Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Przygoda · 22 min czytania

Kaish, rozdział 2 - Kamień Dusz

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Słońce grzało z całej siły. Promienie obejmowały najgłębsze zakamarki pustynnego miasteczka Ruber. O tej porze roku było tu niezwykle gorąco. Czerwony piasek zsypywał się na zniszczone drogi i dachy budynków. Między nimi przechadzali się ubrani w zwiewne chusty mieszkańcy. Wszyscy o brązowych cerach i ciemnych włosach. Większość z nich miało przy sobie kosze pełne owoców. Niedawno przyszła nowa dostawa i trzeba było się zaopatrzyć w jedno z nielicznych źródeł wody. W kamiennym przejściu, na schodach siedział chłopak. On jeden różnił się od całego tłumu. Właśnie wkładał do ust tytoń zawinięty w papier. Zrobił głęboki wdech. Wówczas stało się coś niezwykłego – końcówka tytoniu sama zażarzyła się. Zaciągnął się i wypuścił z płuc trochę dymu. Nikt specjalnie się nim nie przejmował. Ludzie przywykli, że owy młodzieniec przesiadywał tutaj co najmniej godzinę dziennie niezależnie od pogody. Niczym nie przypominał mijających go mieszkańców. Podłużną twarz przykrywały płomienisto rude włosy związane w niezdarny wysoki kuc. Siedział przygarbiony opierając się na kościstych rękach. Przeraźliwie blada cera i wychudła sylwetka sprawiały, że wyglądał naprawdę dziwnie. Zwłaszcza w takim klimacie. On jednak nie zdawał się tym przejmować i spokojnie zaciągnął się po raz drugi. Bez większego zainteresowania przyglądał się największej budowli w okolicy. Była to miejscowa siedziba strażników Riversen. Szczerze pogardzał tym Zakonem, a w szczególności strażnikami z tego miasta. W swoim siedemnastoletnim życiu przebywał w środku dostatecznie tyle razy, by móc dokładnie powiedzieć, jaki obraz wisi na każdej ścianie i którego strażnika najbardziej nie znosi. Wojownicy także znali go dobrze, każdy z nich powiedziałby, że nawet zbyt dobrze. Najbardziej bliska była mu cela, pierwsza od lewej, gdyż to właśnie w niej głównie przesiadywał. Średnio dwa razy w tygodniu. Wszystkie jego przewinienia były na tyle drobne, że jedyne co strażnicy mogli zrobić, to pozbawić go wolności na kilka godzin. Nic więcej. Chłopak często robił coś tylko po to, by im dopiec. Na przykład, gdy był nieco młodszy, często wybijał szyby w ich siedzibie, albo wypisywał na murach wulgarne słowa. Przewinienia rosły wraz z nim. Od czasu do czasu zdarzyło mu się pobić z krągłym żołnierzem, który nieco za bardzo brał sobie do serca jego wyzwiska.

W dniu dzisiejszym miał jeszcze czyste konto, i póki co nie zamierzał tego zmieniać. Ogarnęła go straszna monotonia, niepozwalająca kiwnąć choćby palcem. Dlatego też wystarczyło mu siedzenie na schodach i wypoczywanie z tytoniem w ustach. Nikt tak naprawdę nie wiedział, dlaczego owy chłopiec tak bardzo nienawidzi Riversen. Tylko on jeden potrafił odpowiedzieć na to pytanie. Denerwował go sposób, w jaki się poruszają i odzywają. Zawsze chodzili dumni, wyprostowani z tymi swoimi mieczami u boku. Nie mieli tu zbyt wiele roboty, więc przyczepiali się do wszystkiego. Nienawidził także ich spojrzenia, pełnego pogardy dla ludzi jego pokroju. Wyrzucił niedopałek do piasku i wstał otrzepując się. Nie miał określonego celu. Po prostu szedł przed siebie. Wtedy ujrzał wychodzącego z innej uliczki Erloya Bontera. Jego rówieśnika. Erloy był synem jednego ze strażników i tak jak ojciec trenował w Riversen. Uśmiechnął się pogardliwie na widok płomiennowłosego. - Gdzie się znów wałęsasz Holf? – zapytał wcale niezainteresowany odpowiedzią. - Spadaj młocie – odparł znudzony chłopak. - Wiesz, tak się składa, że jutro mam ostateczny test. Lada moment wstąpię do Zakonu Riversen jak mój ojciec – oznajmił pysznym tonem. - Gratulację. Królestwu przybędzie nowy pies do usług. Kto wie… może nawet dostaniesz obrożę. Erloy odebrał to jako wezwanie do walki. Napuszył się jeszcze bardziej. - Nie masz pojęcia o mocy Riversen. Jesteś tylko zwykłym gniotkiem. - Być może. Nie sądzę jednak, że jesteś ode mnie dużo wyżej w tym rankingu. Gdyby twój ojciec był naprawdę dobry w tym co robi, nie siedziałby w takiej dziurze jak Ruber. Rada nie ma co zrobić z takimi nieudacznikami szlachetniej krwi, więc upycha ich gdzie się da. Policzki rywala zaróżowiły się. - Chcesz się przekonać ile jest warta moja krew? – warknął. Chłopak zmarkotniał. Nie miał najmniejszej ochoty z nikim się bić. Choć z drugiej strony starcie tego dumnego uśmieszku z twarzy Erloya wydawało się dosyć kuszące… Uśmiechnął się mściwie. Było na to rozwiązanie, a on sam nie musiał wykonać przy tym większego ruchu. Piasek spod stóp Erloya zaczął się szybko rozsuwać. Zdezorientowany najpierw spojrzał na nogi, a później na zadowoloną twarz rudzielca. Próbował wycofać się z coraz większego dołu, ale tylko się przewrócił. Chciał szybko wstać, lecz było już za późno, ponieważ piach z powrotem wracał na swoje miejsce. Nim spostrzegł, został zasypany po samą głowę. Z przerażenia nie był w stanie wypowiedzieć nawet słowa. - Tak się składa, że próbuję od czasu do czasu sztuczek Riversen. Prawdę mówiąc, wszystkie są diabelnie proste – rzekł z trumfem chłopak szczerząc zęby. Patrzenie na tego denerwującego pyszałka w takim stanie sprawiało mu prawdziwą radość. - Kai Holf – usłyszał za sobą głos. Natychmiast przestał się uśmiechać i znów zrobił się markotny jak wcześniej. - Tylko nie to… - mruknął. Tuż obok niego stanął jeden z wojowników. - Znęcanie się nad mieszkańcami używając do tego tajemną sztukę Zakonu Riversen – wyrecytował strażnik. - Jakie tam znęcanie? – westchnął Kai Holf. - Zastanawiam się jakim cudem nauczyłeś się czegoś tak skomplikowanego – dodał mężczyzna spoglądając na Erloya. - Może zostanę łaskawie uwolniony? – wycedził przez zęby Erloy oblewając się jeszcze większym rumieńcem. Wojownik, nie robiąc niczego niezwykłego odgarnął rękami sporo piachu i wyciągnął za kołnierz chłopaka. - Jutro masz ostateczny egzamin, a nie potrafisz dać sobie rady ze zwyczajnych pachołkiem? Przynosisz mi wstyd, synu. - To nie moja wina! Zostałem zaatakowany znienacka, w dodatku od tyłu – usprawiedliwił się szybko chłopak. Wojownik przewrócił oczami. - Za mną – rozkazał rudzielcowi. Niezadowolony Kai Holf pomaszerował we wskazanym kierunku.

W siedzibie staży nikt nie zwrócił uwagi na ich widok. Strażnicy tak byli do tego przyzwyczajeni, że po prostu pokazali mu ręką celę. Kai bez słowa usiadł na niewygodnym, wypchanym słomą łóżku i wyciągną z kieszeni trochę zwiniętego tytoniu.

Niecałą godzinę później Kai Holf leżał na łóżku wpatrując się w sufit. Pozostało jeszcze jakieś pięć godzin kary. Przekręcił się na bok i bawił się palcami. Wówczas usłyszał zgrzyt otwieranych drzwi. Z początku w ogóle się tym nie przejął. Do siedziby strażników często przychodzili różni ludzie. Z lenistwa nawet nie odwrócił głowy, by zobaczyć kto to. Nie starał się też przysłuchiwać rozmowie. Dopiero, gdy dotarły do niego jej strzępki zainteresował się. Do siedziby przybył wojownik. Kai jeszcze nie widział go w Ruber. - ... książę Gerg próbował pozbyć się Rady. Zapragnął absolutnej władzy. Na szczęście Avarus powstrzymał go i dla dobra kraju Tayo sam zasiadł na tronie. Niestety królewskie rodzeństwo zdołało uciec. Król Avarus powiedział, że nie spocznie, dopóki ich nie odnajdzie. - Czyli, że księżniczka Elaine także…? - To chyba oczywiste, że trzyma stronę brata. Założę się, że i ona mogłaby skorzystać z całej tej sytuacji. Ale wiesz, co jest najgorsze? Część Riversen objęła stronę księcia. Przegrali stracie i teraz chowają się po całym kraju. Na pewno coś szykują. - Kto by się tego spodziewał… Kai przysunął się bliżej krat i słuchał w skupieniu. - Nie przybyłem tu jednak na pogaduchy – rzekł gość – król Avarus przysyła mnie, abym dostarczył do jego zamku Kamień Dusz. Przybyły wojownik wyciągnął list i podał go strażnikowi. Mężczyzna wytrzeszczył oczy. - Czy to aby na pewno dobry pomysł? – wyjąkał. – Gdy dostałem go tutaj na przechowanie, przysięgałem, że zostanie do czasu, aż naprawdę będzie potrzebny. To nie jest jakiś pierwszy lepszy amulet… przecież… jeśli dostałby się w niepowołane ręce… - To jest rozkaz. Król Avarus potrzebuje siły, aby zjednoczyć państwo i uwolnić go od wszystkich zdrajców. - Ale Kamień Dusz… on nie tylko daje siły… przecież od niego aż tętni mocą! Posiadając go można wszystko! – niemal krzyknął strażnik. Oczy Kaia niebezpiecznie zabłyszczały. Kamień, który tętni mocą? Wstrzymał oddech. Nieznajomemu wojownikowi chyba znudziło się już przekonywanie, bo wyciągnął miecz i wycelował go w mężczyznę. - W porządku – rzekł szybko – obecnie Kamień przechowywany jest w podziemiach naszej siedziby. - Perfekcyjnie. – Wojownik schował ostrze. – Wyruszę z nim za kilka dni. Póki co, chętnie skorzystałbym z waszej gościny. - A-ależ oczywiście. Możesz tu zostać tak długo jak tylko masz ochotę. Mamy kilka wolnych pokoi – wymamrotał strażnik. Nic więcej nie mówiąc przybyły wojownik udał się schodami do górnych części siedziby. Kai oparł się o ścianę. Nie potrafił przestać wyobrażać sobie siebie z owym Kamieniem Dusz w ręku pełnym mocy. Jakkolwiek miał nie działać czuł, że po prostu musi go mieć. Szybko jednak pożegnał się z tą myślą pukając się w czoło. Gdyby nawet udało mu się go wykraść to zapewne zostałby poszukiwanym przestępcą. Wtedy musiałby ukrywać się po całym kraju jak zbuntowani wojownicy Zakonu. Choć z drugiej strony… jeśli Kamień naprawdę daje moc to być może… ucieczka nie byłaby taka konieczna?

Kilka godzin później drzwi otwarły się ponownie. Tym razem nie stanął w nich żaden wojownik. Do środka wszedł wysoki i szczupły mężczyzna chwiejnym krokiem. Wyglądał na zmęczonego życiem. Miał zaczerwieniony nos i zmarszczone czoło. W rozczochranych włosach sięgających ramion wyłaniały się siwe pasma. Na kościstej twarzy widniało kilka starych zadrapań i blizn. Rzucił strażnikom przelotne spojrzenie i cmoknął głośno. Miał bystre, ale znudzone oczy. Widząc Kaia siedzącego w celi roześmiał się pokazując kilka złotych zębów. - A więc tu jesteś, cholerny bękarcie – bąknął. W jego głosie nie było nic obrażającego. Wręcz przeciwnie. Zdawało się, że dwa ostatnie słowa wypowiedział pieszczotliwie. Żołnierz sięgnął po klucz i przekręcił zamek. Chłopiec wyszedł milcząc z rękoma w kieszeni i tytoniem w ustach. Opuścili budynek i ruszyli wąską uliczką wzdłuż Ruber. Dopiero, gdy znaleźli się w małym, kamiennym domku na obrzeżach miasteczka znudzony mężczyzna głośno westchnął. - Nienawidzę odbierać cię z tej celi. Ci strażnicy są cholernie niesympatyczni. Nie nudzi ci się to? - Nudzi, ale ci durni strażnicy wtrącają się w nieswoje sprawy – odwarknął Kai – uczepili się mnie i tyle. Dobrze wiesz, że tak było Jack. Jack, bo tak nazywał się mężczyzna, usiadł na krześle. - Wiesz, że nienawidzę cię pouczać, ale cholera, ty już masz siedemnaście lat. Najwyższa pora oderwać wzrok od dalekich horyzontów i skupić

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%