. Było, minęło, karta do podarcia, na cholerę Ci ona, i do widzenia, robimy nową, gramy, blah, blah, blah... Ale to nie była tylko postać. To była... Mary Wade, Aktoreczka z kędzierzawym... Świeczka zgasła, wypalona po nocnej sesji do zera. Radio załamało się, przycichło. Chyba tylko dlatego, by lepiej móc obserwować, jak Mistrz wyrywa mi trzymaną kurczowo kartę postaci i drze ją na strzępy. Tak miała odejść Mary Wade? Przy dopalonej świeczce stłuczonej szklance? Przy szwankującym radiu, chichocie Ogra i głośnym jazgocie dartego papieru? Tak miała odejść moja mała, kochana, Mary Wade? Tak? Ich niedoczekanie. -Wasze niedoczekanie! Nerwowe spojrzenia. Głupawy uśmiech na twarzy Mistrza Gry, Ogr zwijający się ze śmiechu. Ja. Z podniesionymi w gniewnym geście rękoma do góry, z berserkiem na ustach, poderwana z miejsca własnymi chaotycznymi myślami... -Asia. To była tylko postać – słodki, niewinny głosik najbardziej niewinnego Mistrza Gry w tej galaktyce. Przymknęłam oczy, tylko po to, by nie wydrzeć się na niego ponownie, tym razem w pełni umyślnie. Czasami zastanawiało mnie, jaki on był naprawdę. Zimny drań, jak dla Ogra, Metaloman, jak dla Danej, nieodkryty romantyk, twórca, jak dla mnie, zagorzały pracoholik, fan Gwiezdnych Wojen? -Ona odeszła. Tego już za wiele, do k... Do cholery! Zadarłam nerwowo głowę, ręka mi zadrżała, jakbym miała zdzielić go w twarz z siłą, jakiej sobie nawet nie wyobrażał, ale powstrzymałam się. Po policzku spłynęła tylko jedna, jedyna, bezlitośnie wściekła łza. -Ona odeszła, to ja też już pójdę – rzuciłam, najwyraźniej w pustkę, bo nie wywarło to na nich żadnego wrażenia. Obrót na pięcie, przekręcenie gałki w drzwiach, kroki w przedpokoju, moje buty i fioletowawy sweterek, do widzenia dla rodziny Mistrza Gry, zamek, klamka. Trzaśnięcie drzwiami. Ich niedoczekanie, do cholery. Mary, bez obaw. Nie dam Ci tak po prostu odejść. To nie było Twoje ostatnie przedstawienie. Zobaczysz, Mistrzu Gry. Jeszcze zobaczysz. Wszyscy zobaczycie.
* * *
Wszystko się spaprało. Czarna świeca runęła na firanki, ogień ogarnął wszystko, łącznie tą cholerną zapomnianą księgą, która była powodem tego wszystkiego. Szlag trafił, w ciągu tej jednej sekundy, cały mój pokój i połowę mieszkania. Ogień szalał po całym mieszkaniu, trawiąc wszystko, co napotkał na swojej drodze, w mgnieniu oka imał się każdej powierzchni, trawiąc ją niemiłosiernie do taktu „Luck be a lady” Sinatry. A ja, jak ostatnia idiotka, oglądałam to z rozbawieniem stojąc w samym środku rozrysowanego na dywanie pentagramu. Co się działo? Przecież powinnam teraz łkać i szaleć, biegając po całym pokoju, wołając o pomoc, poruszając się chaotycznie, zapominając nawet o telefonie na straż pożarną, powinnam być tak dziwna, głupawo-niezdecydowana i w ogóle, że szlag mógłby trafić... Ale... Ja tylko stałam. Z uśmiechem, kiwając się do rytmu. Cholera z mieszkaniem. Cholera z życiem! Niech gra muzyka. Niech gra, do cholery, muzyka. Płomień przetoczył się właśnie przez moją biblioteczkę, paląc Tolkiena i Sapkowskiego w ostateczną nicość. Niech się jara! Mam to... -Cóż za przemiana – głos. Zza pleców, zza płomieni, otaczających już cały pokój. Głos tak bezbarwny, tak nieludzki, tak nieznany i obcy... Niech się jara? Mam to gdzieś? -I niech gra muzyka. Fajnie zapodają, nie? – dopowiedź do moich myśli? Nie, przecież... A może? Obrót na pięcie. Mężczyzna w garniturze. W samym środku szalejącego pożaru. Niezdecydowane, nieokreślone zimno. Ciemność. Nicość. Omdlenie.
* * *
Kiedy się ocknęłam, już nie żyli. Wszyscy, cała rodzina. Leżeli, ułożeni równomiernie, pod spaloną meblościanką, z twarzą w dół, w kałuży krwi. Pewnie powinnam teraz dostać jakiegoś załamania nerwowego, odpłynąć w pustkę i delektować się własnych bólem, mając nadzieję, że ktokolwiek to zobaczy, ale... -Konieczność. Zwisało mi to. Boże, to naprawdę mi... -Już ocknięta? Doskonale. Z prawej. Siedział na krześle, cudem oszalałym z pożogi. Usadowił mnie, i związał, pod sczerniałą ścianą, poprawił na sobie garnitur, zajarał papierosa. -Tu się nie pali. Powoli podniósł się z krzesła, podszedł do mnie, przyklęknął, dmuchnął mi papierosowym dymem prosto w twarz. -A ty się księcia z bajki spodziewałaś? Powiedz mi, mała, po coś się w ogóle łapała tego cholernego obrzędu? Odwaliło Ci, czy jak? -Mary... Mary Wade – pokwiałam głową. Boże, co on tu robił? Kim on był, co zamierzał, skąd się wziął, co ze mną wyprawiał kiedy byłam nieprzytomna. Boże, co on mógł... -Nie schlebiaj sobie, mała. Tacy jak my, nie robią takich rzeczy z takimi... jak ty. Słucham? Że niby co? Że niby jestem gorsza od innych, nieprzydatna, obojętna, zimna, cicha? Ty draniu, ty draniu. -Zamknij ryj. Cios w głowę w ciągu sekundy posłał mnie w otchłań nicości. Znowu.
* * *
Mary Wade. Aktoreczka z kędzierzawym uśmieszkiem i regularnej urodzie, kompletne beztalencie, którego wszędzie było pełno, która... To ona miała tu przybyć, to dla niej sięgnęłam po tą zbutwiałą, zakurzoną księgę ze sklepu z dziwactwami. To dla niej był pentagram, świeca, inkantacja, pożar i śmierć. Dla niej, nie dla niego. Ale on miał inne plany. Ze spalonej łazienki dobiegały odgłosy kąpieli. Szarpnęłam się. Cholera, mocno związał. Nie da rady... Na podłodze kawałek szkła. Przewrót na bok. Podtulałam się do ułamka porcelanowego dzbanka, obróciłam się właściwie, i niczym książkowa, czy filmowa bohaterka, spróbowałam przeciąć więzy. Ale, niestety, filmową bohaterką nie byłam. Odgłos prysznica. Zaraz, chwila. Urwał się. Cisza. Dookoła. Nie było go już w łazience, wiec gdzie mógł być... Chwyt ręki na plecach, coś porwało mnie do góry. Papierosowy dym, wściekle drażniący nozdrza. Dopiero teraz odważyłam się spojrzeć do góry. To był on. Ten sam krótko przystrzyżony brunet w okularach przeciwsłonecznych i czarnym garniturze, z czerwonawym krawatem. -Coś mi się wydaje – powiedział, nie wyciągając papierosa z ust. – Że tym razem to będzie ciężka robota... Uśmiechnęłam się słodziutko i zmachałam rzęskami.
Część 33 / 3
Rzucił mną o ścianę.
* * *
Czwartego dnia nareszcie mnie rozwiązał. W domu, prócz zawodzenia Louisa Armstronga i jego wspaniałego „What a wonderful world”, unosił się zapach spalenizny i przegnitych ciał. Oni leżeli tam, ciągle, pełni tego szklistego spojrzenia, nadgnici, zesztywniali, w kałuży zzieleniałej i śmierdzącej krwi, tata, mama, moi dwaj kochani bracia... -Konieczność – przypomniał bezlitośnie. Wyciągnęłam kawałek soczystego steku z ust i odłożyłam go na talerz. Przez moment czułam, jakby zaraz wszystko miało ze mnie wylecieć, prosto na świeży i pyszny obiad, ale... Coś się zmieniło. Już nic nie było takie same. Nic. Zupełnie nic. Spalone mieszkanie, martwa rodzina, cztery dni w ciemności, bolesne wypieki na ustach, twarzy, brzuchu, i żebrach. Bił, codziennie. W imię konieczności, rzecz jasna. -Dziś – przeżuł solidny kawałek mięsiwa – pokażę Ci, po co naprawdę tu przybyłem, mała. Zobaczysz, jak w tym roku zacznie się lato... Lato... no tak. Już za osiem dni pierwszy dzień lata. Ciekawe, jaka była pogoda... Zasłonił okna już pierwszego dnia, natychmiast po pożarze, a właściwie po chwili, w której straciłam przytomność, wtedy, za pierwszym razem, pozamykał drzwi i okna, odizolował całe mieszkanie od reszty świata. Nawet w Rock Radio sama muzyka, żadnego głosu, komentarza, rozmowy, wywiadu. Jakby inni ludzie rozpłynęli się, a mi przyszło do końca życia zjadać steki w towarzystwie dogodnie ubranego brutala z zaświatów. Kim ty jesteś, do cholery? -Dzisiaj – sięgnął widelcem po trochę surówki – pokażę Ci, jakie gówno zesłałaś na ten świat... W tym momencie to dotarło do mnie, bezlitośnie, natłokiem, nieludzkim wysiłkiem i siłą. Może i byłam w domu, może i siedziałam teraz przy trupach mojej dawnej rodziny, inna, bardziej wyprana, nijaka, szarawa i głucha, może i siedziałam w środku mojego własnego salonu, ale... -Czeka Cię jeszcze długa droga do domu, mała...
Volume II „Nie jestem szalona!”
Zastrzyk zabolał, jak jeszcze nigdy dotąd. Lekarka, sama pewnie przerażona, docisnęła tłoczek do końca i już po chwili cała żółtawa substancja trafiła prosto do moich żył. Zrobiło się błogo i spokojnie. Wzrok wbiłam w białawy, nierówno otynkowany sufit, odpłynęłam na chwilę myślami gdzieś daleko, w kierunku poprzednich dni, tego pamiętnego pierwszego dnia lata, kwiatków na rabatce, Reksia i smerfów, uśmiechniętego Arcika... Lekarka trzasnęła drzwiami. Trzy, może cztery kroki, po chwili tango drugich, obie serie nierównych stąpnięć spotykają się nieopodal drzwi, dwa głosy. Męski, i żeński. -I jak? – zapytał mężczyzna. -Poważne zaburzenia osobowości, schizofrenia maniakalna, skłonności samobójcze i masochistyczne... Szczerze mówiąc, krócej by było, gdybym powiedziała, czego ona nie ma... Schizofrenia? Masochizm? Co jest, do cholery? Wsparłam się nerwowo na łokciach, zacisnęłam pięści na śnieżnobiałej kołdrze, podciągnęłam się do góry. Nadstawiłam uszu, poświęcając trochę czasu na rozejrzenie się po okolicy. Szpital, jak szpital. Sala, jak sala. białe, sterylne ściany, drobny zaciek pod białawym sufitem, goła lampa bez abażuru, dwie metalowe szafki, w których nic nie miało się nawet prawa zmieścić, stary drewniany stół i ledwo trzymające się kupy krzesło. Radio na parapecie, dziwnie rozklekotane i milczące, zepsuty telewizor majaczący na podwieszonej pod sufitem szafce. Przeszklone drzwi na korytarz, obecnie zasłonięte białawą żaluzją, zadziorny, gruby gliniarz i słodziutka-idiotka lekareczka gawędzący za drzwiami. -Ciężkie obrażenia na szyi i twarzy, cięcia szkłem w okolicy klatki piersiowej, złamana prawa ręka... Powinna zostać na obserwacji. Jeszcze przynajmniej przez tydzień... – ciągnęła lekareczka. -Tydzień? Jest pani tego pewna? Niech pani nie zapomina, ona zabiła przynajmniej siedem osób i wysadziła swoje własne mieszkanie, może być niebezpieczna, a sądzę, że i w więzieniu udałoby nam się zapewnić jej odpowiednią opiekę lekarską... Opiekę lekarską? Że niby kto zabił te siedem osób? Co takiego? Co się dzieje, do cholery? Przecież ot nie ja. To on mnie uderzył, o on mnie pociął i cisnął mną przez... -Jej nawet my nie zapewnimy odpowiedniej opieki lekarskiej. Ona jest ... chora psychicznie. Polecałabym zamknięcie jej w odpowiednim... zakładzie. Zakładzie? Co takiego? Zakładzie? Że niby mnie, do czubków? Za co, do cholery, przecież to... -Śmieszne. Siedział na krześle, wystukując „When a man loves a Woman” Percy’ego Sledge’a. Bardzo fajna melodia. Naprawdę, cholera... -Słyszysz mnie, mała? Nerwowo pokiwałam obolałą głową. Głosy za ścianą mamrotały coś nierówno, wreszcie ucichły do echa oddalających się kroków. Zostaliśmy sami. Wyciągnął z kieszeni papierosa. -Tu nie wolno... – zatrzymałam się w pół zdania. Dla niego nie było czegoś takiego jak „nie wolno”. A kiedy mu się to wytrącało... Lubił bić. Nie było rzeczy, których nie było mu wolno. Po chwili papierosowy dym powędrował prosto pod bielutki sufit. Rozglądnął się powoli po pokoju, zatrzymując na chwilę wzrok na radiu, które uż po chwili zazgrzytało nierównomiernie, a w pokoju rozniósł się dźwięk wystukiwanej przed chwilą melodii. When a man loves a woman... -Nie daj się zwieść tym sterylakom – powiedział w końcu, przerywając chwilę nerwowego milczenia. – Chcą z ciebie na siłę zrobić wariatkę. Nie daj się. Musisz uciekać. Nie pozwól, by stłumili twój krzyk i zamknęli Cię u czubków. Przecież ty nie oszalałaś. Nie jesteś szalona... jeszcze. Ironiczny uśmiech, charkot radia, kroki za ścianą. -Ja nie jestem szalona! – krzyk na całe gardło. Nawoływanie, odgłos otwieranych drzwi, gruby policjant i lekareczka. Strzykawka z żółtym płynem, ukłucie, nagły, nienaturalny spokój krążący po żyłach. -Leż spokojnie, mała. Leż spokojnie – kojący głos z rozmytego otoczenia. Radio zamilkło. A wraz z nim i ja udałam się do krainy ciszy...
* * *
-Wszystko dobrze? -Taa... Tak. Na pewno. Wszystko... W porządku. -To dobrze. Czas na tabletkę. Powiedz aaaa. -Aaaaa. -Doskonale. Proszę bardzo. Gorzka tabletka rozpływająca się na języku, migocąca lampa, słodko bezosobowy i kompletnie nieprzejęty głos lekareczki. Kolejna tabletka do ssania, rozpływająca się jeszcze w jamie ustnej, bez połykania. Czemu się dziwić. Takim jak ja nie dawało się powlekanych, bo mogli tylko udawać, że połykają, skryć tabletkę pod językiem, a potem wypluć i posiekać połowę personelu... -Pokaż usta. -Aaaaa. Pogładziła mnie po włosach. I pocałowała w usta. -Ładnie, maleńka – obojętny, i fałszywy uśmiech, szurnięcie szafki, kolejny wpis do karty zdrowia, kroki, trząśnięcie drzwiami. Nie powlekane tabletki... Na szczęście na takie przypadki też były sposoby. Odcharknęłam mocno, na tyle silnie, że znów poczułam gorzki smak tabletki powracający wraz z ostatnio przełkniętą ślina do ust, zebrałam wszystko na języku, splunęłam na ziemię. Jedno miałam już za sobą.