Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Inne · 9 min czytania

Justyna Karnisz

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Wychodzą zawsze z domu o siódmej trzydzieści. Do kościoła jest jakieś dwieście metrów. Dwieście metrów drogi przez mękę. Najpierw czterdzieści metrów chodnika z kostki brukowej. To najłatwiejszy odcinek. Potem ruchliwa ulica i świstające tiry. O siódmej trzydzieści siedem zatrzymują uliczny ruch. Auta hamują widząc je już z daleka. Dwie małe, wygięte w pół postacie. Teraz rytuał przejścia przez jezdnię. Przyspieszają jak mogą. Idą jednak niewiele szybciej. Drepczą powoli, konsekwentnie. Nikt nie trąbi nerwowo. One spokojnie idą przez swój świat. Mniejsza wsparta na większej. Matka na córce. Potem kolejny chodnik. Niedobry. Nierówny. Idą bardzo powoli. Dalej ulica, mniejsza. Z grubymi białymi pasami na czerwonym dywanie asfaltu. Teraz są już na prostym odcinku. Ten dłuży się zawsze niemiłosiernie. Starsza odmawia wtedy różaniec. Dziesiątkę zdrowaś-mario. Modlitwą mierzy odległość. W koncu wybrukowany plac. Ostatni etap wędrówki. Kamienie sterczą podstępnie nierównymi łbami. Kiedyś był tutaj park. Ubita, przyjazna ziemia. Kilka lat temu wjechały koparki i rozkopały ich drogę do kościoła. Została rozryta wielkimi metalowymi szczękami. Musiały wtedy iść naokoło, dołożyć pięćdziesiąt długich metrów. Idą w milczeniu. Zawsze milczą o tym samym. O parku i ławkach, o ziemi po której wtedy chodziły. Słowa modlitwy plączą się w gąszczu wspomnień. Starsza przystaje, zawsze w tym samym miejscu, pod kilkusetletnia lipą. Drzewo opatrzone jest metalową tabliczką z napisem ‘pomnik przyrody’. Tabliczkę ustawiono tu dwa lata temu. Poprosiła wtedy córkę, aby odczytała wydrapany na niej tekst. Ta odczytała go dopiero następnego dnia, gdy wzięła okulary. (….) Pomnik przyrody. Matka nic nie powiedziała. Pomyślała tylko, że pomniki są kamienne. Albo metalowe. Że żywe drzewo nie może być pomnikiem.

Justyna Karnisz, lat 96. Tacy ludzie jak ona mącą w peselach. Gdyby wszyscy nagle umarli, nie byłoby problemu. Dziecko urodzone w roku 2000 miałoby po prostu numer pesel zaczynający się od dwóch zer. Ale oni nie. Muszą żyć. Chyba na złość. Armia ludzi musiała głowić się nad problemem peseli, bo oni uparcie żyją. Justyna Karnisz mieszka ze swoją córką, Stanisławą Karnisz. Powinny zamieć się imionami. Stanisława ma 78 lat. Jest jedynym dzieckiem Justyny. Sama nie ma dzieci. Ma stara matkę, dziecko którym się opiekuje.

Codziennie o szóstej rano Stanisława podaje matce miskę letniej, bardzo słodkiej kaszy manny. Jest to jedyny konkretny posiłek Justyny. O osiemnastej, na kolację, żuje kromkę czerstwego chleba. Rozpuszcza ją powoli w ustach, pomagając sobie gołymi dziąsłami. Całodzienne wyżywienie uzupełnia jedna szklanka słodkiej herbaty, w samo południe. Czasami Stanisławie uda się przekonać matkę do zjedzenia ćwiartki startego jabłka. Justyna godzi się na to bardzo rzadko i niechętnie.

W małym domku numer dwadzieścia sześć panuje cisza. Pomiędzy gęstymi firanami mignie czasem jakiś samochód na pobliskiej ulicy. Jest mała i spokojna. Z dala słychać pomruk szosy, stłumiony gruchot toczących się tirów. O dwunastej grają kuranty. Justyna Karnisz siedzi wtedy przy oknie i nasłuchuje w milczeniu. Córka pyta wtedy - Może mama zje jabłuszko? Justyna odpowiada przeczącym kiwaniem głowy. Stanisława parzy herbatę i stawia przed staruszką. Słodzi obficie, opiera łyżeczkę na szklanej podstawce. Gdy milkną kuranty Justyna upija pierwszy łyk. Córka siada obok i dłońmi prasuje wyblakłą ceratę w niebieskie kwiaty. Justyna ogania się od natrętnej muchy. Na szafce w rogu pokoju stoi duży, stary telewizor. Stanisława włącza go zawsze o dziewiętnastej trzydzieści. Dziennik. Pozmieniało się wszystko. W telewizji wszystko mruga, lata i błyszczy. Męczy wzrok. Justyna Karnisz ogląda wiadomości z zamkniętymi oczami. Odkąd ludzie w Polsce wymyślili politykę, nie ma wiadomości. Telewizor mocno śnieży. To antena pajączek na dachu. Wiatr obraca ją raz po raz. Niewiele widać i Justyna może spokojnie otworzyć wtedy oczy. Nie rozumie dlaczego jej córka prosi sąsiada o ustawienie anteny. Bolesław Kaniewski mieszka obok. Przychodzi czasem naprawić wystającą deskę w podłodze. Stanisława skarży się wtedy na pajączka. Znowu był wiatr. Może się tam obalił? Bolesław wychodzi z domu i po małej drabinie wdrapuje się na dach. Ustawia pajączka. Justyna musi znowu…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Justyna Karnisz — czytnik · opowiadania