Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Komedia · 1 godz. 1 min czytania

Kameleon

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

{b}I{/b}

Nazywam się Romeo, mam 23 lata i pracuję jako kierowca dla prywatnego przedsiębiorstwa autobusowego. Wczoraj pochowałem matkę. Kiedy byłem małym chłopcem, lubiłem bawić się z ojcem, szczególnie „w poszukiwanie skarbu”. Od kiedy odkryliśmy tajemniczą skrytkę w domu, przynosiliśmy jeden albo kilka „skarbów” z każdego spaceru. Były to najczęściej kamienie lub kawałki drewna o nieco oryginalnej formie albo po prostu szyszki, kasztany czy kolorowe jesienne liście. Skrytka nie była niczym innym jak tylko zwykłą dziurą w ścianie, którą zakrywała komoda znajdująca się w tym miejscu, kiedy rodzice kupili dom. Pewnego dnia, robiąc porządki, matka odsunęła mebel. W skrytce, której rozmiary okazały się całkiem spore, znaleźliśmy kilka starych, bezwartościowych banknotów.

Nazywam się więc Romeo i to dziwaczne imię wybrała dla mnie matka. Zresztą na samym początku wcale mi to nie przeszkadzało. Dzieci mówiły na mnie Ro albo Rome i myślałem, że moje imię nie różni się od innych. Dopiero zachowanie mojej pierwszej przedszkolanki dało mi do myślenia. Za każdym razem, kiedy sprawdzała obecność, uśmiechała się pod nosem wypowiadając moje imię. Po jakimś czasie dzieci zaczęły mi się dziwnie przyglądać, a gruby Loik biegał za mną i wołał: {i}Romeo video{/i}. W następnej klasie nowa wychowawczyni robiła dokładnie taki sam grymas jak poprzednia przy czytaniu listy obecności. Zrozumiałem, że moje imię różni się od innych. Zapytałem więc matkę:

- Dlaczego nazywam się Romeo?

Matka uśmiechnęła się tym swoim egzaltowanym uśmiechem, który malował się na jej twarzy zawsze wtedy, gdy mówiła o rzeczach poruszających w niej czułe struny, oczarowujących ją i pozwalających jej marzyć.

- Romeo to tytułowy bohater tragedii Szekspira, dramaturga i poety, którego uwielbiam – wyjaśniła – nie mógłbyś nazywać się inaczej.

Jej wyjaśnienie było tak bardzo szczere i wydawało się przekonywujące, że po raz pierwszy poczułem się dumny, że noszę to straszliwe przezwisko, z którego już od jakiegoś czasu wszyscy się śmiali.

- Spójrz – kontynuowała matka pokazując mi kilka książek – {i}Romeo i Julia{/i}, to jest właśnie wielkie dzieło Szekspira. - A kim jest Julia? – zapytałem. - To była jego ukochana – westchnęła matka kładąc dłonie na piersi – kobieta, której bez wahania ofiarował swoje życie – i zaczęła mi o nich opowiadać jakby to byli jej bliscy znajomi.

Matka posiadała pięć egzemplarzy dzieła angielskiego pisarza: trzy wydania francuskie i dwa oryginalne różnych wydawców. Przeglądała je od czasu do czasu, zawsze z tym samym, pełnym zachwytu uśmiechem, który tak bardzo lubiłem. Książki leżą ciągle na półkach przepełnione jej zapachem, tylko ona nigdy się już do mnie nie uśmiechnie. Matka zrozumiała mój niepokój. O nic mnie nie zapytała, tylko na drugi dzień poszła do wychowawczyni. Nigdy się nie dowiedziałem, co jej wtedy powiedziała, ale począwszy od następnego dnia nauczycielka zaczęła wymawiać moje imię tak samo jak imiona wszystkich innych dzieci. Bardzo mnie to zaskoczyło. Loik próbował jeszcze za mną wołać {i}Romeo video{/i}, ale zgromiony wzrokiem przez wychowawczynię, przestał i próbował się nawet ze mną zaprzyjaźnić siadając często obok mnie i szukając mojego towarzystwa na podwórku.

Jednak było już za późno: zło zostało wyrządzone. Czułem się napiętnowany: nie chciałem być sobą, pragnąłem być kimś innym. Moje silne upodobanie do przebierania się zrodziło się właśnie w tym okresie. Bardzo lubiłem bal maskowy, który powodował, że moje zmiany tożsamości nabierały legalnego charakteru. Moim ulubionym bohaterem był Zorro: jego maska, kapelusz i peleryna ukrywały doskonale moje prawdziwe ja, czułem się nim w stu procentach. Szpada, którą trzymałem w dłoni czyniła mnie jeszcze bardziej wiarygodnym, ale tak naprawdę był to atrybut dodatkowy i w gruncie rzeczy niejako zbędny, gdyż największą przyjemność sprawiał mi sam strój. Byłem nierozpoznawalny, to nie byłem ja, ale ten, którym chciałem być: ktoś inny. Czułem się szczęśliwy przez cały wieczór. Kiedy wszyscy zdejmowali maski, ogromne rozczarowanie rozdzierało mi wnętrzności. Za każdym razem zabawa kończyła się za wcześnie.

Po śmierci ojca, która przyszła niespodziewanie, gdy miałem zaledwie dziesięć lat, przestałem myśleć o swoich problemach tożsamości: moje życie, do tej pory beztroskie, gdyż ojciec dbał i zaspokajał wszystkie nasze potrzeby w sposób absolutny, nagle się zmieniło. Matka stała się zupełnie inną osobą. Nie była już tą, która tyle razy grała mi na fortepianie Vivaldiego mówiąc, że „to wraca ochotę do życia”, śpiewała {i}Dzielną Margot{/i} Brassensa mówiąc, że „to dowcipne i wzruszające” oraz {i}W miarę jak{/i} Liane Foly mówiąc, że „to subtelne i tak bardzo kobiece”. Teraz była smutna i tak bardzo zagubiona, że wydawało mi się, że sam jestem w niebezpieczeństwie. Kiedy pierwsze cierpienie zaczęło się rozrzedzać, matka podeszła do skrytki, wyjęła z niej prawdziwy skarb: swoje dwa złote pierścionki obsypane mnóstwem drobnych kamieni szlachetnych i powiedziała:

- Sprzedamy je.

W ten sposób rozstawała się definitywnie ze swoją przeszłością córki bogatej rodziny, która straciła całe swoje bogactwo, gdyż tata miał zbyt silną słabość do gier hazardowych. Pieniądze otrzymane za pierścionki pozwoliły nam żyć przez jakiś czas. Jednakże pewnego dnia było już ich niewiele i matka musiała zacząć szukać pracy. Kobieta o pięknych dłoniach tańczących w cudowny sposób na klawiaturze swojego fortepianu, kobieta, która nigdy wcześniej nie pracowała, była zmuszona zakasać rękawy. Znalazła pracę kasjerki w supermarkecie i z każdym dniem wracała do domu coraz smutniejsza. Nigdy więcej nie otwierała fortepianu, który pokrywał się coraz grubszą warstwą kurzu. Cierpiałem widząc ją w tym stanie: dawniej była pełna blasku i zawsze uważałem ją za najpiękniejszą kobietę świata, teraz bywała zgorzkniała i starzała się z dnia na dzień. Nie byłem w stanie jej pomóc, co potęgowało jeszcze moje cierpienie. Myślałem, że uda mi się chociaż ułożyć sobie życie osobiste. Pierwsze niepokoje miłosne obudziły się już we mnie i z przyjemnością stwierdzałem, że dziewczyny nie patrzą na mnie obojętnie. Jednakże każda znajomość kończyła się podobnie: dziewczyna zauważała w końcu, że nie jest całkowicie w moim typie i zamykała mi drzwi przed nosem. Nie robiłem tego specjalnie, one wszystkie były ładne i miłe i czyniłem, co mogłem, by były szczęśliwe, ale za każdym razem czułem, że to nie to: żadnej z tych dziewczyn nie kochałem.

- Szukasz prawdziwej księżniczki – powiedziała z wyrzutem ostatnia z dziewczyn i zanim odeszła na zawsze, obdarowała mnie dwoma rzęsistymi policzkami. Myślę, że w sposób podświadomy szukałem kobiety, która byłaby podobna do matki. A te wszystkie dziewczyny wydawały mi się zbyt pospolite, nie wystarczająco szlachetne, bym mógł czuć się szczęśliwy u ich boku.

Pewnego dnia przeczytałem ogłoszenie w dzienniku, który matka zwykle przynosiła do domu :

{i}Jeżeli masz ochotę naprawdę zarobić pieniądze, zgłoś się do nas, nawet jeżeli nie masz jeszcze prawa jazdy. Przedsiębiorstwo autobusowe LOUPA{/i}

Odpowiedziałem na ogłoszenie. Rzeczywiście dzięki Loupie zrobiłem prawo jazdy i powoli zacząłem zarabiać pieniądze. Niewiele na samym początku, ale potem coraz więcej.

- Mogłabyś zwolnić się z pracy – powiedziałem kiedyś do matki – to, co zarabiam, wystarczy dla nas obojga.

Wahała się trochę, ale po zrobieniu obliczeń, chętnie zaakceptowała moją propozycję. Znowu w domu było jej pełno, śpiewała mi i grała na fortepianie. Byłem szczęśliwy.

Kilka dni temu, wieczorem, oglądaliśmy w telewizji {i}Szakala{/i}. Obydwoje byliśmy zafascynowani głównym bohaterem. Kiedy film się skończył, matka powiedziała wzdychając:

- Szkoda, że zginął, wydał mi się bardzo sympatyczny, ten człowiek kameleon.

Położyła się spać, zasnęła i już się nie obudziła. Lekarz stwierdził zawał serca. Mówię sobie, że gdyby cierpiała, czy coś w tym rodzaju, zawołałaby mnie. Podejrzewam więc, że nie cierpiała, co mnie odrobinę pociesza. Od kilku dni opłakuję więc matkę i nie przestaję myśleć o Szakalu. Ogarnęła mnie chęć metamorfozy. Jeżeli, tak jak moi rodzice, jestem zaprogramowany na niezbyt długie życie, dobrze by było, żebym przeżył je przynajmniej tak jak mam na to ochotę.

Przeglądając ogłoszenia, zauważyłem, że sporo biznesmenów szuka osobistego kierowcy, tzw. „zaufanego człowieka”, jak go sami często nazywają. Wydaje mi się, że to coś dla mnie. Nie mam jednak ochoty wchodzić w to nowe życie taki jaki jestem, pragnę przeżyć to jak wielką przygodę. Muszę więc się przeobrazić. Najpierw kupiłem sobie perukę o ciemnych włosach, fałszywą brodę i wąsy oraz okulary z ciemną oprawą. Wszystko to kompletnie zmieniało mój wygląd: byłem zachwycony. Dorzuciłem coś w rodzaju poduszki, którą owinąłem sobie wokół bioder (kupiłem również o kilka rozmiarów większe spodnie). Tak było jeszcze lepiej: byłem grubszy i wydawałem się niższy. W tym przebraniu udałem się, by wynająć garsonierę daleko od rodzinnego domu, po czym zacząłem szukać ludzi, którzy pomogliby mi wyrobić sobie fałszywy dowód osobisty. Zajęło mi to trochę czasu, ale udało mi się w końcu: moje nowe ja nazywa się Bernard i w ogóle mnie nie przypomina. Jestem zachwycony.

Swojego nowego pracodawcę znalazłem bez trudu. Jak tylko mnie zobaczył, miał ochotę zrobić ze mnie swojego zaufanego człowieka. Mówiłem do niego „proszę pana”, a on już po kilku dniach mnie skorygował:

- Ja zwracam się do pana po imieniu, proszę więc nazywać mnie Flavio. Wkrótce poznałem jego rodzinę.

{b}II{/b}

Flavio Martinelli urodził się i spędził dzieciństwo na raczej ubogim przedmieściu Neapolu. Żeby pomóc rodzinie, dosyć wcześnie zaczął pracować jako dostarczyciel pizzy. Trochę później, z pewnością dlatego, że był przystojny, udało mu się zdobyć miejsce kelnera w jednej z najbardziej szykownych kawiarni Neapolu. Zwróciła tam na niego uwagę piękna Matylda, córka rodziny pochodzącej ze starej szlachty. Ona sama szlachetna w każdym calu, przypominała księżniczkę na ziarnku grochu. Ojciec Matyldy uwielbiał spaghetti i z tego właśnie powodu często zabierał rodzinę na wakacje do Włoch. Nie miał zamiaru ograniczać się do {i}spaghetti à la bolognaise{/i}, miał ochotę spożywać swój ukochany makaron przyrządzony za każdym razem inaczej: {i}à la carbonara, à l’ail, à l’encre de seiche, à la vongole{/i}. Dzięki {i}spaghetti napoli{/i}, które były jego ostatnią miłością, zrodził się w jego głowie pomysł na spędzenie dwóch tygodni w Neapolu.

Podczas kiedy ojciec biegał po mieście w poszukiwaniu nowych przepisów kulinarnych, Matylda przyzwyczaiła się do spożywania capuccino na tarasie tej samej eleganckiej kawiarni u stóp Wezuwiusza, w której pracował Flavio. Przychodziła tam codziennie z matką, by podziwiać wulkan. Podziwiała go, tak, przez kilka minut, aż do momentu, kiedy jej wzrok napotkał na spojrzenie Flavia. Od tego momentu, zawsze, kiedy przychodziła, dyskretnie go obserwowała, gdy matka siedziała obok i bardziej otwarcie, kiedy matka znikała na mały kwadransik w toalecie w celu odświeżenia makijażu. Dziewczyna wykorzystała jedną z jej nieobecności, by wsunąć do ręki młodzieńca karteczkę, na której z gorączkowym biciem serca napisała swoje nazwisko i adres. Bez wahania rzucił dla niej pracę, którą bardzo sobie cenił. Pojechał za nią mimo, że mieszkała daleko od jego rodzinnego przedmieścia Neapolu, we Francji. Również dla niej bez wahania założył ponownie porzucony kiedyś strój tego, który przywozi ludziom do domu pachnącą pizzę.

- Od naszych wakacji w Neapolu, uwielbiam pizzę – mówiła Matylda mieszkańcom swego wielkiego domu zamawiając tę smakowitą potrawę co najmniej dwa razy w tygodniu. - Twój ojciec niczego nie podejrzewa? – dopytywał się Flavio. - Sam uwielbia spaghetti, może się wiec tylko cieszyć, że jego córka ma również słabość do dobrej włoskiej kuchni.

Jedząc pizzę wraz ze swoją pokojówką, Matylda opowiadała jej o swoim pięknym Flaviu, w którym była zakochana po uszy.

- Co on ci takiego ciekawego opowiada, ten dostarczyciel pizzy, że sterczysz tak długo przy bramie – zapytała ją któregoś dnia matka. - Nic takiego – zaczęła się jąkać dziewczyna – roz... wymieniamy grzeczności. - Grzeczności czy co innego, musisz w końcu wybrać między Stefanem a François, bo jak nie, ojciec straci cierpliwość i wybierze za ciebie. Oprócz tego, że są bogaci, to całkiem mili młodzieńcy, prawda? Nie będziesz z nimi nieszczęśliwa. Matylda była nieszczęśliwa na samą myśl o ewentualnym małżeństwie tego rodzaju. Płakała przez całą noc. Na drugi dzień, odbierając z rąk ukochanego pachnącą pizzę, powiedziała szlochając:

- Ojciec chce mnie wydać za jednego z tych straszliwie bogatych nudziarzy, których towarzystwo mnie przeraża. - Aha – powiedział Flavio, po czym zamilkł na kilka dobrych minut – musisz dać mi miesiąc – odpowiedział w końcu z powagą na twarzy – znajdę coś i wrócę.

Po raz ostatni wziął w ramiona swoją ukochaną i odszedł.

Kilka dni później ojciec Matyldy wezwał ją do swego biura :

- Musisz mi dać kochanie swoją odpowiedź – powiedział spokojnym, ale stanowczym tonem – sporo dziewcząt kreci się wokół obydwu chłopców i jeżeli będziemy za długo zwlekać, zostaniemy bez grosza. Trzeba myśleć o przyszłości, jeśli nie ma się ochoty wylądować na ulicy.

Oczywiście nędza absolutnie nie zagrażała bogatej rodzinie. Matylda nie wiedziała, że mogłaby wyjść za mąż za najbiedniejszego chłopaka na świecie: jej posag wystarczyłby całkowicie, by uchronić ich miłość. Jednakże ojciec wolał ją postraszyć, aby móc podwoić to, co już posiadał.

- Tato – zwróciła się do niego Matylda z powagą na twarzy – pozwól mi jeszcze przez miesiąc się zastanowić, obiecuję ci, że po miesiącu dam ci definitywną odpowiedź.

Ojciec zaakceptował łaskawie propozycję córki. Matylda spodziewała się dosyć szybko jakiegoś znaku życia ze strony Flavia. Tymczasem tygodnie mijały, a ona nie miała żadnych wieści. Jedyną informacją jaką posiadała był fakt, że zwolnił się z pracy w pizzerii. Po upływie trzech i pół tygodnia zaczęła mieć wątpliwości. Z ciężkim sercem mówiła sobie, że on już nigdy nie wróci.

- Zapomniał o mnie – skarżyła się pokojówce szlochając. - Mężczyzna, który kocha, tak łatwo nie zapomina – odpowiadała jej mądrze służąca, zagorzała wielbicielka seriali telewizyjnych.

Po upływie miesiąca, Matylda wybierała się do ojca, który właśnie wezwał ją do biura. Między Stefanem a François nie miała kłopotu z wyborem, nie chciała ani jednego, ani drugiego.

- Zdajmy się na porządek alfabetyczny, niech więc będzie François – myślała zrezygnowana tuż przed zastukaniem do biura.

Kiedy wśliznęła się do środka, ojciec czytał list. Był wyraźnie w dobrym humorze. Zawsze był zadowolony, gdy jego sprawy zawodowe układały się pomyślnie.

- Wejdź moja droga – zwrócił się do córki – usiądź – przeglądając w dalszym ciągu swoją korespondencję, mruczał pod nosem – dobre nowiny, dużo dobrych wiadomości, to dobrze... A to, co to?... Zaproszenie? Matylda usiadła naprzeciwko niego i czekała cierpliwie. Wszystko jej było obojętne, jej życie do niej już nie należało, przyszła, by spełnić życzenie ojca.

- Zobacz – powiedział – właściciel wielkiej restauracji włoskiej zaprasza nas dziś wieczorem na kolację – podał jej mały biały kartonik – co o tym myślisz? Wzięła papier przez uprzejmość i pochyliła się, by go przeczytać. Litery skakały jej przed oczami i nie była w stanie się skoncentrować. Nagle pośród tajemniczych znaczków dostrzegła nazwisko, które natychmiast przykuło jej uwagę: F. Martinelli. Nazwisko właściciela tak bardzo przypominało to jakie nosił jej ukochany, że zrobiło jej się cieplej na sercu. Poczuła się jeszcze bardziej nieszczęśliwa myśląc o swoim przyszłym małżeństwie ze Stefanem..., nie z François, w sumie co za różnica?

- Dlaczego mielibyśmy sobie odmówić? – zdecydował ojciec wesołym tonem – zaprasza nas, wiec pójdziemy... Matylda ciągle trzymała karteczkę w ręku nic nie mówiąc. - Wszystko w porządku, kochanie? – zaniepokoił się ojciec widząc jej smutek – zrób się na bóstwo, a ja powiem mamie, że idziemy na kolację do restauracji.

Ojciec był tak bardzo zadowolony z wiadomości, które znalazł w swoich listach, że zapomniał zapytać Matyldę o wybór przyszłego męża.

Kolacja bardzo smakowała rodzicom Matyldy, zwłaszcza ojcu, którego w sposób absolutny oczarowały {i}spaghetti à la sauce tomate-basilic{/i}.

- Co za smak, co za finezja! – powtarzał zachwycony.

Jeżeli chodzi o Matyldę, przez cały wieczór zmuszała się do uśmiechu. Następnego dnia, kiedy ojciec wezwał ją do biura, przyszłość przedstawiała się jej w czarnych kolorach. Po zamknięciu drzwi obróciła się i zatrzymała się nagle zaskoczona i onieśmielona obecnością mężczyzny siedzącego naprzeciwko ojca.

- Chodź, moja droga, nie bój się – ojciec przywoływał ją łagodnie ręką – przedstawiam ci pana Marinelli, właściciela restauracji, w której jedliśmy przepyszne spaghetti. Zwierzył mi się właśnie, że jest w tobie zakochany. Spojrzała na młodego człowieka i natychmiast rozpoznała w nim Flavia, który się do niej uśmiechał. Spojrzała na ojca, który również przyglądał się jej z uśmiechem. Sytuacja wydała się jej zbyt skomplikowana, by była w stanie utrzymać się na własnych nogach. Przez sekundę czuła, że spada, a potem już nic nie czuła. Kiedy odzyskała przytomność, były przy niej matka i pokojówka.

- Lepiej się czujesz, kochanie? – pytała zaniepokojona matka. Pozwolono jej sobie odpocząć, po czym zjawił się ojciec, by wyjaśnić jej o co chodzi. - Pan Marinelli wróci w przyszłym tygodniu, jeśli sobie tego życzysz – powiedział – będziecie się spotykać przez jakiś czas, by się lepiej poznać. Jeśli ci się spodoba, będziesz mogła zostać jego żoną. Jeżeli o mnie chodzi, od razu się zgodziłem, bo skoro w tym wieku jest już właścicielem szykownej restauracji, która serwuje najlepsze spaghetti na świecie, sprawa wygląda obiecująco.

W ciągu następnych trzech tygodni Matylda spotykała się więc z Flaviem, „by się lepiej poznać”. Widywali się zupełnie legalnie co drugi dzień.

- Zatrudniłem się u tego bogatego właściciela restauracji, który nazywa się Federico Marinelli i wykorzystałem podobieństwo naszych nazwisk, by przyciągnąć uwagę twojego ojca – wyjaśnił Flavio. - Miałeś wspaniały pomysł, mój najdroższy – odpowiedziała Matylda rzucając mu zakochane spojrzenie. - Tak, ale jeśli odkryje prawdę, będziemy zgubieni – niepokoił się Flavio. - Daj naszemu kucharzowi przepis na {i}spaghetti à la sauce tomate-basilic{/i} i wszystko będzie dobrze.

Matylda miała rację. Ojciec rozpieszczany przez smakowite dania, nie tylko nie próbował odkryć prawdy, ale jeszcze ofiarował córce piękny prezent ślubny: kupił dla niej... dużą włoską restaurację u stóp Wieży Eiffel’a.

Po miodowym miesiącu, w czasie którego młodzi małżonkowie wykluczyli ze swojego jadłospisu zarówno pizzę jak i spaghetti, Flavio zakasał rękawy. Po roku kupił jeszcze jedną restaurację, gdzie cała rodzina świętowała szczęśliwe narodziny dziewczynki, której dano na imię Julia.

{b}III{/b}

Ja poznałem rodzinę Martinelli dwadzieścia lat później. Flavio, ciągle zapracowany, posiada aktualnie pięć restauracji. Matylda jest w dalszym ciągu piękną kobietą, a córka jest do niej podobna. Jedynie Flavio uważa mnie za swojego zaufanego człowieka (na co dowodem jest chociażby fakt, że opowiedział mi swoją historię, czego normalnie pracodawcy nie robią), żona i córka natomiast odnoszą się do mnie z dystansem. Mimo, że nie szukają ze mną kontaktu, okazują mi jednak szacunek. Każda ma swoje osobiste wyjazdy w tygodniu: Matylda jeździ do sióstr, a Julia na kurs tańca i do przyjaciół. Przyjeżdżam po nie dużym rodzinnym samochodem, który Flavio pozwala mi parkować po pracy w pobliżu mojego miejsca zamieszkania.

- Tylko pan go prowadzi – powiedział mi – byłoby absurdalne, gdyby pan zostawiał go tutaj i wracał do siebie na piechotę.

Kiedy Flavio powiedział mi po raz pierwszy zupełnie beztroskim tonem : « Proszę zawieźć moją żonę do sióstr », od razu zastanowiłem się nad tym, co taka piękna kobieta jak Matylda ma do roboty u zakonnic. Oczywiście o nic nie zapytałem i zrobiłem to, czego ode mnie oczekiwano, ale ta myśl nie przestawała mnie dręczyć. Co prawda do tej pory nie znalazłem odpowiedzi, ale zrozumiałem przynajmniej jedną rzecz: jeżeli nawet pozostałe popołudnia spędza w towarzystwie zakonnic, z pewnością nie dotyczy to czwartku. Nie potrafiłbym tego wytłumaczyć, gdyż pozornie nic w jej wyglądzie zewnętrznym na to nie wskazuje (jest elegancka jak w pozostałe dni), ale uważam, że w czwartki jest zupełnie inna: jej spojrzenie jest inne, jej uśmiech jest inny, nawet jej głos jest inny. Oczywiście nie powiem o tym nikomu, a szczególnie jej mężowi, ale jestem pewien, że ona coś przed nim ukrywa.

Z okazji swoich urodzin Flavio zaprosił mnie do jednej ze swoich restauracji. Posadzono mnie miedzy Julią a jej babką, obok której siedział Flavio, a Matylda i jej ojciec siedzieli naprzeciwko. Flavio przez cały czas wstawał od stołu: co pięć minut biegał do kuchni, by sprawdzić czy danie, które miano nam podać jest dobrze przyprawione i poprawnie przygotowane do podania. Kiedy spożywaliśmy spaghetti z owocami morza, teść Flavia raz po raz przymykał oczy, a na jego twarzy malowało się rozanielenie. Przez te wszystkie lata miłość jaką darzył swój ulubiony makaron, nie pokryła się nawet najmniejszą zmarszczką. Przy deserze Flavio zaproponował, że zrobi nam kilka zdjęć. Matka Matyldy wstała natychmiast od stołu i podnosząc rękę do góry jakby chciała zasłonić sobie twarz, zwróciła się do zięcia:

- Daj mi dwie minuty na poprawienie makijażu – powiedziała biegnąc w stronę toalety.

Ona również nie zmieniła swoich przyzwyczajeń. Flavio sfotografował mnie w towarzystwie Julii i pozostałych członków rodziny. Kiedy matka Matyldy wróciła po kwadransie, seans fotograficzny dawno się skończył, a Flavio był zajęty rozmową ze swoim szefem kuchni. Spędziłem miły wieczór, czułem się jak w rodzinie. Na pożegnanie Flavio bardzo mi dziękował, że zechciałem ich zaszczycić swoją obecnością. Podałem mu rękę, ale jemu to nie wystarczyło. Przygarnął mnie do siebie jak bliską osobę. Nagle oderwał rękę od moich pleców i odsunął się.

- Co to? – zapytał. Zrozumiałem, że wyczuł poduszkę pogrubiającą sylwetkę. Nie wiedziałem, co odpowiedzieć i stałem przed nim zmieszany. - Ma pan problemy z plecami - bardziej stwierdził niż zapytał – wiem, że to bardzo boli, moja matka cierpiała na lumbago. Pokiwałem głową.

Kiedy wróciłem do swojego małego mieszkanka, poczułem się bardzo samotny. Wyszedłem i włóczyłem się po ulicach. Zamierzając przejść na drugą stronę ulicy, zauważyłem idącego w moim kierunku mężczyznę, którego twarz nie była mi obca. Był to Loik, mój dawny kolega z klasy. Wydawał się rzecz jasna dojrzalszy niż kiedyś, ale był gruby jak dawniej i zachował okrągłą twarz, nie miałem wiec problemów, żeby go rozpoznać. Nawet jeśli nie wspominałem go ze szczególną nostalgią, ucieszyłem się na jego widok i próbowałem się do niego uśmiechnąć, by zaraz potem się z nim przywitać. Ku mojemu zdziwieniu jego spojrzenie jak tylko napotkało moje, wyrażało tak ogromną obojętność, że nic nie powiedziałem. Odwróciłem się i patrząc na niego jak się oddala, uświadomiłem sobie, że on po prostu mnie nie poznał z powodu mojego przebrania. Później od czasu do czasu mijałem Loika na ulicy, raz nawet poszedłem za nim i stwierdziłem, że najprawdopodobniej mieszka w tej samej dzielnicy. On nie zwracał na mnie najmniejszej uwagi.

Julia, która zwykle siedziała na tylnym siedzeniu nic do mnie nie mówiąc, kilka dni po wspólnie spędzonym wieczorze w restauracji, ofiarowując mi zdjęcie zrobione przez Flavia, na którym siedzimy obok siebie (mam je zawsze przy sobie, w portfelu), zapytała mnie:

- Jest pan żonaty, Bernardzie? - Nie – odpowiedziałem próbując nie pokazać jak bardzo jej pytanie mnie zaskoczyło. - Nie znalazł pan do tej pory kobiety swojego życia – i nie czekając na potwierdzenie z mojej strony, dorzuciła – ile pan ma lat ? Ze trzydzieści ? - Tak, mam trzydzieści lat – odpowiedziałem jej pospiesznie wiedząc, że mój fałszywy wygląd mnie postarza. - Ja mam dwadzieścia i nie mam jeszcze ochoty na zamążpójście – zwierzyła mi się spuszczając powieki – moi przyjaciele są mili, ale gdybym miała wybrać męża spośród nich, nie byłabym w stanie. Prawdę mówiąc nudzę się z nimi. Za każdym razem kiedy się spotykamy, grają w Monopoly. Ich rodzice kupują prawdziwe domy, a oni delektują się kupnem wirtualnym. Tak jakby przygotowali się do przyszłego życia. Mnie to nie interesuje – westchnęła patrząc w lusterko powyżej mojej głowy i zapytała: - Nie uważa pan, że istnieją rzeczy bardziej interesujące niż kupowanie domów, czy to prawdziwych, czy tylko w grze? - Oczywiście, ma pani rację – odpowiedziałem – istnieją rzeczy o wiele bardziej interesujące i doskonale rozumiem dlaczego pani nudzi się ze swoimi przyjaciółmi.

Julia była bardzo zadowolona z mojej odpowiedzi. Począwszy od tego dnia, chętnie ze mną rozmawia. Będąc już zaufanym człowiekiem ojca, stałem się dodatkowo powiernikiem córki.

Opowiada mi więc o sobie, o tym, co lubi i czego nie lubi. Mam wrażenie, że te pogawędki sprawiają jej przyjemność, że wsiada zawsze z radością do samochodu i że opuszcza go ze smutkiem.

- Jutro nie przyjeżdża pan po mnie – stwierdziła pewnego wieczoru otwierając drzwi samochodu. Wyczułem nadzieję w jej głosie jakby chciała, żebym powiedział, że będę czekał na nią. - Jutro jest czwartek, zawożę pani mamę do.... do sióstr – przestraszyłem się, że domyśli się dlaczego się zawahałem, ale ona nie zdawała się niczego podejrzewać. - W czwartek mama robi ciekawe rzeczy, zawsze wraca zadowolona – odpowiedziała ciesząc się, że matka dobrze bawi się u zakonnic. - Przyjadę po panią w piątek – obiecałem i syknąłem z bólu, a ona zaniepokoiła się. - Co się stało ? – zapytała z troską w głosie, ale zanim zdążyłem odpowiedzieć, dorzuciła – wiem, ojciec mówił mi, że cierpi pan na lumbago, ale teraz z nowym siedzeniem jest pewnie trochę lepiej. - Tak, tak, jest dużo lepiej – zapewniłem ją, żeby się nie martwiła. Nie przyznałem się, że fotel z twardym oparciem, który troskliwy Flavio kazał specjalnie dla mnie zainstalować w samochodzie powodował, że naprawdę bolały mnie plecy. - Do zobaczenia więc, do piątku – wysiadła w końcu i poszła w stronę domu ociągając się, jakby nic ciekawego tam na nią nie czekało.

Jest dużo beztroski w tym, czym Julia się dzieli ze mną, są to sprawy bez znaczenia wypełniające jej życie codzienne. Nigdy nie opowiada mi o swoich oczekiwaniach kobiecych. Któregoś dnia zwierzyła mi się jednak:

- Chciałabym, żeby mój przyszły mąż był podobny do Boba Doubsa, wie pan kto to jest? Nie miałem najmniejszego pojęcia, a Julia czekała na potwierdzenie z mojej strony, ale ponieważ milczałem, dorzuciła – moje koleżanki wolą innych aktorów, a ja uważam, że żaden nie ma tyle wdzięku, co jasnowłosy Bob Doubs. - Kobiety często podkochują się w sławnych mężczyznach – powiedziałem sarkastycznym tonem. - Ależ nie, wcale nie jestem w nim zakochana – zaczęła się bronić – nie mam w zwyczaju zakochiwać się w fotografii.

Nie wiem co mi strzeliło do głowy, żeby rozmawiać z nią w ten sposób. Zwykle odpowiadałem jej uprzejmie jak lokaj, który zawsze zgadza się ze swoim panem. To, co mówiłem, pasowało do mojego przebrania: to nie ja odpowiadałem na jej pytania, tylko Bernard, którego sobie wymyśliłem. A teraz po raz pierwszy wyciszyłem w sobie aktora i odpowiedziałem za niego. Wyczułem, że ją zraniłem. Zamilkła i opuściła pospiesznie samochód nie mówiąc mi nawet do widzenia. Wróciłem do swojej garsoniery i usiadłem ciężko na krześle. Czułem się zmęczony. Po kilku minutach wstałem i poszedłem do łazienki. Zwykle długo stałem przed lustrem przyglądając się z przyjemnością swojej fałszywej twarzy. Tego wieczoru po raz pierwszy nie miałem na to ochoty. Pozbyłem się przebrania i nagle poczułem się lżejszy. W weekend pojechałem do rodzinnego domu. Kiedy tylko wszedłem, miałem wrażenie, że słyszę {i}Cztery pory roku{/i} Vivaldiego, a w pokoju z pianinem poczułem obecność matki. Zbliżyłem się do niego i stwierdziłem, że pokrywa go gruba warstwa kurzu jak wtedy, kiedy matka musiała pracować. Spędziłem dwa dni na oglądaniu zdjęć matki, na czytaniu jej Szekspira i słuchaniu jej ulubionych płyt. Po raz pierwszy od kiedy byłem Bernardem, miałem ochotę ponownie stać się sobą.

Moja relacja z Julią uległa zmianie. Dziewczyna znowu stała się milcząca jak dawniej, a ja ukrywam się za maską zawodowej uprzejmości. Przestała mi się zwierzać. Pozwalam jej wieść życie córki bogatej rodziny, podczas gdy ja pozostaję na wyznaczonym mi miejscu szofera. Daremnie byłoby się oszukiwać: nie należymy przecież do tego samego świata i nasze drogi nigdy się nie spotkają.

{b}IV{/b}

W poniedziałek podwożę pod każdą z pięciu restauracji dwóch agentów, którzy zabierają pieniądze, by następnie zawieźć je do banku. Kiedy dwaj mężczyźni udają się do ostatniej restauracji, muszę zawsze długo na nich czekać gdyż szef kuchni jest tego dnia nieobecny, a pracownicy serwują im aperitif ze słonymi ciasteczkami i sam nie wiem co jeszcze. Dzwonię do nich co najmniej trzy razy przypominając im, że niedługo zamkną bank, ale oni nie bardzo się tym przejmują, a kiedy w końcu wracają, robi mi się niedobrze od zapachu unoszącego się w samochodzie. Agenci zaczepiają mnie wesoło śpiewając na cały głos. Kiedy podjeżdżamy pod bank, oni w dalszym ciągu się wygłupiają, podczas kiedy ja idę złożyć pieniądze w banku. Uważam, że zachowują się skandalicznie, ale ponieważ nie jestem donosicielem, nie mówię nic Flaviowi. W ostatni poniedziałek straciłem cierpliwość. Nawet po moim czwartym telefonie nie zjawili się mimo, że powiedziałem im, że sam pojadę do banku jeżeli zaraz nie wrócą. Spojrzałem na zegarek: bank miał zamknąć drzwi za kwadrans. Trudno, niech przechowają pieniądze w ostatniej restauracji do następnego razu. Bagażnik samochodu był pełen gdyż poprzedni poniedziałek był dniem wolnym i agenci zebrali pieniądze z dwóch ostatnich tygodni. Nieraz mówiłem Flaviowi o konieczności częstszego odwiedzania banku, ale on za każdym razem mi odpowiadał:

- Pieniądze są bezpieczne w sejfie, a poza tym klienci płacą głównie czekami albo kartą bankową .

Bardzo lubię Flavia i…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Kameleon — czytnik · opowiadania