Inne · 7 min czytania
KĄCIK MARUDY- Osiemnaste urodzinki
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
To były najmniej normalne urodziny w całym moim życiu. Poważnie. To były urodziny które zdecydowanie zapamiętam do końca moich dni i będę o nich opowiadać moim prawnukom kiedy wieku osiemdziesięciu paru lat będę siedzieć w bujanym fotelu przy elektrycznym kominku na pilota zapijając przy tym bóle reumatyczne oryginalnym szampanem z francuskiej Szampanii, którego niezliczoną liczbę skrzynek będę trzymać w mojej osobistej, ogromnej jak boisko piłkarskie, piwnicy. A wszystko zaczęło się od tego że wieczorem, przed dniem w którym skończyłam osiemnaście lat mój chłopak, Adrian oświadczył, że ma ważny mecz koszykówki akurat w moje urodziny. - Słoneczko- powiedział- wiesz jaki ten mecz jest dla mnie ważny, musze na nim być a twoje urodziny możemy świętować dzień później. Sądzę że wyglądałam wtedy bardziej jak chmura gradowa niż jak słoneczko. Nie miałam jednak zamiaru robić dzikiej awantury o takie coś. Wzruszyłam więc tylko ramionami i odpowiedziałam: - Rób co chcesz Po czym poszłam do domu. Ale nie oznaczało to oczywiście że spędzę swój wielki dzień w domu przed telewizorem zajadając się przy tym bardzo niezdrowymi i kalorycznymi ale piekielnie smacznymi cebulowymi Lays’ami. Co to, to nie. Zadzwoniłam więc do paru znajomych i w dzień urodzin zrobiłam imprezę u siebie w domu. Warunki mi sprzyjały bo rodziców nie było a moja kochana siostrzyczka zamknęła się w swoim pokoju. Tak więc około dwudziestej pierwszej postanowiliśmy się przejść nad jezioro. Tak dla zabawy. Niestety kiedy tylko tam się znaleźliśmy przyplątało się do nas dwóch kompletnie spitych dwudziestoparolatków. Zaczęli gadać od rzeczy a my uprzejmie ich słuchaliśmy ponieważ mieli około metra osiemdziesiąt i bary tak szerokie jakby pół życia spędzili na siłowni. Mogłoby być więc nieciekawie gdyby się wkurzyli. W pewnym momencie jeden z tych osiłków wyciągnął nie wielką buteleczkę i podał m mówiąc: - Zobacz jaki mam odlotowy dezodorant Zerknęłam na to i.... no cóż zobaczyłam wielki drukowany napis: GAZ ŁZAWIĄCY Nim zdążyłam cokolwiek pomyśleć pijaczek zabrał mi go z ręki i wsadził sobie do kieszeni spodni.. - A ja mam coś lepszego- odezwał się drugi osiłek i wyciągnął z kurtki... Nóż. Myślę że na parę sekund serce przestało mi pracować bo poczułam że brakuje mi tlenu. Jedna z moich koleżanek zrobiła się kredowa. Zresztą przypuszczam że ja również. nieźle zbladłam. A jeszcze bardziej blada zrobiłam się w momencie kiedy po jakiś piętnastu minutach koleś z nożem zaczął się do mnie przystawiać. Zrobiło się totalnie nieciekawie, kiedy nagle nie wiadomo skąd pojawił się Adrian i dał mojemu dręczycielowi prosto w twarz. Facet padł jak długi a ja nie potrafiłam wykrztusić z siebie ani słowa. Wtedy przypomniałam sobie o drugim osiłku z gazem. Spojrzałam na niego a on ze wściekłym wyrazem twarzy już sięgał do kieszeni spodni. - Adrian on ma...- nie zdążyłam dokończyć bo usłyszałam syrenę policji i osiłek zaczął uciekać ile sił w nogach. Ten którego powalił Adrian nadal leżał plackiem na ziemi. Policja, a właściwie dwóch policjantów, zjawiała w przeciągu paru sekund. Jeden z nich bez pytania podszedł do leżącego osiłka i po krótkich oględzinach stwierdził: - Ma złamaną szczękę. - Złamaną?- powtórzyłam jak echo za policjantem - Tak, złamaną- odparł sucho a ja oniemiałam ze zdziwienia. Bo jak to jest u