Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Komedia · 10 min czytania

K.U.P.A.

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Właśnie zaczynała się transmisja z Ligi Mistrzów, gdy u drzwi rozległ się natarczywy dźwięk dzwonka. - Kto tam?- zapytałem niechętnie. - Krasnoludek! Krasnoludek? – pomyślałem lekko zdziwiony.To jakiś żart... Podniosłem się jednak z fotela i podszedłem do drzwi. Nie pomyślawszy o ewentualnym niebezpieczeństwie lekkomyślnie otworzyłem. Do przedpokoju wszedł wysoki, mocno zaniedbany jegomość. Zacząłem mu się ze zdziwieniem przyglądać nie zapraszając jednak do pokoju. - No i co się tak, kurna, gapisz? Krasnoludka nie widziałeś? - No... – zająknąłem się lekko- nie widziałem. - A co? Bajek Disneya nie oglądałeś? Książki o sierotce Marysi też nie znasz? - Oglądałem. Ale tam krasnoludki wyglądają zupełnie inaczej. Są malutkie, mają długie siwe brody, noszą czerwone kubraczki i szpiczaste czapeczki. - Ha-ha- Zaśmiał się ochryple. -Nie te czasy. Słyszałeś o zjawisku akceleracji? Sądząc z twojej miny- nie słyszałeś. No to podpowiem ci. Zauważyłeś zapewne, że w dzisiejszych czasach dzieci na ogół przewyższają wzrostem rodziców. Czasami, dlatego że tato nie jest ojcem, co prawda, ale tylko czasami... U krasnoludków też wystąpiła akceleracja. Niby nasi przodkowie pomagali ludziom, ale cóż to była za pomoc... Popilnować gęsi, nakarmić kury, pozbierać okruszki z podłogi... Czy potrafisz sobie wyobrazić takiego kurdupla dźwigającego na czwarte piętro lodówkę, albo trzydziestodwucalowy telewizor? - Czy to oznacza, że zamierzasz mi pomagać? –zapytałem z nadzieją w głosie. - Oczywiście, ale jeszcze nie dzisiaj. Jestem okropnie zmęczony. Zaczął się wsłuchiwać w głos płynący z pokoju. - Oglądasz mecz? Mogę się przyłączyć? - Dobra, właź. Wszedł do pokoju nie zdejmując butów i rozwalił się w moim fotelu. Chcąc- nie chcąc zająłem miejsce na krześle. Po chwili krasnoludek zagadnął: - Nie masz przypadkiem czegoś do zjedzenia? - Coś tam by się znalazło. - A kropelkę do wypicia? - Owszem. Uniosłem się z krzesła, ale krasnoludek mnie uprzedził. - Nie przeszkadzaj sobie. Oglądaj mecz. Coś sobie sam przyrządzę. Aha! Na imię mam Zenek. Wyszedł do kuchni. Wrócił po kilku minutach z pełnym półmiskiem kanapek. Z przerażeniem zauważyłem, że najprawdopodobniej wyczyścił mi lodówkę ze wszystkich zapasów. Trudno. Rano zjem coś w barze. - Mówiłeś, że masz coś do picia. W kuchni nic nie znalazłem. - Jak to nie znalazłeś? Jest kawa, różne herbaty, mineralna... - Nie rżnij głupa. Ja mam żelazny organizm. Od wody rdzewieję. - Rozumiem. Mam tu z pół butelki koniaku. - No to dawaj. Wyjąłem z barku napoczętą butelkę i dwa kieliszki. Napełniłem kieliszki, a kiedy butelkę chciałem odstawić do barku, wyjął mi ją z ręki i postawił na podłodze obok fotela. Nieśmiało zaprotestowałem, ale stwierdził: - Jeśli nie masz ochoty, to nie musisz pić. Ujął napełniony do połowy kieliszek w rękę, powąchał, po czym skrzywił się lekko. - Co ty chłopie pijesz? Toż to istna trucizna. Nie przejmując się własnymi słowami jednym haustem wychylił trunek i nalał sobie do pełna. Dosyć szybko uporał się z alkoholem i z kanapkami. W pewnym momencie zaczął ziewać. - Chce mi się spać... Idę uderzyć w kimono. Gdzie jest sypialnia? - Ale... ja mam tylko jedno łóżko. - Nie szkodzi. Możesz przespać się ze mną. Szybko znalazł drzwi do sypialni i zniknął za nimi. Kiedy mecz dobiegł końca, ja także poszedłem do sypialni. Usiłowałem się ułożyć obok Zenka, ale rozłożył po skosie, że w żaden sposób nie mogłem się zmieścić we własnym łóżku. Na domiar złego chrapał tak donośnie, że szybko uświadomiłem sobie, że nie mam szansy na porządny wypoczynek. Wyszarpnąłem mu tylko spod głowy jaśka, wyjąłem z pawlacza dmuchany materac i rozłożyłem go na podłodze salonu. Gdy obudziłem się następnego ranka, natychmiast przypomniałem sobie o Zenku. Wszedłem do sypialni i usiłowałem go zbudzić. Najwymyślniejsze jednak sposoby, z pryskaniem wodą włącznie nie przynosiły żadnego skutku. To znaczy, przynosiły... Wzmagały jeszcze chrapanie, którego donośność przypominała potęgę brzmienia organów z wielkiej katedry. Zrezygnowany udałem się do pracy spożywając po drodze śniadanie w barze mlecznym. Brrr! Ohyda! Chciałem się zwolnić u szefa na ten dzień, ale akurat musiałem zająć się ważną delegacją z kooperującej z nami firmą z Japonii. Nie mogłem się ich pozbyć w miarę szybko, bo azjaci są niesamowicie dociekliwi i zalewali mnie dziesiątkiem pytań: A dlaczego, a jak, a kiedy... Szlag by to trafił! Kiedy późnym popołudniem wszedłem do klatki schodowej dobiegł mnie skądś, z góry hałas podniesionych głosów, dzika muzyka i walenie jakimiś przedmiotami o siebie. Tknięty złym przeczuciem rzuciłem się na górę przeskakując po dwa…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%