Przygoda · 1 godz. 17 min czytania
Kamienie, Nepal i manuka
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 4
- Chciałbym przypomnieć, że mamy już poniedziałek. Za godzinę wychodzimy. Mamy samolot o 01:25 i długą podróż przed nami. Zdążysz? - Tak, uporządkuję tylko swoje sprawy, zadzwonię do kilku osób i będziemy mogli iść. Niewiadomą dla mnie pozostaje tylko jedna sprawa – czy ona o tym wie? - Nic jej nie mówiłem. - Właśnie tego się najbardziej teraz obawiam. - Serio! - Widzimy się za godzinę. Markus zamknął drzwi. Podszedł do biurka, gdzie leżały różne papiery, kilka książek oraz zamówiona kilka godzin wcześniej Woody’s pasta czyli spagetti z łososiem i dodatkami. Stały tam także dwie szklanki oraz dwie butelki whisky: Woodford Reserve z Kentucky oraz australijska Lark Single Malt, którą Karol kupił przedwczoraj. Sięgnął po jedną z nich, ale się zatrzymał. - Nie, nie tym razem – pomyślał – później, jak wrócimy będzie na to czas. Przy biurku stała torba z laptopem. Książki przełożył na regał, komputer położył na środku biurka i przystąpił do pracy. Wpierw musiał zająć się papierami.
Jenny jadła wtedy śniadanie. Beztrosko, spokojnie, nie zastanawiała się nad tym, co będzie dziś robić. Spojrzała za okno i wychodzące zza chmur słońce wprawiło ją w dobry nastrój. Włączyła radio i poleciał jeden z jej ulubionych utworów „Hold on to me”. Lubiła go oglądać w Internecie, bo główna bohaterka tego teledysku miała tak samo na imię. Jenny Bahn. Drobny szczegół, w zasadzie nieistotny, ale dla niej był ważny. Nie raz jej znajomi to komentowali, ale dla niej ich zdanie akurat w tej sprawie nie miało znaczenia. Pokroiła chleb, wzięła miód, by osłodzić swoją ulubioną angielską czarną herbatę, kiedy zadzwonił telefon. Przerwała wszystkie czynności i skoczyła po niego do sypialni. - Markus! - Cześć Jenny. Kochanie… - Gdzie teraz jesteś? - Zatrzymaliśmy się na kilka dni w Perth w Australii. - Która u was godzina? - Teraz jest, poczekaj… 23:38. - A u mnie 8:38. - Wiem, patrzyłem właśnie w Internecie. Nie chciałem cię obudzić. Jenny… - Czekaj chwilę, ktoś puka. Nastała pełna oczekiwania przerwa. Markus zaczął sobie przypominać swoje wspólnie spędzone z nią chwile; wspaniałe momenty, pikniki w różnych dziwnych miejscach. Ludzi, których razem spotkali, hotele, w których nocowali. Usłyszał w słuchawce kroki. - Jenny! - Spoko, poczekaj chwilę, to kurier. Markus nie spodziewał się takiego obrotu sprawy. Nie był spokojny. Miał powiedzieć jej, a tu następuje wymuszona przerwa. Co teraz? Czas goni. Karol przyjdzie niebawem. Spojrzał na drzwi i na zegarek w komputerze. Zostało 37 minut. - Już jestem! – rzekła rezolutnie dziewczyna. - Jenny, muszę ci coś powiedzieć. - Noo? – spytała z nutą oczekiwania w głosie. - Musisz się teraz pakować, bo o 10:30 masz samolot, na miejscu będziesz po 25 godzinach – powiedział nerwowo Markus przełykając głośno ślinę. - Że co?? - Jenny, to ważne, musisz się zbierać na samolot i lecieć. Bilety odbierzesz na lotnisku na swoje nazwisko. Masz jedną przesiadkę w Kantonie w Chinach. - Czemu mam lecieć? O czym ty mówisz w ogóle? - Jenny, to bardzo ważna sprawa. Muszę uciekać stąd. Za kilka godzin mogą mnie tu ścigać, nie mogę zostać ani godziny dłuzej. Rozumiesz? Musisz mi pomóc! - Co żeście zrobili?! - Nie pora na wyjaśnienia. Jeśli mnie kochasz, to przyleć do Ka...! W tym momencie nastąpiło zwarcie instalacji elektrycznej i odcięło prąd w całym budynku hotelu. Jenny zaczęła się zastanawiać i zarazem obawiać. Pierwszym krokiem, jaki musi zrobić to poznać miejsce, gdzie ma lecieć. Włączyła stronę internetową ze strefami czasowymi na świecie. Zaczęła od swojego miasta, aby sprawdzić zgodność czasu. Coraz bardziej się oddalała aż kursor wskazał miasto – Katmandu. W jej myśli wkroczyła wielka fala niepewności, wątpliwości, nieco złości i bezsilności. Już raz kiedyś to przeżyła. Też zadzwonił do niej, ale wtedy to był środek nocy. Miała przyjechać do Los Angeles swoim samochodem i go odebrać z aresztu. Na samą myśl o tym przeszedł ją dreszcz. Jednak była z nim, nie rozstali się. Więc teraz, albo go zostawi tam w Perth czy Katmandu, albo mu pomoże. Zaczęła do siebie mówić – Co robić? Co robić? Jenny!! Skup się!! Tylko ze spokojem.
Karol zapukał do drzwi i nie czekając na odzew, otworzył je. - Strzeliły korki. Nigdzie nie ma światła. Powiedziałeś jej? - Nie zdążyłem. Powiedziałem jedynie, by przybyła na lotnisko. Bilet czeka. Mam nadzieję, że się domyśli i że przyjedzie. - Obyśmy się na niej nie zawiedli…
Na rogu East Hastings Street i Lakewood Drive, gdzie mieszkała Jenny Ross, ruch uległ jakby osłabieniu. Do portu lotnicznego w Vancouver miała samochodem minimum 30 minut. Już kilka razy jechała tą trasą i mniej nie udało się nigdy osiągnąć. Zaczęła myśleć nad tą sprawą, nad telefonem od Markusa, o jego słowach, ale wiedziała, że nie może tego przedłużać. Musi podjąć decyzję i to natychmiast. Miała słabość do tego potomka niemieckich imigrantów. Jego rodzina dawno temu opuściła dość trudne do życia tereny pogranicza Niemiec i Danii i udała się w podróż do Stanów Zjednoczonych. Jednak koleje losu przetoczyły ich przez cały kraj aż na drugi koniec Ameryki Północnej, gdzie w końcu osiedli w Kanadzie, właśnie w Vancouver. Patrząc z perspektywy, to nie zmienili wielce swojego klimatu. I w północnych Niemczech i w Kanadzie nie grzeszyło ciepłem. Teraz też, nie cieplutkie Perth i Australia, ale chłodne Katmandu i słynny Mount Everest…
Sygnał telefonu przerwał milczenie w hotelu Woodbridge przy East Street w Perth. Dzwonił portier powiadamiając, że w ciągu kilku minut przywrócą zasilanie. Markus odetchnął. Dobrze – pomyślał – bo mam jeszcze parę spraw do załatwienia. Hotel Woodbridge nie wybrany został przypadkowo. Leży on bardzo blisko lotniska, co gwarantuje szybkie wydostanie się z Australii. Co prawda od Kalgoorie, gdzie znajduje się kopalnia diamentów dzieli Perth niemal 600 kilometrów, jednak w obecnych czasach kilometry to nie jest wielki problem. Problemem jest obieg informacji, działający na korzyść lub na niekorzyść. Prawdopodobnie mamy jeszcze kilka godzin – pomyślał Markus.
Boczne drzwi czerwonego Chevroleta Cruze otworzyły się i za kierownicą usiadła Jenny. Postanowiła jeszcze zajechać na chwilkę, dosłownie na kilka minut do swojej przyjaciółki Lauren, która mieszkała przy Pandora Street, by pożegnać się przed podróżą. Dziwnie się czuła, nie wiedziała, co ma o tym myśleć. Lauren nie zostawiła tak tego; powiedziała, że pojedzie z nią na lotnisko i zabierze samochód z powrotem, by Jenny nie musiała płacić za parking. W drodze posłucha jej historii. Było to nie po myśli Jenny, jednak przystała na to, gdyż czas grał tu kluczową rolę. Na lotnisku po podaniu swojego imienia i nazwiska i okazaniu dokumentu otrzymała bilet lotniczy. Ucieszyła się, bo było tak jak mówił Markus. Spojrzała na cel podróży – Katmandu. Wiedziałam! – pomyślała - No i jak on to sobie teraz wyobraża? Radość ustąpiła po chwili zdenerwowaniu. Wszystko to rozbudziło jej emocje. Lauren stała obok i z tego, co usłyszała podczas ostatnich kilkunastu minut, to miała podstawy, by się obawiać o swoją przyjaciółkę. Wiedziała, że jest szalona, że jest zdolna do wielu dziwnych rzeczy, ale to nie wyglądało na romantyczną wycieczkę, a raczej na coś, co może być wbrew prawu i interesom jakichś wpływowych ludzi. Zaczęła podejrzewać, że Markus wplątał się w coś trudnego i niebezpiecznego i co gorsza wciąga w to Jenny. Muszę zadzwonić do „Belle de Chamonix” – pomyślała Lauren.
Samolot linii Malaysia Airlines został przygotowany do odlotu. Na pokładzie oprócz kompletu pasażerów znajdował się Markus oraz Karol. Po kilku godzinach, o 7:05 mieli mieć międzylądowanie w Kuala Lumpur, skąd o 8:55 mieli odlecieć dalej. Nie było to zbyt łatwe i proste, ale wybór Katmandu nie był podyktowany ot tak sobie. Znajdowały się tam pewne osoby, mające przydatną wiedzę, a także o wiele łatwiejsze procedury graniczne. Jednak od Nepalu dzieliło ich jeszcze wiele godzin lotu, gdyż na miejscu mieli być o 11:30.
Pod słowami „Belle de Chamonix” kryła się Giselle Dubois, jej śliczna przyjaciółka z Francji. Miały ze sobą kontakt od dziecka, gdyż dziadkowie Lauren przybyli do Kanady właśnie z Francji. Do dzisiaj posługuje się tym językiem i bardzo go lubi. Tym większą radość sprawia jej kontakt z „pięknością z Chamonix”. Giselle pracowała wcześniej we francuskich służbach, w Direction Centrale du Renseignement Intérieur czyli Centralnej Dyrekcji Wywiadu Wewnętrznego. Potem odeszła i powróciła do rodzinnego biznesu. Co jak co, ale w Chamonix to na to narzekać nie można. Co ją skusiło, by wstąpić do DCRI? Nikt tego nie wie. Zresztą, o sprawie już trochę zapomniano, bo Giselle odeszła trzy lata temu.
Część 22 / 4
Jenny pomyślała o Markusie. Brakowało jej jego obecności. Tak, jak robili wycieczki do Stanley Park, kąpali się w nocy nago w Beaver Lake, co było dość szalone oraz jak konstruowali sobie świat swoich niezwykłych wspomnień, tak odczuła, że jej czegoś brakuje. Zaśmiała się na chwilę, jednak zaraz spoważniała. Samolot zaczął się oddalać od jej rodzinnego miasta. Myśli zaczęły krążyć po głowie: gdzie jest teraz Markus? Co się wydarzyło? Czemu to wszystko jest takie tajemnicze? Przypomniała sobie Cenntenial Beach i piękne wspólne momenty. Wzięła swojego iPoda i włączyła muzykę – zespół z jej Vancouver – 54-40. Kiedyś poznała Darylla, ich perkusistę. Jako pierwszy poleciał kawałek „Ocean Pearl” i od razu poczuła się lepiej.
Karol w czasie, gdy Markus rozmawiał z Jenny i załatwiał swoje sprawy, wykonał kilka telefonów. Porozumiał się między innymi z Paco Miguelem, osiadłym w Kolumbii w Cali, ale mieszkającym również w Bogocie eksporterem kawy, wiedeńskim architektem Martinem Kembergerem z Austrii oraz Julią Warską, polską modelką mieszkającą obecnie w Gdańsku. Objaśnił jak się sprawy mają i co potrzebują do dalszego etapu. Z uwagi na charakter sprawy, polecił nie wtajemniczać więcej osób,. Powiedział również, że przypuszcza iż ktoś zaczyna ich rozpracowywać. - Zeszłej nocy, kiedy dzwonił do nas portier w Woodbridge uslyszałem trzask w słuchawce. Spotkałem się już z tym i wiem, że akurat „taki” dźwięk znaczy, że ktoś grzebał coś na łączach. - Skoro tak mówisz to muszę ci wierzyć… - odparła Julia. - Posłuchaj, wczoraj nie było nas w hotelu przez ponad cztery godziny. Po powrocie zauważyłem, że laptop był przesunięty. Mam już manię i rzeczy układam zawsze tak samo, także zwracam na to cholerną uwagę. I właśnie laptop oraz podkładka pod szklankę były nie na swoich miejscach. - No to faktycznie. I co, przypuszczasz, że kto się wami interesuje? - Ruscy… Nie no, żartuję, nie wiem. Ale na pewno ktoś, kto ma dobre zaplecze. - No to ta rozmowa może być również nagrywana. - Poczyniłem parę kroków, żeby to udaremnić. Oby się zdały skuteczne. - Też mam taką nadzieję. - Wybieracie się do Europy? – spytała Julia. - Na razie nie. Nie mogę powiedzieć, dokąd się udajemy, ale cierpliwości. Wszystko w swoim czasie. - W porządku, zatem dzwoń następnym razem na drugi numer. Trzeba ograniczać niebezpieczeństwo. - Do zobaczenia wkrótce! - Też mam taką nadzieję, Karol… Pa!
Lauren wsiadła do samochodu i pojechała czerwonym Chevroletem z powrotem do swojego mieszkania przy Pandora St. Układała sobie w głowie plan, co ma robić, jak ma zapytać Giselle. Czy ona się zgodzi pomóc? Przecież od kilku lat nie ma do czynienia ze swoją dawną pracą. A może to tylko pozory i pracuje teraz jako tajny agent w Chamonix? Niegłupie. W zasadzie to całkiem sprytne pracować tam, gdzie przyjeżdża mnóstwo znanych, wpływowych ludzi, wykonywać swoje czynności zawodowe, a przy okazji czynności wywiadowcze. Gdy tak myślała o tej sprawie zapomniała, że jest umówiona na spotkanie. Spojrzała na zegarek – 10:30. Pomyślała – lecę szybko do domu i dzwonię do Giselle. Jedyna nadzieja w niej.
Julia odłożyła telefon i usiadła na niedawno kupionej nowej kanapie. - Muszę porozmawiać z Martinem. Do Paco zadzwonię później – pomyślała. Wzięła telefon i wybrała austriacki numer. Po dłuższej chwili odezwał się Martin. - Co jest maleńka? - Mówiłam ci, żebyś tak do mnie nie mówił. Nastąpiła chwila milczenia, po czym Martin zaczął. - Dzwonił niedawno Karol. Mówił, że do ciebie i do Paco również telefonował. - Tak, dzwonił. Martin, co jest grane? - Na tę chwilę nie wiem. Ale Markus to cwany chłop. Aha, maleńka, zadzwoni do ciebie mój kolega Laurent. - To czekam w takim razie na szczegóły. Pa!
Lauren zaparkowała pod domem i weszła do budynku. Skierowała się do sypialni, gdzie miała przygotowany drugi telefon. Wybrała francuski numer Giselle i zamarła w oczekiwaniu. - Oui? - Giselle? Cześć, To ja, Lauren. Nie obudziłam? Wybacz, nie sprawdzałam, która jest teraz godzina u ciebie. - Cześć Lauren, nic się nie stało. Wieczór się zbliża, jest parę minut po dwudziestej. Co tam? Jak się masz? - W zasadzie w porządku. Poza jednym. Moja przyjaciółka, Jenny, poznałaś ją w zeszlym roku… - Jenny? - Tak, Jenny Ross, blondynka z Vancouver – powiedziała Lauren. - Aha, już kojarzę. - No więc, ona wplątała się w coś. Nie wiem w co, ale musiałam ją zawieźć rano na lotnisko. Miała mniej niż dwie godziny do odlotu i się zebrała. Nie wierzę… - Poczekaj, poczekaj… - To wszystko przez tego Markusa! - Lauren, spokojnie. Gdzie ona poleciała? - Do Katmandu, do Nepalu. - Boże drogi, czemu akurat do Nepalu? - Bo on ją prosił usilnie. Tłumaczył, ze to bardzo ważne i takie tam. - Ale po co? Co ona ma tam robić? - Nie wiem. Wiem tylko, że mają się tam spotkać. - Wiesz co, zadzwonię za 10 minut do ciebie i porozmawiamy. - Ale Giselle! Ja jestem umówiona, muszę iść. - Jeśli ta sprawa jest dla ciebie ważna, to poczekaj. Aha, nie zdziw się, jak zobaczysz inny numer.
Julia nie czekając dalej wybrała numer Paco. - Hello! - Hej Paco, tu Julia. Dzwonił już do ciebie Karol? - Tak, dzwonił. Mówił mi co i jak. - A co ci mówił? - Przykro mi, ale nie mogę ci powiedzieć więcej niż to, że lecę w interesach do Australii. To ważna sprawa. - W porządku – odparł Paco. - A jak u ciebie? - Mam mieć niedługo pokaz w Paryżu. Powinno być ciekawie. Będę mieć coś do zrobienia, ale jeszcze nie wiem co – powiedziała radośnie Julia – Ma się ze mną skontaktować jakiś kolega Martina. Ma na imię Laurent. Znasz go? - Nie, nie znam. A co do pokazu to pięknie. Świetnie wręcz! O ile nie będzie to jakieś ciężkie zadanie, to w międzyczasie pozwiedzasz sobie Paryż. Mam nadzieję, że może za dwa miesiące znajdę czas i przyjadę w odwiedziny do Europy. Może wreszcie zobaczę ten twój Gdańsk. Tyle opowiadałaś… - No zapraszam, Paco, zapraszam – powiedziała czule Julia. - Wpierw jednak mamy te nasze zadania. - No tak. Nastała chwila milczenia. - Paco… - Hmm? - Uważaj na siebie! - Będę Julia, będę.
Giselle weszła do pokoju na piętrze. Sięgnęła do starego regału i wyciągnęła książkę kodów, jaką używała podczas pracy w wywiadzie. Włączyła laptopa oraz program z opracowanym specjalnym algorytmem. Wybrała przypadające na dzień cztery cyfry kodu i wpisała je do komputera. Uruchomiła następnie połączenie szyfrowane do Vancouver. - Lauren, tu Giselle. Teraz możemy rozmawiać. - Ach Giselle – westchnęła jej przyjaciółka – nie wiem, co mam o tym myśleć. - Jak on się nazywa? - Markus McRoth. Nazwisko ma tutejsze, ale to Niemiec. - Jest z Vancouver? - Tak, tu się urodził, ale pochodzi z rodziny, która wyjechała z północnych Niemiec parę pokoleń wstecz, jakoś przed I wojną światową. Kultywują jednak swoje tradycje. Jenny nie raz mówiła, że jego dziadek czy ojciec wychwalają „żelaznego kanclerza”, ale nie wiem o kogo chodzi. - O Otto von Bismarcka. Tu, jak wiesz, historię Niemiec znamy lepiej niż wy. Ale nie o tym… - odparła ironicznie Giselle. - Jest jeszcze ktoś, o kim powinnam wiedzieć? - Karol Budský. Pochodzi gdzieś ze środkowej Europy, ale nie wiem, gdzie dokładnie. - Prawdopodobnie, sądząc po nazwisku, to Czechy, Słowacja lub Morawy. - Możliwe. - Czym się zajmuje ten Markus i ten Budský? - Markus w ostatnim czasie robi biznesy na świecie i dużo podróżuje. Kiedyś zatrudniony był w Vancouver w Hotelu Blue Horizon. Karol to jego kolega. Pracowali kiedyś razem, ale dość krótko, na lotnisku przy przeładunkach. Nie wiem o nim wiele. Jenny mi nigdy nie mówiła, a jego widziałam ledwie kilka razy i to krótko. Markusa znam lepiej, choć w ciągu ostatnich kilku miesięcy, jakby zapadł się pod ziemię. Nawet Jenny miała problem go znaleźć. - To wygląda dość problematycznie. - Masz jakiś pomysł? – spytała Lauren. - Na pewno trzeba będzie prześwietlić tę dwójkę. Co robili, gdzie jeździli... Skorzystam ze swoich dawnych znajmości. Parę osób wisi mi drobną przysługę. Może się zgodzą pomóc. A więc mówisz, że oboje pracowali na lotnisku? - Tak, właśnie tak. Zajmowali się przeładunkami. - Czyli jest prawdopodobne, że znają się świetnie na funkcjonowaniu lotniska, przestrzeni samolotu, możliwościach transportu zarówno oficjalnego, jak i tego nieoficjalnego – odparła Giselle. – No na pewno ten Karol. - To by wszystko się zgadzało. W ostatnim czasie dużo podróżowali. Przynajmniej Markus. - Z taką wiedzą to się nie dziwię. - A co masz na myśli? Sugerujesz, że wplątali się w szmuglowanie czegoś? - Na razie to tylko moje luźne domysły. Dobrze Lauren, daj mi kilka-kilkanaście godzin. Spróbuje się czegoś dowiedzieć. - Dziękuję Giselle! - Później będziesz mi dziękować kochana. Do usłyszenia!
Markus nie mógł się zrelaksować w samolocie. Z jednej strony kobieta, która siedziała przed nimi użyła zbyt silnych perfum, które jego nos nie był w stanie tolerować. Z drugiej mężczyzna siedzący za nimi, łysawy Chińczyk w czarnym golfie, zasnął na dobre i teraz głośno chrapał. Mężczyźni znajdowali się pomiędzy tymi osobami, także ewentualne zmiany miejsca nie wchodziły w grę. Markus postanowił się odizolować. Wyciągnął białego iPoda, którego dostał jako prezent urodzinowy od Jenny. Chciał odciąć się od tych dźwięków i doznań zmysłowych, więc wybór padł na In Extremo. Z racji swoich niemieckich korzeni lubił zespoły z tego kraju. Do tego razem z Jenny słuchali namiętnie szeroko pojętej muzyki rockowej. Pierwszy na liście, „Herr Mannelig”, wprowadził go w dobry nastrój. Zaczął przypominać sobie, co dotychczas zrobili. Wywiezienie diamentów z kopalni nie było łatwe, ale to mają już za sobą. Około 8 rano podczas rutynowej kontroli ochrona powinna stwierdzić ich brak. Zanim rzeczywiście ustalą ich brak i przejrzą kamery będziemy w drodze do Nepalu, a i może nawet już w Nepalu. Hotel wynajęty przez Johna Brandta na jego nazwisko zatrze ślad i da nam opóźnienie. Wszystko niby pasuje, ale skąd były te trzaski w telefonie i przesunięcie rzeczy w pokoju? Nie wiem. A co o tym myśli Karol? W tym momencie Markus spojrzał na swojego towarzysza, który najzwyczajniej w świecie zasnął, podobnie jak Chińczyk siedzący za nimi. A niech śpi – pomyślał Markus – zasłużył. Prowadził naszą Toyotę przez tyle kilometrów. Niech odpocznie. Na chwilę ściągnął słuchawki, by sprawdzić czy Chińczyk nadal chrapie. Ze złością stwierdził, że nic się nie zmieniło i pewnie będzie tak aż do Malezji. Przypomniały mu się akcje, jakie robił z chłopakami w szkole, polegające na wkładaniu śpiącym kolegom do nosa chrupków kukurydzianych. Zaśmiał się, jednak szybko odrzucił tę myśl. Czas szkoły i beztroski się skończył. Teraz gra już o swoje życie. Zaczął analizować: trzy paczki w kilku różnych miejscach. Na razie wygląda to dobrze. Markus grał kiedyś na giełdzie i znał zasadę dywersyfikacji. Czytał o tym kiedyś u Benjamina Grahama. Inwestował w funduszu Sequoia, dzięki któremu zarobił duże pieniądze i nawiązał, można powiedzieć, międzynarodowe znajomości. Wiedział, że głupio jest rzucić wszystko na jedną szalkę. Lepiej zmniejszyć niebezpieczeństwo, a zysk i tak przyjdzie. Chociaż – pomyślał – więcej paczek to więcej możliwości wykrycia. A wykrycie jednej może, ale nie musi, umożliwić dojście do kolejnych i kolejnych. Dlatego trzy paczki są optymalne. Zadania dla Julii przekaże Martin. Tak samo dla Paco. Thomas wyruszył z Newcastle. Jenny jest w drodze. Na razie wygląda to dobrze. Markus osunął się w fotelu i spróbował zasnąć.
Część 33 / 4
Thomas Abbott, biznesmen z Newcastle, był w domu, kiedy spojrzał na zegarek. Dochodziła dwudziesta. W tym czasie u Markusa zegar w samolocie wskazywał 02:50 w nocy. Musi pojechać jeszcze do biura przy Monk Street, aby wziąć niezbędne dokumenty. Tak, jak to zaplanował wcześniej zadzwonił do pani Clayton i powiedział jej, że jutro i przez najbliższe kilka dni go nie będzie, gdyż jedzie do Kornwalii odwiedzić swoją rodzinę. Wsiadł do swojego Range Rovera, którego z powodu koloru, masywności oraz wielkości nazywał „bordowym rycerzem” i ruszył.
Julia sprawdziła pocztę. Było tam kilka nowych maili, w tym jeden zatytuowany „Koala L.”. Domyśliła się szybko, że to aluzja do Kuala Lumpur, gdzie Markus z Karolem mieli być po siódmej rano według czasu lokalnego. Spojrzała na swój śliczny srebrny szwajcarski zegarek. Dochodziła dwudziesta pierwsza. Za dwa dni, przy okazji pokazów mody w Paryżu, ma załatwić jedną sprawę. Szczegóły ma przekazać później kolega Martina, zaś Martin ma ma dograć terminarz i obmyślić dokładny plan działania. Ona ma skupić się wpierw na swojej pracy, potem przejdzie do tzw. zadań specjalnych.
Po telefonie od Karola Paco Miguel zaczął przygotowania do wyjazdu. Spojrzał na kartkę z rozpisanym planem i pomyślał. Pierwszy samolot ma o 22:23 z Bogoty do Santiago de Chile, które obsługują kolumbijskie linie Avianca. Drugi samolot wystartuje o 13:35 z Santiago de Chile do Sydney. Na miejscu będzie o 17:55, skąd o 19:35 wyruszy do Perth. Oba loty obsługują australijskie linie Quantas. Na miejscu będzie o 22:30. Długo. Jednak do odlotu ma wystarczająco dużo czasu, by przygotować dalsze kroki. Paco wiedział, co ma robić. Jako wieloletni eksporter kawy dysponuje kontaktami i dostępem do różnych środków. Po pierwsze musi przygotować zieloną kawę z plantacji. To akurat nie będzie trudne i w tym celu zadzwonił do swojego współpracownika Diego Perero, aby się tym zajął. Po drugie musi przygotować kilka beczek do przewozu kawy oraz wszystkie niezbędne papiery i to musi zrobić sam. Kolejną osobą jest Antonio da Silva, który zajmuje się oddziałem firmy w Cali. - Witaj Antonio! - Hey Paco! - Słuchaj, będę lecieć do Australii. Przygotuj te dokumenty, o których rozmawialiśmy wcześniej. Prześlij je faxem. - Dobrze, nie ma sprawy. Coś jeszcze? - Nie, resztą zajmie się Diego i ja. - W porządku. To szczęśliwej podróży Paco! - Dzięki przyjacielu! Do zobaczenia za kilka dni.
Była niedziela. W przymierzalni panował duży ruch. Dziewczyny sprawdzały różne warianty strojów, w których miały występować pojutrze. Pokaz, w jakim miały wziąć udział został zlecony przez firmę pana Clermont z La Rochelle. Zobowiazał się on do zapewnienia oprawy artystycznej podczas spotkania kilku zagranicznych dyplomatów. Kontrakt z firmą M.G.S. Fashion ułatwiał realizację tego zadania, gdyż posiadała ona biura w kilku miastach Europy, skąd mogła delegować odpowiednie modelki do wykonania zlecenia. Gdy zadzwonił telefon Julii, zajęta była ona upinaniem swoich blond włosów, które ponownie, pomimo starań fryzjera, wróciły do poprzedniego stanu. - Hallo, tu Julia Warska, M.G.S. Fashion. - Bonjour. Mówi Laurent z Le Blues Bar. Wiem, że miał się z panią skontaktować Martin Kemberger. Dzwonię za niego, niejako w jego imieniu. - Martin uprzedzał mnie, że pan zadzwoni. - To nie jest ważne. Powiedział pani co i jak? - Tylko naświetlił sprawę. Jakby pan mógł mi wytłumaczyć szczegóły? - To nie rozmowa na telefon. Spotkamy się w Paryżu przy Rue de Rivoli. Znajduje się tam Saint-Jacques Tower. Tam będziemy mogli spokojnie porozmawiać. Zadzwonię do pani. - A skąd będzie pan wiedział, kiedy będę w Paryżu? - Jutro o 10:55. Tylko jak będzie pani wyjeżdżać, to niech pani zgasi tym razem światło w łazience. Niepotrzebnie się ostatnio paliło. – Laurent zrobił krótką pauzę - Wiem więcej niż pani myśli. Au revoir! – powiedział Laurent, po czym odłożył słuchawkę. Julia aż przysiadła z wrażenia. Powtórzyła na głos ostatnie słowa „wiem więcej niż pani myśli”. Zaczęła zadawać sobie pytania: Co to znaczy? Podsłuchują mnie? Śledzą? Od jak dawna? Owszem, zgodziła się wplątąć w te interesy, ale nie przypuszczała, że potoczą się w tym kierunku. I kto za tym stoi? Karol? Nie, nie, to by było zbyt brutalne, by Karol mógł mi to zrobić. Martin? A więc kto? I co to za typ ten Laurent?
Mieszkająca w Chamonix Giselle dowiedziała się z pomocą swoich kontaktów wywiadowczych, że Markus McRoth poza drobnymi wykroczeniami jest czysty. Inaczej sprawa się ma z tym drugim, Karolem Budským. Karany za przemyt i rozboje. Współpracował z grupami paramilitarnymi, głównie w Kolumbii. Jedna z nich, posiadająca konta w szwajcarskim banku Credit Suisse, miała nieokreślone wsparcie finansowe z innych krajów sąsiadujących ze Szwajcarią. Niejasne są też jego związki z aferą bankową sprzed kilku lat, o czym głośno było w prasie, która zatoczyła szerokie koło. Poza tym Budský w ciągu trzech lat odwiedził około 20 krajów w różnych częściach świata, za każdym razem deklarując cel wizyty jako turystyczny. Coś tu nie pasowało… Faktycznie, tak jak Jenny mówiła wcześniej Lauren, Markus opuścił Perth. Jednak Budský nie figuruje na liście pasażerów. Znowu coś nie gra.
W biurze przy Monk St. zapaliło się światło. Thomas Abbott usiadł przy komputerze i sprawdził pocztę, ale oprócz licznych maili, nic ważnego nie było. Podszedł do szafki wykonanej z drewna sosnowego, odsunął szufladę i wyciągnął bilety. Samolot mam o 13:35 – przeczytał na głos. – Miejsce… Dubaj. Przewoźnik Emirates. Na miejscu będę o 23:59, a dalej o 2:55 odlot do Perth i też Emirates. W Perth 17:35. No to się nasiedzę, niczym za dawnych czasów… Przypomniał sobie jak kiedyś zarabiał na życie. Nie tak jak teraz, prowadząc w sumie spokojny i nudny żywot biznesmena, o nie. Po skończeniu szkoły wstąpił do armii, trafił do brytyjskich jednostek specjalnych SAS czyli po prostu oddziału komandosów. Po wielu misjach i dziewięciu latach służby odszedł ze względów rodzinnych, wrócił do Newcastle i zajął się chorą żoną. Niestety, powikłania sprawiły, że zmarła. Po tym wydarzeniu nie chciał już wracać do wojska, więc osiadł w swoim rodzinnym mieście.
Zadanie Paco Miguela po dotarciu do schowanych gdzieś w Australii przez Karola i Markusa paczek, polegało na zamianie ziaren kawy na skradzione diamenty. W tym celu miał wydrylować zielone owoce kawy, diamenty obkleić mieszanką kawy i żywicy oraz wepchnąć je z powrotem do zielonych owoców. Przy kilku beczkach kilkadziesiąt ukrytych diamentów nie będzie łatwe do wytropienia. Do tego wszystkie materiały będą naturalne, stąd żadne kontrole nie powinny być kłopotliwe. Wagowo będzie to samo, co przy ziarnach kawy. Problem może pojawić się jedynie w przypadku wyrywkowej kontroli, jaką przeprowadza się przy sprawdzaniu partii kawy. W tym przypadku jednak to raczej nie grozi. Ostatecznie powinny być jeszcze dokumenty przewozowe wydane przez ambasadę. Całość wygląda dobrze. Tak rozmyślając, Paco nawet nie zauważył jak upłynęła kolejna godzina, a on, coraz bardziej śpiący, uciął sobie drzemkę.
Giselle zaczęła kolejne poszukiwania, zakrojone na nieco szerszą skalę. Jej dawni koledzy w obliczu coraz nowszych faktów obiecali jej pomóc bardziej, niż na początku deklarowali. Prześwietlili obecność Markusa McRotha oraz Karola Budskýego w krajach, w których dotychczas byli. Trop prowadził do Kolumbii, gdzie obaj przybyli kiedyś na tydzień. Według oficjalnych danych przebywali w Bogocie, jednak komputery zarejestrowały płatność kartą MasterCard w sklepie w Cali, miasta odległego od Bogoty o około 460 kilometrów. Było to dnia 17 września 2012 roku. Giselle sprawdziła co się wtedy tam wydarzyło. Znalazła informację o festiwalu salsy, który odbywał się tam w dniach 15-23 września. Zatem – powiedziała na głos i ucieszyła się – można przejrzeć zdjęcia z tego dnia i namierzyć tę dwójkę. Ich zdjęcia mam, teraz je tylko odnaleźć… Po wielogodzinnych poszukiwaniach Giselle udało się znaleźć dwa zdjęcia. Kolejne pięć przesłali jej dwaj koledzy. Na dwóch z nich Markus stał obok brzuchatego Kolumbijczyka, na jednym był Karol z tym Kolumbijczykiem, na pozostałych Markus oraz Karol w towarzystwie tancerek salsy. Z kolei zdjęcia, jakie znalazła Giselle przedstawiały Markusa na tle Coffee House przy Avenida 6; drugie Karola przy Hotel La Quinta przy ulicy Carrera 5. Teraz – pomyślała Giselle – muszę się dowiedzieć jak się nazywa ten Kolumbijczyk oraz przejrzeć listę gości, o ile jest, z Hotelu La Quinta. Koleje kilka godzin zajęło Giselle dotarcie do informacji, kim jest obecny na zdjęciach brzuchaty Kolumbijczyk. Okazało się, że to Paco Miguel, 42-latek i faktycznie Kolumbijczyk, zajmujący się zawodowo handlem kawą. Prześwietliła jego akta i nie znalazła nic takiego, co wskazywałoby na działalność przestępczą. - Najwidoczniej można o nim powiedzieć, że to płotka. Ktoś inny ciągnie za sznurki. McRoth raczej nie, więc pewnie ten Budský – pomyślała.
Część 44 / 4
Australia, a konkretnie Perth stało się celem kilku osób. Od strony Ameryki Południowej docierał tam Paco Miguel. Na miejscu miał być o 22:30. Wpierw jednak czekało go międzylądowanie w Santiago de Chile. Z przeciwnej strony leciał Thomas Abbott z Newcastle, który w Perth miał być kilka godzin wcześniej, o 17:35, jednak również i on musiał się przesiąść na następny samolot. Jego miejscem zmiany miał być Dubaj. W realizacji zadania przewidzianego dla Paco pomóc miał Martin Kemberger, bardziej inteligentny i przebiegły od swojego kompana. Miał zapewnić odpowiednie działania logistyczne i zlikwidować ewentualne przeszkody. Dokumenty z ambasady załatwić miała Julia Warska. Z kolei Jenny miała międzylądowanie w Kantonie i po niecałych dwóch godzinach oczekiwania miała odlecieć w kierunku Nepalu, do Katmandu. Nie wiedziała co nastąpi potem, nie miała żadnego adresu czy telefonu. Liczyła, że Markus będzie czekał na lotnisku.
Blef Karola okazał się skuteczny. Markus dał się nabrać na odcięcie prądu, natomiast Julia dość łatwo połknęła przynętę z przesunięciem przedmiotów w pokoju i trzaskami w słuchawce. Łatwizna. Co za naiwniacy – pomyślał Karol – Został jeszcze oczywiście Markus, Martin i ta Jenny. Po kolei będziemy realizować plan. Jak to mowią: po kolei na kolei, hehe. Jeszcze trochę. Cierpliwości… Karol w tajemnicy przed Markusem wykonał jeszcze jeden telefon do Europy. - Cześć tu Vaclav – rzekł Karol. - Cześć. Jak sprawy się mają? - Z ciocią dobrze. Wszystko idzie po myśli. Jest jeszcze kilka wirusów, ale je zniszczymy. Będzie zdrowa. - Dobrze, na taką odpowiedź liczyłem. Wujaszek również zdrów. - Skontaktujemy się niedługo. Na razie tyle. Trzymaj się! – powiedział Karol. - Ty też. Tymczasem zbliżała się godzina przyjazdu Jenny. Karol pomyśłał - Wysłanie tam Markusa będzie trochę niebezpieczne, bo nie wiadomo, co jeszcze wywiną. Lepiej będzie jak sam pojadę. Karol przekonał go do tego, choć łatwo nie było. Zdziwił się, że poszło tak prosto, że nie musiał kombinować i nic specjalnego nie wymyślać. Może przez to, że Markus był w stresie i był dość podatny na sugestię o ograniczeniu niebezpieczeństwa; że lepiej będzie wysłać tam kogoś miejscowego. W czasie, gdy Karol będzie odbierał Jenny, Markus zacznie przygotowania do dalszego etapu, Wiedział on, że muszą skontaktować się z Li Chengiem, chińskim przemytnikiem, a problem polegał na tym, że właśnie on zna odpowiednie osoby, które pozwolą do niego dotrzeć. Dalszą przeszkodą było również to, że Cheng zbyt dba o swoje bezpieczeństwo i po złapaniu go przed kilku laty, stał się teraz bardzo ostrożny. Stare znajomości z okresu inwestowania giełdowego powinny pomóc. W Himalayan Bank przy Pragya Marg pracuje Prabin Pokha, 35-letni Nepalczyk. On skontaktuje go z Chengiem albo wskaże jak do niego dotrzeć. Markus nie mylił się. Pokha poznał go od razu i serdecznie, typowo dla Nepalczyków, przywitał. Pewna jego cecha go jednak irytowała – Pokha, tak jak większość mieszkańców tego górzystego kraju, mówił głośno, a niekiedy bardzo głośno. Poniekąd wynikało to z tego, że podczas wędrówki przez odludne dzikie tereny, ten kto mówi cicho, bardziej naraża się na atak np. pantery czy leoparda. Nawiasem mówiąc, osoba idąca jako ostatnia też, więc wszyscy starają się chodzić szybko i nie być na końcu. Z tego względu o dyskrecji musiał mu nie raz przypominać. Niestety, nie wiedział on, gdzie znaleźć Chenga. Podobno osobą, która miała z nim kontakt była Alisha Shakya, pielęgniarka pracująca w jednym ze szpitali, a mianowicie w Om Hospital and Research Center. Ustalili, że spotkanie z nią odbędzie się następnego dnia rano w Shahid Memorial Park przy Lainchaur Marg. Prabin Pokha poinformuje ją o tym.
W tym czasie samolot Jenny wylądował w Katmandu. Karol czekał już na nią na lotnisku. Po dość chłodnym powitaniu pojechali razem do niepozornego budynku na obrzeżach miasta. Weszli do środka, zeszli do piwnicy i tam nieoczekiwanie dla niej, Karol zamknął drzwi i szybko wyszedł. - Co ty robisz? – spytała Jenny. - Zostawiam cię tu. Będziesz tu siedzieć i czekać. - Nie zostawiaj mnie! - Krzyki i tak nie zdadzą się na nic. - Nie wygłupiaj się! - To nie wygłupy. - Co, zostawisz mnie tu? - A wydaje ci się, że nie? Nie bądź śmieszna. Nie po to tu przyjechałaś. - Pomocy! - Głupia jesteś. Tak jak i Markus – powiedział spokojnie i z wyższością Karol. - Wiedziałam od początku, że jesteś bandytą! Po co Markus zadawał się z tobą… - Siedź cicho i czekaj tu – odparł szorstko Karol i zasunął drzwi do końca. Zabezpieczył wejście kłódką, po czym wsiadł do samochodu i pojechał spotkać się z Chengiem.
Thomas Abbott po międzylądowaniu w Dubaju wsiadł do kolejnego samolotu mającego go przewieźć do Perth. Miał przed sobą ponad czternaście godzin lotu, więc postanowił zdrzemnąć się w samolocie. Nie radowało go to, jednak przywykł już do wędrownego życia.
Rankiem w Katmandu Markus szykował się na spotkanie z Alishą Shakyą. Sprawdził jeszcze raz lokalizację Shahid Memorial Park, ubrał się dość gustownie i wyszedł. Karol poinstruował go wcześniej, co ma dokładnie załatwić i się dowiedzieć. Markus przybył na miejsce przed umówionym czasem. Przysiadł na ławce i zaczął obserwować nielicznych ludzi. Po około dziesięciu minutach z prawej strony pojawiła się smukła kobieca postać. Skierowała się szybkim krokiem w jego stronę. - Good morning. Markus McRoth? - Tak tak. Dzień dobry. A pani to Alisha Shakya? - Zgadza się. - Mój kolega, Prabin Pokha mówił, że zna pani Li Chenga. Wie pani, gdzie przebywa? - Tak wiem. Jeśli będzie miał pan szczęście to znajdzie go pan w budynku przy Timila Marg. Mieści się tam firma o nazwie „Himalaya Holiday Service”. Jednak nie gwarantuję, że tam będzie. Od paru tygodni nie widziano go w Katmandu. - Rozumiem. Prabin informował mnie o tym. - A uprzedzał pana, że miesiąc temu zaostrzono kontrole na granicach, zwłaszcza tej z Chinami. Znam Chenga, nie oszukujmy się i wiem czym się zajmuje na co dzień. Niech pan uważa na siebie! – powiedziała z troską Alisha - Muszę już iść. Zaraz zaczynam zmianę. - Zatem nie zatrzymuję. Dziękuję za wszelkie informacje. Do widzenia. - Do widzenia.
Słońce świeciło mocno, temperatura robiła się, jak to o tej porze roku, bardzo przyjemna. Julia w oczekiwaniu na umówionego z nią francuskiego barmana przysiadła na ławce. Ucieszyła się, że ubrała dzisiaj beżową spódniczkę i ciemną bluzkę. Z drugiej strony miała obawy przed tym spotkaniem. Nie podobała jej się ta sprawa. Z racji zajmowania się zawodowo modą zwróciła uwagę na zmierzającego w jej stronę gustownie ubranego mężczyznę. Laurent Palique przyszedł po pięciu minutach mając na sobie czarną koszulę z długimi rękawami, które podwinął na łokciach oraz ciemnoniebieskie markowe dżinsy. Na ręku miał francuski zegarek, który jednak dobrze pasował do reszty. Laurent wyciągnał pierwszy rękę. - Bonjour. Madame Warska? - Bonjour, tak to ja – powiedziała zdenerwowanym głosem Julia. - Laurent Palique. Choćmy się przejść. Ruszyli w stronę oddalonych o kilkanaście metrów drzew. - Martin nie przyjedzie – powiedział Laurent. – Musimy sami wszystko omówić. Wiem od niego co i jak, ale muszę liczyć na pani operatywność. - Czemu Martin nie przyjedzie? - Wypadło mu coś ważnego. - To znaczy co? - Ma ważne spotkanie. Zostawmy to – odparł ostro Laurent, jednak Julia odczuła obawy, że coś tu nie gra. - Ma pani dziś mały pokaz mody w Hotel Amour przy Rue de Navarin. Spotka się tam pani z kilkoma dyplomatami. Pojawi się tam pracownik ambasady kolumbijskiej i teraz uwaga – Laurent zrobił krótką pauzę - pani zadanie będzie polegać na nakłonieniu go do wystawienia dokumentu przewozowego na transport ładunku z terytorium Australii do Francji. Poza tym powinien wystawić dokumenty tymczasowe umożliwiające podróż tą drogą dla dwóch osób. - A jak mi się nie uda? - Niech pani nie myśli o tym. Musi się pani udać. - To zapytam ponownie. A co jeśli się nie uda? - Oj, uparta pani jest. Myślę czy powiedzieć, ale… tak, powiem. Niech pani słucha uważnie – Laurent zrobił krótką pauzę - Wówczas wyłowią pani ciało z Sekwany. Na Pont de Bercy pożegnaliśmy już niejednego. – powiedział i wtedy ciarki przeszły po plecach Julii. Po chwili dodał – Mamy w repertuarze również inne narzędzia i metody. Z tych ciekawszych wiemienię kwas. Dla modelki musi to być szczególnie bolesne, prawda? – mówiąc to spojrzał jej w oczy. Tak jak się spodziewał, dojrzał w nich strach. Duży strach. Pomyślała trzeźwo – Martin pogrywał ze mną i teraz są tego skutki. Nie mogę się wycofać. Nie mogę też uciec. Muszę zrobić co mówią, tym bardziej, że wydaje się to w miarę proste. I najważniejsze to urwać z nim kontakt. A może uciec? Ale dokąd? Śledzą mnie przecież – myśli Julii zostały nagle przerwane. - Mamy teraz piętnastą. Pokaz odbędzie się za cztery godziny. Niech pani idzie i się przygotuje. Widzimy się na miejscu. - To pan tam też będzie? - Będę. Idź się przygotuj.
Po spotkaniu z Alishą Shakyą Markus McRoth udał się do wskazanego przez nią miejsca. Po przybyciu okazało się, że Chenga kojarzą, ale tak jak mówiła, od tygodni go nie widzieli. Markus pomyślał o tym ze złością – albo kłamią albo faktycznie zaszył się gdzieś. Wracam do Karola. Przeszedł dobre kilkadziesiąt metrów, ale zawrócił. - Zostawię adres i numer do kontaktu. Jakby wrócił to się skontaktuje. Albo oni mu o mnie powiedzą – pomyślał. Po kilkudziesięciu minutach spotykał się ponownie z Karolem. Powiedział mu co i jak, jednak Karol przyjął to jakoś dziwnie obojętnie, co z jednej strony zaniepokoiło Markusa, z drugiej włączyło pewne podejrzenia. - Karol, czy ty przypadkiem nie knujesz czegoś za moimi plecami? - No co ty, przyjacielu. Bądź spokojny. - To czemu nie było Li Chenga? I nikt o